Taki mamy klimat

Chwilę nic nie pisałem. Było to w dużej mierze podyktowane zmianą mojego trybu życia. Jakiś miesiąc tego do harmonogramu weszła siłownia, a raczej powróciła. Tak też, teraz trzy wieczory w tygodniu mam wycięte na podnoszenie ciężarków i spalenie brzucha. Do tego jeszcze dzięki mojej wspaniałej żonie zacząłem na powrót czytać i łykam 2-3 książki miesięcznie. Tak, to wszystko dzięki takiemu prostemu urządzeniu jak czytnik e-booków. Człowiek się nie spodziewał, że nie czyta dlatego, że książka nie wygodna w chwycie, duża i do tego jeszcze nie mam gdzie ich przechowywać. Tak. Co ja poradzę. Technologia jednak ułatwia życie, niezaprzeczalnie. Coś jeszcze? Siedzę znowu nad Javą, co dodatkowo zabiera mi wieczory. Usiłuję opanować Android Studio do takiego poziomu, żeby coś tam udało się wypuścić na rynek. To dłuższy temat i jak na razie nie będę go rozwijał.

Co mnie zatem skusiło, żeby naskrobać kilka zdań? Cóż. Klimat.

Nie będę owijał w bawełnę. Klimat się zmienia i jest to proces w pewnym stopniu naturalny. Z drugiej strony człowiek macza w tym swoje paluchy od kilkuset lat i niezaprzeczalnie działa na korzyść ociepleniu. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad tym, że trochę się zagalopowaliśmy i powinniśmy ruszyć tyłek, żeby cofnąć możliwie szybko zamiany, które wprowadziliśmy. W zasadzie wyjść wielu nie ma. Trzeba działać. Cóż.

Zacznijmy od kilku faktów. Teraz rozmawiamy na arenie międzynarodowej o „Porozumieniu paryskim” zostało ono zawarte w 2015 roku i co najważniejsze w 2017 wycofało się z niego USA, a Chiny nigdy go nie podpisały. Co to oznacza? Najwięksi wytwórcy gazów cieplarnianych najzwyczajniej w świecie uznali, że zabawa w ratowanie klimatu zagraża ich interesom. Jest to rzecz jasna spojrzenie krótkoterminowe i zostało podyktowane przepływającymi przez ręce ludzi trzymających władzę furmanki dolarów. Nie ma się tu co śmiać czy też dziwić. Aktualny status quo w praktyce oznacza, że nie jesteśmy w stanie rozmawiać o klimacie bez technicznych alternatyw.

Żeby mieć jasność o co walczymy to należy podzielić zakres na kilka wątków i przejrzeć się każdemu z osobna. Od razu zaznaczę, że nie jestem ekspertem w tych dziedzinach, opieram się co prawda na wiedzy i zdrowym rozsądku, jednak nie jest to na tyle bogata wiedza, żebym posiadał immunitet na błędy. Więc jeśli się pomyliłem to proszę mnie poprawić, dodam odpowiednie adnotacje w tekście.

  1. Energetyka

 

To jest temat rzeka. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo stawianie turbin na rzekach w większości przypadków ma sens, za wyjątkiem oczywistych problemów klimatycznych jak zamarzanie rzek przez pół roku. Jednak nie o tym.

 

Jest kilka książek, które traktują o zaciemnieniu (z ang. blackout). Jeśli dzieją się w Europie i są pisane przez ludzi mających pojęcie o tym jak działa Europejska sieć energetyczna to pozwalają zrozumieć jak dużym problemem na dzień dzisiejszy jest przepięcie się na energię odnawialną. Na całe szczęście mam kogo spytać się jak to jest w rzeczywistości i z jakimi problemami na co dzień muszą sobie radzić energetycy w naszym kraju, a część z tych sytuacji, o których dowiaduję się nieoficjalnie potrafi doprowadzić człowieka do zawału.

 

Zacznijmy od tego, że my nie jesteśmy niezależni energetycznie i zapewne nigdy nie będziemy. Nie chodzi mi o dostawy paliw do elektrowni, ale o samą sieć przesyłową. Biorąc za przykład Europę, w zasadzie wszystkie państwa z kontynentalnej części są ze sobą połączone liniami przesyłowymi. W tak dużym i zależnym od siebie układzie należy utrzymywać równowagę. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli Bełchatów ma produkować X, to ma to być X, jeśli wyprodukuje znacząco mniej lub znacząco więcej to zaczynają się robić kłopoty.

 

Nadwyżki czysto teoretycznie można magazynować, oczywiście nie w nieskończoność i z limitem oraz oczywiście stratą, ale można.

 

Niedobory trzeba rekompensować. Tu z pomocą przychodzą inne obiekty produkujące prąd, no i można czysto teoretycznie sobie poradzić.

 

Co jednak jeśli umowa na dostarczenie X przez przytoczony Bełchatów, nagle przestanie obowiązywać i wspomniany Bełchatów dostarczy równe 0?

 

Najłatwiej określić to słowem anarchia, bo mniej więcej tak będzie wyglądało nasze życie przez kilka dni. Takie nagłe zejście do 0 spowoduje, że sieć energetyczna ze względów bezpieczeństwa będzie musiała zostać wyłączona, a potem powoli będzie wstawać. Nie mówię tu o bezpośrednim otoczeniu wspomnianej elektrowni, ale o większej części kraju, może nawet kawałku Europy.

 

W tym układzie naczyń powiązanych, w praktyce nie ma przestrzeni na kapryśność wiatru czy to, że akurat nie będzie świecić słońce, albo jakiś zakład pobierze sobie więcej niż zwykle bo dostawili kolejną maszynę.

 

Jest to główny i najważniejszy powód, dla którego przejście w dużej mierze na odnawialną produkcje energii elektrycznej szybko i bezboleśnie jest nie możliwe.

 

Oczywiście do zastosowania w miarę prywatnego, jako wspomaganie, tak, to ma sens. Można przecież zainstalować sobie panele fotowoltaniczne lub nawet postawić jakiś wiatraczek, żeby podgrzewał wodę czy nawet zaświecił żarówkę. Jasne. Można. Ale skala mikro, w tym przypadku domku jednorodzinnego, nigdy nie da się przenieść na skalę makro w postaci kraju czy nawet regionu przemysłowego.

 

Co w takim razie?

 

Przy założeniu, że wytwarzanie energii elektrycznej z kopalin jest bezpieczne z pespektywy stabilności dostaw, ale złe z perspektywy klimatu to co dalej?

 

Na pewno stopniowe przechodzenie na rozwiązania odnawialne. Budowanie farm wiatrowych, słonecznych, turbin wodnych, wykorzystywanie energii geotermalnej. To wszystko można rozwijać i spokojnie stosować jako elementy wspomagające. To nie jest tak, że można dzisiaj powiedzieć, że za 20 lat nie będziemy mieli elektrowni węglowych lub gazowych. Będziemy mieli. Może dzięki rozwojowi tych odnawialnych źródeł uda się wyłączyć jeden czy dwa bloki?

 

Rozwiązaniem w jakimś stopniu jest energia jądrowa. Teoretycznie tania w eksploatacji z relatywnie stałymi możliwościami wytwórczymi. Problemy tu są dwa. Jeden siedzi w głowie, a z drugim w zasadzie nie wiadomo co zrobić.

 

Czarnobyl to była straszliwa katastrofa, chociaż, umówmy się, nie stało się tam nic wielkiego. Mogło być gorzej. To właśnie siedzi w naszych głowach. Boimy się panicznie energii jądrowej. Możliwe, że chcielibyśmy tak pozyskiwać prąd, ale sama elektrownia powinna stać pod płotem sąsiada oddalonego o 300 km, a nie u mnie za miedzą. To jest ten właśnie problem. Boimy się panicznie elektrowni atomowych, po mimo świadomości, że mogą odnieść pozytywny skutek dla klimatu. Ostatecznie taka Francja ma kilka elektrowni atomowych i jakoś problemu z nimi nie ma. Może się coś stanie za kilkadziesiąt lat i Francję zetrze w pył. Ciężko przewidzieć. Niemniej, na ten moment jest to najlepsze rozwiązanie technologiczne.

 

Dobra, jest jeden problem. Taka elektrownia powoduje odpadki. Pozostałości reakcji należy utylizować. Tu znowu mamy problem. W zasadzie jeszcze nie wiemy co z tym zrobić. Zakopać? Zatopić? Co z oczu to z serca! W praktyce nie ma dobrych rozwiązań, może za wyjątkiem wysłania tego w kosmos. Mówię to poważnie. Jeśli Elonowi uda się zrobić loty kosmiczne tak tanimi jak zapowiadał, to istnieje szansa, że taki, np. księżyc stanie się dla nas składowiskiem niebezpiecznych odpadów. Brzmi trochę jak fantastyka, ale dlaczego by nie? Kosmiczne śmieciarki, kursowały by między ziemią, a księżycem i zrzucały na powierzchnię naszego satelity ten cały syf. Ostatecznie na księżycu żyć się nie da więc może być to rozwiązanie dla nas.

 

  1. Transport

 

Sporo się mówi teraz o elektrycznych samochodach jak o leku na wszystkie problemy. Jest w tym trochę prawdy, ale również trzeba być uczciwym. Wszystkie te hybrydy i elektryki trzeba najpierw wyprodukować, a potem zasilić. Tutaj pojawiają się co najmniej dwa problemu.

 

Produkcja samochodów elektrycznych oparta jest na aktualnych technologiach czyli kopci, dymi, syfi. No taka prawda. Nie ma się co sprzeczać z tym faktem. W zasadzie nie mamy technologicznego konceptu, który mógłby nam pomóc produkować elektryki na zasadzie bezpiecznej dla środowiska. Zawsze w środku będzie jakiś plastik, przy produkcji elektroniki do środowiska przetransportujemy masę syfu, a potem jeszcze recykling, który kuleje straszliwie. Bądźmy realistami. Elektryczne pojazdy osobowe to nie jest to co powinniśmy robić. Oczywiście należy rozwijać ten pomysł i iść dalej, ale nie okłamujmy się, to nie jest to.

 

Rozwiązaniem jest nic innego, jak porzucenie samochodów. Z bólem w sercu o tym mówię, bo sam uwielbiam prowadzić. Niestety, nie ma wyjścia. Należy porzucić wygodne poruszanie się samochodem na rzecz transportu masowego czy też okazjonalnego wsiadania do pojazdu jak już nie ma innego wyjścia.

 

Warto zaznaczyć, że ta wygoda to też temat co najmniej ciekawy. Nie jest przecież tak, że jazda samochodem jest szybsza i zdrowsza. Oczywiście w niektórych przypadkach, inaczej się nie da. Trzeba wsadzić tyłek do auta i pojechać na wioskę, gdzie PKSu nie ma. Prawda jest jednak taka, że nam się w dupach poprzewracało od dobrobytu. Każdy teraz ma samochód. Wielu zasuwa nim do pracy, na zakupy i do kina. O ile ma to ogromny sens w mniej zurbanizowanych regionach kraju, to w dużych miastach? Zupełnie nie.

 

Przytoczę przykład Warszawy, bo w niej mieszkam od kilku lat. Moje doświadczenia są podobne w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu czy też jak jestem na Śląsku.

 

Jazda samochodem do pracy jest trudna. Rano korki, wieczorem korki. Po zakupy? Korki na dojeździe do marketów, problemy parkingowe na miejscu. Wyskoczenie na chwilę gdzieś tam? To samo. Znajdź parking, zapłać za niego, potem wróć i znajdź kolejne miejsce parkingowe pod domem. W praktyce, po mino wygody, bo wsiadam i jadę, to tak szczerze nie oszczędzam czasu.

 

Niech przykładem będzie dojazd do pracy.

 

Samej jazdy około 8 i po 17 mam na pół godziny. Problem leży w tym, że trasę między domem, a pracą w zasadzie pokonuję w weekendy w jakieś 15 minut. Korki są zawsze potworne więc stoję, palę fajki i się wkurwiam. Teoretycznie można w tym czasie coś robić, w praktyce niewiele. Mogę z kimś pogadać przez telefon, posłuchać książki, pomyśleć. Gdzie tam. Jedynka, sprzęgło, hamulec, jedynka, sprzęgło, hamulec. Tak ciągle. No i oczywiście sygnały dźwiękowe mające na celu cholera wie co, ale trąbią jak by się miał świat skończyć. Praktyczna strona jazdy samochodem do pracy jest może tylko taka, że w zimę jest nieco cieplej. Oczywiście jak się już nagrzeje. W lato może trochę przyjemniej, oczywiście jak się już oziębi. No i szukanie tych cholernych parkingów. Zawsze to samo. Pod firmą jest ciężko, pod blokiem również. Bywały takie momenty, że sama jazda trwała 20 minut, a szukanie miejsca kolejne 20.

 

Alternatywa?

 

Wsiadam do tramwaju. Jadę 10 minut. Przesiadam się do kolejki. Jadę 5 minut. Idę pieszo jakieś 5 minut.

 

Między tym oczywiście mam chwilę czekania. Powiedzmy, że w pół godziny to się mieszczę. No chyba, że jest bardzo źle to trwa to jakieś 40 minut. Powrót? Podobnie.

 

Co w międzyczasie? Muzyczka sobie leci. Książka się czyta. Pokemony się łapią. W zasadzie dzięki powrotowi do komunikacji miejskiej udało mi się wrócić do czytania. Nareszcie mam na to czas. Udaje mi się przeczytać w drodze do i z powrotem kilkadziesiąt stron.

 

A gdyby tak dalej się ruszyć?

 

Mówiąc całkiem poważnie, to samochód przy tak rozwiniętym transporcie publicznym nie ma żadnego sensu. Wsiadam w pociąg, autobus lub samolot i się przemieszczam. Jakoś nie mamy problemu, żeby lecieć do Paryża, chociaż samochodem też można, ale do Katowic z Warszawy to już samochodzikiem. Bez sensu. Tak, wiem pociąg kosztuje 160 PLNów. Za to autobus leci te same 4 godziny co człowiek by musiał jechać i to za o wiele mniej. Może przy 4 osobach w aucie już się nie opłaca jechać autobusem. To fakt. Jest za to carsharing i można z tego korzystać. Da się żyć.

 

Sam jeżdżę w góry raz na jakiś czas. Startuję z Warszawy, jadę do Katowic, potem jakaś kolejka lub autobus i jestem na szlaku. Powrót przebiega dokładnie tak samo. Da się? No da. I to nie jestem z małym plecaczkiem, ale z 70 litrową kobyłą, z przytroczonym namiotem, śpiworem i karimatą. Nikt mi nie wmówi, że się nie da przemieszczać tak bez samochodu, bo się da, robię to i żyję. Po za tym jestem dzięki temu wolny. Mogę sobie zejść w zasadzie w dowolne miejsce i po prostu jakoś wrócić. Nie muszę schodzić tym samym szlakiem, bo tak. Mogę zacząć w Korbielowie i skończyć na Krowiarkach. Dlaczego nie?

 

Do czego zmierzam?

 

Znikomy prestiż wynikający z poruszania się samochodem siedzi w naszych głowach. Ubzduraliśmy sobie, że jazda samochodem to rzecz naturalna i tylko plebs siedzi w autobusach. Jakoś nie mamy problemu wsiadać na pokład samolotu, który też jest środkiem masowego transportu, ale mamy problem, żeby ruszyć tyłek do tramwaju, bo tak to tylko plebs. Trochę taka jest prawda. W korkach stoją dobrze opłacani specjaliści i kierownicy, bo im nie wypada siedzieć w pociągu. Bardzo to dziwne, że teoretycznie osoby będące w jakiś sposób elitą, nie potrafią zrozumieć, że robią krzywdę środowisku, przez swoją wątpliwą wygodę.

 

Natomiast należy tutaj powiedzieć wprost. Rozwiązaniem nie jest podnoszenie cen paliw. Francja dzisiaj ma ten problem na głowie. Podnoszone są ceny paliw na stacjach, w efekcie czego ludzie wyszli na ulicę i demonstrują i to bardzo. Jak to we Francji, palą się samochody, same się zapalają.

 

Dlaczego podnoszenie cen paliw nie jest rozwiązaniem? Bo prywatne firmy, przeniosą koszty na swoich klientów. To naturalny mechanizm. Jeśli hurtownik będzie musiał płacić więcej za prąd i paliwo to będzie sprzedawał drożej i potem mamy już łańcuszek.

 

Za chwilę w Polsce będzie z tym problem. Ceny prądu mają iść w górę. Polityka ograniczania spalin powoduje, że produkcja prądu jest droższa, a w efekcie czego nie ma żadnych szans na to, żeby producenci nie odbili sobie tych zmian na klientach. Efektem będą podwyżki cen każdego, powtarzam każdego produktu. Co z tym zrobi rząd? To jest ciekawe pytanie?

 

Co można by zrobić na dużym klocku? Prawda jest niestety taka, że wszyscy musimy się zrzucić na ustabilizowanie zmian klimatu. Nie ma tutaj równych i równiejszych. Trzeba zacząć od siebie, to w miarę jasne. Co jednak z całą siatką transportową? Są dwie szkoły. Nakładać kary lub dotować zmiany. O ile w przypadku transportu jako takiego można stosować nakładanie kar na poszczególnych przewoźników co w efekcie zmusi ich do zmian, albo pozwoli nowocześniejszym pojawić się na rynku (bo będą tańsi), to na dużym obrazku zawsze po dupie dostanie konsument. Zawsze, niezależnie od wszystkiego. I tutaj właśnie Francja i protesty. Cel jest szczytny, ale wpierdol dostaje konsument. Jak z tego wyjdzie ich rząd? Sam jestem ciekaw.

 

 

  1. Przemysł

 

To jest kolejny ważny punkt. Wytwarzamy bardzo dużo gazów cieplarnianych poprzez przetwarzanie materiałów. Huty chociażby to jeden wielki emiter syfu do atmosfery. Dochodzą do tego zakłady odpowiedzialne za przetwarzanie plastiku czy produkujące elektronikę.

 

Trzeba spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Nie ma szans na to, żeby przemysł zniknął. Tak z dnia na dzień. Zawsze będziemy potrzebowali produkować samochody, pralki, lodówki, telefony, odkurzacze czy głupie kubeczki jednorazowe. Można oczywiście zakazać produkcji jednorazówek. Można? Można!

 

Przytoczę tutaj historię, którą wszyscy znacie. Reklamówki w marketach były kiedyś za darmo. Brało się ile się chce. Potem zaczęły kosztować symbolicznie, po 10-20 gr. Teraz potrafią kosztować nawet złotówkę. To rozwiązanie ma dotować sortowanie i recykling odpadów. Sam jestem ciekaw jak to wygląda w praktyce, bo jeśli te pieniądze wpadają do wspólnego worka, a potem są dzielone to nie wydaje mi się, żeby przynosiło to jakikolwiek efekt.

 

Smutna prawda jest taka, że nasza gospodarka opiera się na ciągłej produkcji dóbr i ich sprzedaży. Pralka ma działać 2-3 lata, a potem trzeba kupić nową. Lodówka tak samo. Telewizor ma przestać być modny po 3-4 latach, żeby konsument kupił nowy, nawet jeśli ten stary działa.

 

Dlaczego?

 

American Dream. To jest chyba niezła odpowiedź. Jak w przypadku samochodów, ubzdurało nam się, że każdy musi być samowystarczalny po mimo tego, że na dużym obrazku tak w cale nie musi być.

 

To, że Daleki Wschód produkuje tony rzeczy dziennie nie wynika z tego, że Chińscy obywatele potrzebują tego. Oni zalewają Europę, Stany, Kanadę. Jesteśmy dla Chin koloniami. Tak już kiedyś było. Niemcy, Hiszpanie, Francuzi, Brytyjczycy. Oni produkowali u siebie na potęgę, a potem sprzedawali ogromne nadwyżki do swoich kolonii. Produkowali wątpliwej jakości towary i sprzedawali za duże pieniądze. Dlaczego tak się działo?

 

W krajach macierzystych żyli ludzi, którzy chcieli produkować i dzięki temu się bogacić. Tylko, że ktoś to musiał kupować. Co to za problem przy ówczesnej technologii, wyprodukować tory kolejowe lub łopaty i wysłać je do kolonii w Afryce, gdzie się po prostu to sprzeda, bo tam nie ma technicznych możliwości produkowania na taką skalę?

 

Tak oto działa gospodarka światowa. Chiny produkują kosztem własnego ekosystemu i zalewają Europę i USA produktami wątpliwej jakości. Wystarczy spojrzeć na wzrost gospodarczy Chin i porównać z czasami rozkwitu Imperium Brytyjskiego. Schemat jest dokładnie taki sam.

 

Nam Europejczykom trudno jest spojrzeć sobie w lustro i powiedzieć: „Jestem Chińskim rynkiem zbytu”. Duma nam nie pozwala, wyssane z mlekiem matki poczucie bycia tymi zajebistymi, którzy dzielą i rządzą. Ta…

 

Smutne to, ale realia są takie, a nie inne. Większość produkcji odbywa się na Dalekim Wschodzie i to tam też wytwarzana jest większość substancji, które uwalniane do atmosfery powodują zmiany klimatyczne. Czy można coś z tym zrobić? Chciało by się powiedzieć, że można zrobić prostą rzecz. Zagłodzić Chiny. Przestać kupować. Po prostu. Tylko czy tak się w ogóle da?

 

Niestety odpowiedź brzmi „Nie”. Normalnego człowieka nie stać na kupowanie nie Chińskich towarów. Zacznijmy od tego, że należało by się wyzbyć większości elektroniki, bo w zasadzie całość jeśli nie jest produkowana i składana w Chinach, to dzieje się to w którymś z okolicznych państw. Potem trzeba by zerknąć na ubrania i stwierdzić, że od skarpet po kurtkę, większość jest Chińska, jeżeli nie została wyprodukowana tam, to chociażby materiały są produkowane z butelek PET, w wyspecjalizowanej chińskiej fabryce.

 

Co zatem można zrobić? Niestety, ale potrzeba tutaj rewolucji i to ogromnej, bo w głowach. Musimy sobie uświadomić, że aktualny pęd jest złym doradcą. Nie możemy tyle produkować. Wymaga to zmiany sposobu patrzenia na gospodarkę. Zdecydowanie, tak to trzeba zrobić. Tylko jak?

 

Są różne pomysły. Niemniej wszystkie opierają się na zarządzaniu pieniądzem jako motywatorem zmian. Trzeba sobie tutaj jasno powiedzieć, że pieniądz jest jednym z najgorszych wynalazków jakie wyprodukował człowiek i co gorsza nie mamy dla niego alternatywy. Musimy w jakiś sposób motywować się do działania i wynagradzać trudy. Jeśli ktoś pracuje ponad normę to należy mu pozwolić na to, żeby był lepiej usytuowany od tego, kto po prostu chce siedzieć na kanapie i jeść hot-dogi. Czy jest na to rozwiązanie? Poniekąd jest.

 

Pisałem o tym, przy okazji AI. Pomijając część techniczną i te tysiące IFów w kodzie. Ludzkość musi stworzyć sobie coś na kształt systemu wyzysku klasy niewolniczej, żeby egzystować. Przynajmniej tak długo jak żyjemy tylko na tej planecie. Jeśli uda nam się ją opuścić za jakiś czas to w nieskończonej przestrzeni będziemy budować historię na nowo. Jednak z perspektywy tego co mamy teraz. Potrzebujemy niewolników. Brzmi to strasznie, ale w zasadzie takie nie jest. Robiliśmy to już kilka razy i wtedy rozwój był w miarę stabilny.

 

Nie namawiam rzecz jasna do niewolenia drugiego człowieka. Jest to na tyle bestialskie, że sama myśl o tym staje się przerażająca. Nie wracajmy do tych dni. Nigdy.

 

Chciałbym zaproponować w miarę równy podział środków dzięki temu, że AI wraz z fizycznym aspektem w postaci robotyzacji, przejmie od nas aspekty wytwórcze.

 

To robot będzie produkował żywność, ubrania, inne urządzenia. Człowiek będzie dzięki temu mógł po prostu korzystać w sposób zrównoważony z dóbr. Oczywiście. Ktoś to musi trzymać za gębę. W takim ustroju niezbędni będą ludzi, którzy pokierują światem. Będą decydować co, gdzie i kiedy robić, w jaki sposób dzielić dobra, jak pozwalać ludziom się rozwijać, żebyśmy nie stali się bandą pozbawionych własnego rozumu istot białkowych.

 

Kontekst produkcji jest tutaj na tyle szeroki, że nie można powiedzieć: „Od dzisiaj nie produkujemy tych wszystkich rzeczy”, bo po prostu skażemy kilka milionów osób na śmierć z głodu. Dobra, nie skażemy. Jeśli mocarstwo takie jak Chiny czy USA poczują się zagrożone to po prostu zaczną do siebie strzelać. Tak się po prostu stanie, bez względu na wysiłki międzynarodowe i potępianie działań.

 

Do czego zmierzam w tym punkcie? Gubi nas pazerność i chęć wzbogacania się. Nie masy, ale elit. Kiedyś to zrozumiemy, choć przewiduję, że chwilę po tym zmienimy się w plemiona koczownicze, pozbawione technologii i zmuszone do odbudowy ludzkości. Ten moment w czasie zbliża się wielkimi krokami. Kolejna globalna wojna będzie spowodowana właśnie zmianami gospodarczymi, a w zasadzie zachwianiem statusu quo wielkich mocarstw. Nie mamy tutaj jako jednostka wiele do powiedzenia. Nie uda nam się tego zatrzymać, można co najwyżej spowolnić ten proces, demonstrować, dokładać wszelkich starań, żeby któryś przełom naukowy spowodował zmianę percepcji. Innych metod nie widzę.

 

  1. Gospodarowanie odpadami

 

Ostatnim punktem wyliczanki są odpady. Jeśli mówimy o środowisku, to nie jest to tylko atmosfera i podnosząca się globalnie temperatura. Jest to również zanieczyszczenie spowodowane złym gospodarowaniem odpadkami.

 

Stosujemy starą jak świat zasadę „Czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal”. Dlatego też mamy dodatkowy telefon do kontaktu z kochanką i topimy śmieci w oceanach. O, albo je spalamy. Polska jest jednym z ciekawszych miejsc na mapie Europy. Latem spaliło się kilka wysypisk śmieci. Od tak. Nie chcę prowadzić tutaj dociekań natury kryminalnej czy było to spowodowane podpaleniem czy samozapłonem. Fakt jest taki, że do naszego kraju przyjmujemy odpadki, a następnie je utylizujemy na różne sposoby. Jednym z nich jest oczywiście spalanie. Potem popiół do dziury i problemu nie ma!

 

Podobnie rzecz się ma na całym świecie. Odpady zamiast do reanimacji są niszczone, zakopywane lub topione. Te historie o wielorybie co to zjadł kilkadziesiąt kilogramów butelek nie są przesadzone. Rybki co to dławią się słomkami. Tak to jest w miejscach, gdzie świat poszedł do przodu i każdy koktajl podawany jest w estetycznym, jednorazowym opakowaniu.

 

Dlaczego tak się dzieje? Bo tak jest łatwiej. Knajpka kupuje kilka palet kubków, słomek i innego dziadostwa, potem niby to się zbiera, nawet segreguje, ale na koniec dnia mamy to wszystko ślicznie spuszczane do oceanu i nie ma, nie widać. Gdzie jest bobas? Tu jest!

 

Czy jest to problemem Europy? Pośrednio tak. Ostatecznie to my produkujemy, a raczej korzystamy z tych produktów. Generujemy tony śmieci, których nie jesteśmy w stanie rozsądnie utylizować. W efekcie też jesteśmy odpowiedzialni. Bardzo.

 

Co można z tym zrobić? Tu pojawia się drobny kłopot i on nadal jest w naszych głowach. Należy przestać korzystać z rzeczy jednorazowych i zaufać w eksperyment związany z sortowaniem odpadów. Chociażby woda w butelkach jednorazowych. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że takie butelki to też odpad, z którym coś trzeba na koniec dnia zrobić. Koktajl w plastikowym kubku, który w jakiś sposób podnosi nasz status społeczny (bo mnie stać!), czy aby na pewno? To wszystko co robimy codziennie, te mikroczynności niezauważalne na koniec dnia. Czy aby na pewno musimy bułkę do pracy pakować w jednorazowy woreczek? Czy jesteś pewny, że musisz mieć kawę w jednorazowym kubku, skoro masz taki ładny termiczny w domu i korzystasz z niego od wielkiego dzwonu? A 100% nie potrzebujesz tej reklamówki, wystarczy zabrać ze sobą na zakupy plecak lub torbę wielokrotnego użytku.

 

To się wszystko tak lekko mówi. Tylko, że nie jesteśmy w stanie zarządzić odpadami w sposób rozsądny. Po prostu. Przetworzenie większości plastikowych odpadów to duży problem. Po prostu się nie da zrobić tego rozsądnie. To co można zrobić i należy to szukać alternaty. Jednocześnie na etapie produkcji jak i użytku codziennego. Dlaczego wyjście na kawę nie będzie połączone z wlaniem jej do własnego kubka? Jedna z sieci stacji benzynowych sprzedaje własne kubki termiczne i mówi na wprost- przyjdź z naszym kubkiem, Twoja kawa będzie dzięki temu tańsza. Dlaczego jeśli wiesz, że wychodzisz z domu i będziesz potrzebował wody, to nie kupisz butelki, do której wlejesz kranówkę? Proste? Rozsądne?

 

Tak, tyko, że nie jest to wygodne.

 

Niestety, ale przyzwyczailiśmy się do wygody i nie jesteśmy w stanie zejść z tego stanu szybko. Aktualne pokolenie z krajów rozwiniętych jest przyzwyczajone do tego, że wszystko jest jednorazowe. Zaczynając od sztućców, a kończąc na relacjach. Przyzwyczailiśmy się do tego, że możemy traktować to co jest wokół nas jak przedmioty jednorazowego użytku. Dodatkowo nie mając świadomości, albo nie chcąc jej mieć, nie interesuje nas to jak bardzo źle postępujemy.

 

Czy można z tym coś zrobić? Trzeba pracować nad zmianą zwyczajów. Może trzeba uczyć o tym w szkołach, wpływać na wyobraźnię dzieci? W zupełnie innej dziedzinie życia, robi to fundacja Jurka Owsiaka. Uczy dzieci udzielać pierwszej pomocy. Nie robią tego, po to, żeby 10 latek robił masaż serca. Powód jest trochę inny. Takie dziecko zapamięta lekcję, bo jest ona połączona w jakiś sposób z uczuciami i przekaże ją dalej. Poinformuje dorosłych co mają zrobić, zadzwoni na 112, zrobi cokolwiek, w sytuacji, kiedy dorosła osoba może co najwyżej wyciągnąć telefon i nagrać zdarzenie.

 

Czy w takim razie aktualne pokolenia są zepsute i nic nie można z tym zrobić? Trochę tak, a trochę nie. Ważne jest budowanie świadomości. Nie jest to szybki i prosty proces. Nie zakończy się tu i teraz. Efekty zobaczymy za kilkadziesiąt lat. Będziemy musieli przyzwyczaić się do tego, że makaronu nie kupimy już w ładnym plastikowym woreczku, ale na kilogramy, do własnej bawełnianej torby lub papier toaletowy nie będzie już w folii ale w innym opakowaniu.

 

Podsumowując

 

Sprawa klimatu i wpływu człowieka na jego zmianę jest niezaprzeczalna. Nie możemy zamykać się tylko w sferze ocieplenia, ale też tego, że niszczymy środowisko. Dewastujemy lasy, zatruwamy wody, powodujemy wymieranie gatunków. Po części są to procesy naturalne. Gatunki wymierają i wymierać będą, niektóre nie dostosują się do zmian i po prostu przestaną istnieć. Z drugiej strony mamy katastrofy typowo naturalnie jak erupcje wulkanów, trzęsienia ziemi, wiatry o dużej sile.

 

Problem jaki mamy jako ludzkość to niepokojący fakt, że oprócz katastrof spowodowanych przez nas, również przyczyniamy się do tych, które czysto teoretycznie są naturalne. Jednym z efektów ocieplenia klimatu są silne wiatry, których tylko idiota nie zauważy. Tak są coraz to mocniejsze i coraz to częstsze, co jednak ważniejsze, mają one miejsce tam, gdzie zwykle nie występowały.

 

Czy zatem jesteśmy w stanie wpłynąć pozytywnie na naszą planetę? Tutaj są znowu dwa rozwiązania, które się nie wykluczają.

Możemy uciekać z niej. Powinniśmy wszystkimi możliwymi środkami doprowadzić do tego, żeby zasiedlać kolejne planety. Powinniśmy to robić tak szybko jak to tylko możliwe. Jest to związane z kilkoma aspektami.

 

Głównym jest to, że nasz gatunek jako taki będzie mniej podatny na unicestwienie. Jeśli rozprzestrzenimy się w kosmosie i zasiedlimy kolejne planety, to w zasadzie staniemy się nieśmiertelni. Trochę jak karaluchy. One też są w zasadzie nieśmiertelne, dostosowały się do życia w tak zróżnicowanym środowisku i funkcjonują w takie wielu miejscach na świecie, że zasadniczo nie da się ich wytępić.

 

Drugim, równie ważnym aspektem jest to, że podbój kosmosu jest równoznaczny z rozwojem technologii. Kolejne wynalazki powinny mieć wpływ na poprawę życia na naszej planecie. Może udać nam się osiągnąć taki poziom, w którym będziemy w stanie zarządzać naszymi zasobami naturalnymi w sposób zrównoważony i przedłużyć czas życia na ziemi o kolejne setki lat.

 

Bo trzeba tutaj przyznać się przed samym sobą do niezaprzeczalnego faktu. Życie człowieka na ziemi jest policzone. Może ono trwać jeszcze 200-300 czy nawet 5000 lat, ale ostatecznie wyczerpiemy zasoby naturalne potrzebne do rozwoju, wyjałowimy gleby, zużyjemy większość wody pitnej, zanieczyścimy atmosferę. Gdy to się stanie to nasz wybór będzie mało zróżnicowany. Będziemy w stanie uciec lub staniemy się na powrót jaskiniowcami i przez dziesiątki generacji będziemy czekać na to, żeby ziemia się odbudowała, bo przecież ostatecznie to się stanie, ale na pewno nie za życia naszych dzieci.

 

Kolejnym rozwiązaniem, z którego trzeba korzystać symultanicznie jest przedłużanie agonii. Tu też musimy mieć jasność. Zdewastowaliśmy planetę i za życia kilku kolejnych pokoleń nie będzie znacząco lepiej. Musimy zatem podjąć decyzję jak bardzo musimy się zmienić, żeby możliwe było dalsze egzystowanie. Nasza aktualna wygoda to tak naprawdę życie na kredyt. Zaciągnęliśmy ogromny dług, którego nie chcemy spłacać, bo zrobią to za nas kolejne pokolenia. Nie korzystamy rozsądnie z zasobów, dzięki temu kolejne pokolenia będą borykać się z nieznanymi nam teraz pokoleniami. Czasy dobrobytu to sekunda w dziejach ludzkości. Nawet jeśli dzisiaj jest nam tak dobrze, że możemy pozwolić sobie na życie ponad stan, to musi się to zmienić.

 

Tak, wiem. Jest to ciężkie. O wiele wygodniej jest wyrzucić coś niż naprawić, łatwiej jest korzystać z jednorazowych przyjemności niż ciągłych obowiązków. Na koniec dnia przecież liczy się tylko nasz komfort, to, żeby machnąć na stacji z rana kawę w plastikowym kubku, stać w korku spalając dziesiątki litrów paliwa, siedzieć na tyłku ubranym w spodnie, które nigdy nie stały obok naturalnych materiałów i do tego na koniec dnia mieć zapalone światło w całym domu, tylko po to, żeby było nam wygodnie, bo akurat za godzinę będę szedł do tego pokoju i fajnie by było.

 

Dostatek nas rozpieszcza. To, że nie musimy zasuwać po wodę do studni lub fakt, że lodówka działa całą dobę i jedzenie się nie psuje powoduje, że nie chcemy wyjść ze strefy komfortu. Nie chcemy z niej wychodzić, bo konsekwencje są daleki. Bardzo dalekie. Co najmniej poza zasięgiem wzroku przeciętnego człowieka.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego musimy dbać o naszą planetę i zmienić nasze zachowania, a szczególnie gospodarkę w skali globalnej. Już o tym wspominałem. Chcę, żeby znalazło się to jako jeden z ostatnich punktów. Jest on najważniejszy.

 

Jeśli nie zmienimy globalnej percepcji to za kilka lat rozpętamy największą wojnę jaką widział ten świat. Walczyć będzie w niej każdy. Niezależnie od tego gdzie mieszka, kim jest i jak bardzo nie interesował się tym co dzieje się na świecie przez ostatnie lata.

 

Kosztem kondycji planety, w cieniu porozumień klimatycznych, rozwijają się potęgi gospodarcze, które nie chcą dzielić się między sobą dobrami. Chcą zarabiać i mają w nosie to czy za 10 lat będzie czym oddychać.

 

Musimy globalnie odrzucić bycie społeczeństwem, które nastawione jest na zysk i konsumpcjonizm. Naszym światem rządzi pieniądz, niezależnie od tego czyj portret jest na nim wydrukowany. To jest bardzo złe z perspektywy globalnej. Wystarczy być nieczuły, zacząć się okłamywać i zupełnie odrzucić myślenie o tym jak bardzo uzależniliśmy się od wygody. Dzięki temu umysł jest spokojniejszy. Pieniądze są. Można zapewnić sobie dobrobyt.

 

Tak cały świat pragnie dobrobytu. Od osób zamieszkujących afrykańskie wioski, po prezesów korporacji. Problem polega na tym, że dobrobyt zawsze jest równoznaczny z wyzyskiem, tym, że komuś trzeba zabrać. Wiem, że idealny socjalizm nie istnieje, że jest to utopijna myśl. Wiem również, że kapitalizm to system skazany na porażkę w dłuższej perspektywie czasu.

 

Przewiduję, że nie uda nam się doprowadzić do tego, żeby wejść na ścieżkę zrównoważoną. Mamy za sobą zbyt wielki dług technologiczny i mentalny. Potrzebna nam jest rewolucja w myśleniu, na skalę globalną, bez podziału na lepszych i gorszych. Jeśli miałbym się odnosić do przykładów historycznych to stanie się to za około 10-15 lat. Jak resztki ludzkości wstaną z popiołów to wtedy nasi przywódcy mogą zrozumieć, że nie tędy droga, trzeba urządzić ten świat inaczej.

 

Bo teraz nie chcemy zmiany aktualnego stanu rzeczy. Boimy się nowego i wolimy doprowadzić się do zagłady niż spróbować zmienić mentalność. Podejść do siebie nawzajem jak do partnerów, a nie jak do wrogów.

Demokracja 2.0

Ostatnie wybory i to co o nich myślę, skłoniły mnie do filozoficznych przemyśleń odnośnie samej struktury demokracji w naszym kraju. Szczególnie jej cykliczności.

Jestem od wielu lat pracownikiem dużej korporacji. Fakt, faktem rynek zmienia się często. To samo można powiedzieć o społeczeństwie i relacjach w nim zachodzących.

Jedno jest natomiast niezmienne. Były, są i będą projekty trwające po kilka, kilkanaście lat. Jedną z gorszych rzeczy, które można zmienić, to w projekcie, który idzie zgodnie z założeniami (nawet się lekko opóźnia), to wymieniać ludzi. Na dowolnym poziomie. Im dalej w las tym próg wejścia jest trudniejszy do osiągnięcia dla nowych członków zespołu. Tym trudniej jest dojść do tego co zostało zrobione, co jest do zrobienia i dlaczego w ogóle jest jak jest i ma być tak jak ktoś tam mówi.

Oczywiście wpuszczanie nowej krwi, potrafi odświeżyć perspektywę i spojrzeć na temat inaczej. W jakiś sposób nieznany dotychczasowym zespołom projektowym. Dobrze. Tak jest. Nie będę się spierał. Sam szukam inspiracji. Zabieram kogoś na chwilę do salki, żeby rzucił mi zdanie, które otworzy mi głowę na inne zagadnienie. Nawet jeśli jest to kolega Łukasz, któremu rysuję mniej lub bardziej skomplikowany algorytm, tylko po to, żeby na niego spojrzał i zadał jakieś pytanie. Najlepiej jeśli w ogóle nie wie o czym mówię, dzięki temu zada na pierwszy rzut oka pytanie naiwne i jednocześnie zmieniające moją percepcję. Dzięki.

Wracając jednak do struktury demokracji. To co mnie boli to brak stałości w polityce i programach rządowych. Co zmiana na poszczególnych szczeblach władzy, to zmiana wszędzie. Teraz pozmieniały się samorządy. Kto naiwny niech pierwszy rzuci kamień. Co się będzie dziać, tam, gdzie władza się zmieniła? Zgadnijcie.

Przez jakieś pół roku niewiele będzie się działo w spółkach miejskich, bo trochę nie wiadomo co robić, żeby się nie narazić, a co robić, żeby było dobrze, więc tak to będzie, że nic się nie wydarzy ryzykownego. Potem pozmieniają się ludzie na odpowiednich stołkach. Co z tego wyniknie? Trzeba będzie się dotrzeć z nowym szefem, niejednokrotnie człowiekiem zupełnie nie znającym się na tej działce, trochę z ulicy. Już pominę fakt, że trzeba komuś zapłacić odprawy.

Powyższe dzieje się też na szczeblu krajowym, średnio co kilka lat. Nieistotne są odprawy, chociaż one odchudzają budżet, czyli nasze portfele. Ważniejsze jest to, że przez kilka miesięcy w roku takie kolosy jak ministerstwa, potencjalnie mogą nie działać, bo nie wiadomo w jakim kierunku biec, co jest do dokończenia, kto czym się zajmuje.

Każda duża organizacja uczy się zarządzania zmianą. Tym jak się zmieniać wewnętrznie i mieszać umiejętności i pomysły, a jednocześnie nie przepalić kilku miesięcy na gapienie się w sufit i zastanawianie, w którym kierunku ma to wszystko podążać, bo ludzie nie wiedzą. Korporacje się tego uczą i robią to coraz to lepiej. Z roku na rok, ze zmiany na zmianę. I muszę przyznać, że początkowo był to chaos. Teraz, jest nieco lepiej. Co ja gadam. Ostatnia zmiana, którą miałem okazję oglądać, była co najmniej nieźle wykonana. Przynajmniej z mojej perspektywy. Może to kwestia doświadczenia i relatywnie szybkiego dostosowania się do sytuacji, może po prostu było to zrobione dobrze.

Dość o korporacjach. Chociaż państwo to trochę taka korporacja, tylko, że może mieć gdzieś koszty. Inwestorzy nie będą płakać, że koszty wysokie. I właśnie o tym.

Zacznę o tego, że nie znam się na sądownictwie i nie wiem czy powinno się coś z tym robić czy też nie. Z tego co udaje mi się posłuchać od znajomych, to wypadało by coś z tym zrobić i jeśli wiele osób tak mówi, to może trzeba.

Opowiem trochę o moim pomyśle na parlament i samorządy. Może być lekko trudny do ugryzienia jeśli popatrzymy sobie na aktualną formę demokracji, ale spokojnie. Wydaje się, że ma to sens i to większy od tego co mamy teraz.

Podstawą jest posiadanie odpowiedniego systemu informatycznego. Nie ma znaczenia to jaki jest to system. Musi być wydajny, prosty do konfiguracji i musi istnieć możliwość częstego z niego korzystania, tak za na rok, może dwa razy w roku. Wydaje się to proste? Niby tak. Musi to być jednak system, żeby było tanio.

Jak w sposób okrojony wyglądały by wybory i w ogóle sejm? No to poniżej. A i ważna sprawa. Trzeba by zmienić konstytucję. Koniecznie.

 

  1. Do Sejmu wybieranych jest 10 przedstawicieli każdego województwa
  2. Do Senatu wybieranych jest 2 przedstawicieli każdego województwa
  3. Poseł i Senator wybierany jest na dożywotnią kadencję, która może zostać skrócona poprzez:
    1. Odwołanie posła lub senatora ze stanowiska z powodów dyscyplinarnych
    2. Przekroczenie granicy 65 lat
    3. Niezdolność do pełnienia funkcji publicznej, np. ze względu na stan zdrowia
    4. Odwołanie poprzez odbywające się co 4 lata wybory zatwierdzające
  4. Poseł i Senator odwołany ze stanowiska z przyczyn dyscyplinarnych, po odwołaniu nie może pełnić funkcji publicznej
  5. Poseł lub Senator otrzymuje po osiągnięciu wieku emerytalnego świadczenia zgodne z obowiązującym prawem
  6. Poseł i Senator otrzymują comiesięczną pensję, której kwota brutto jest równa 5 krotności mediany wynagrodzenia netto w gospodarce
  7. Od pensji odprowadzane są składki zgodne z określonymi w ustawie dla Umowy o pracę
  8. Posłom i Senatorom nie przysługują dodatki i zniżki wynikające z pełnionego urzędu
  9. Posłowie i Senatorowie nie posiadają immunitetu i w przypadku skazania w sprawie karnej, sąd może złożyć wniosek o dyscyplinarne zwolnienie z funkcji Posła lub Senatora
  10. Poseł lub Senator otrzymuje dodatki do pensji, za osiągnięcie długoterminowych celów poprzez pracę w zespołach projektowych. Każdorazowo cele oraz wartość dodatków jest akceptowana przez Sejm i Senat zwykłą wielkością głosów, przy obecności połowy uprawnionych do głosowania. Wyniki osiągnięte przez inicjatywę ocenia NIK.

 

No i  co?

Jakie jest ogólne założenie? Wybieramy o wiele mniej ludzi na urzędy i wybieramy ich dożywotnio. Jak to dożywotnio? Bo, dzięki temu mogą prowadzić projekty ciągnące się bardzo długo i je kończyć bez zmieniania zasad w trakcie. Takie same założenia tyczą się ministerstw. Dokładnie tak. Nie będzie rewolucji w oświacie co zmianę władzy. Będzie ewolucja.

Zatem co jeśli ktoś jest leniwy, kradnie lub po prostu się nie nadaje? Teraz nie ma opcji go wykopać ze stanowiska. Tutaj jednak istnieje z jednej strony sąd koleżeński, a z drugiej zwykły. Idziemy z posłem do sądu i przedstawiamy dowody, że się nie nadaje, cyk dostaje wyrok i kopa w tyłek.

Oczywiście, może być tak, że ktoś nie jest rażąco nie fajny, ale jakiś taki nijaki. Wtedy działamy jeszcze prościej. Co cztery lata dajemy mu możliwość kontunuowania pracy lub go wymieniamy. Nazwałem to roboczo Wybory Zatwierdzające. Jeśli ktoś uzyska poparcie w swoim regionie to może dalej piastować urząd. Jeśli nie to sorry. Wypad. Możesz kandydować na swoje własne stanowisko, ale teraz masz konkurentów. Trzeba się bić.

Co z kasą. Chciałbym, żeby nie była to zła forsa, bo mało pieniędzy na stołku korumpuje. Nie może być też za dużo bo to demoralizuje. Dlatego mediana wynagrodzenia. Jest to uczciwy wskaźnik. Dodatkowo jest ona pomniejszona dwukrotnie o obciążenie dla pracownika. Chodzi o to, żeby poseł też poczuł ile zdziera z człowieka pracy. Jak poczuje to zacznie się zastanawiać co z tym zrobić.

Tutaj też dochodzimy do znanego i lubianego pomysłu z korporacji. Posłowie zauważają, że podatki są za wysokie. Są wysokie bo mamy np. źle organizowany jakiś kawałek życia publicznego. Przetargi są słabo robione. Mamy zbyt wielu urzędników niskiego szczebla, których praca jest trochę zbędna. Tacy posłowie organizują się w grupę i wraz z ludźmi z ministerstwa jakiegoś tam uzgadniają, że zmniejszą obciążenie budżetu o 10 mln i będzie to cyklicznie wykonywane przez najbliższe 5 lat. Jeśli tak się stanie i NIK to potwierdzi to oni wypłacą sobie 1 mln z skarbu państwa na nagrody, które podzielą między sobą uczciwie, po równo, no chyba, że ktoś się będzie obijał to to zgłoszą i go wykluczą. Ma sens? Oczywiście, że tak. Jeśli komuś daje się forsę za myślenie i robienie, to będzie to robił i będzie w tym coraz to lepszy. Warunkiem jest tylko i wyłącznie to, żeby na projekt zgodził się sejmi i wyniki mierzył niezależny organ. Po za tym jest spoko.

Co jeszcze? Normalne emerytury z ZUS. Normalne świadczenia. Normalne prawa. Zero immunitetów i ulg podatkowych. Poseł ma chcieć pracować dla dobra kraju. Ma być dobrze wynagradzany jeśli jego działania poprawiają kondycję kraju. Bez dodatków. Oczywiście to jest też, niejako umowa o pracę. Dostaje normalnie nadgodziny, diety za delegacje, hotel jeśli potrzebuje. Niech ma to ręce i nogi.

Podobny układ zastosowałbym w samorządach, z tą różnicą, że tam liczba radnych musiała by być ograniczona liczbą głosujących. Jakiś promil tych osób. Nie więcej niż 10 osób. Co by nie było takiej patologii, że urząd miejski to setki urzędników, a miasto ma 200tys. mieszkańców. To nie ma prawa na dłuższą metę działać.

Co mnie w ogóle skłoniło do napisania tego tekstu? Liczba ~2 mln. Mniej więcej tylu urzędników żywię ja i moi koledzy z pracy. Do tego emeryci i renciści. Doszły nam jeszcze dzieci. Co do emerytów i rencistów nie mówię, że mam za złe, solidarność społeczna, chętnie się dokładam, babcia mnie karmiła i tyłek nosiła więc chyba mogę się tak odwdzięczyć? W kontekście dzieci, czyli niesławnego 500+ to mam wątpliwości, nie za bardzo mi się to podoba i szczerze mówiąc nie chcę poruszać za często tego tematu. Jednak. 2 mln. Ludzi na państwowym garnuszku to trochę zbyt wiele. Część z nich to policja, wojsko, lekarze i nauczyciele czy straż pożarna. Co do nich to złego słowa nie powiem, żałuję tylko, że tak niewiele zarabiają. To jednak jest mały kawałek całego systemu. Mamy setki tysięcy urzędników i należy się przyjrzeć czy w ogóle jest sens utrzymywać te urzędy. Poważnie, zrezygnujmy z części rzeczy.

Taka prośba na koniec. Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca to może udostępnić ten tekst dalej. Jeżeli pojawiły się pytania lub komentarze, to chętnie podyskutuję. Tak czy inaczej. Mam taki pomysł, żeby wrzucić ten pomysł Robertowi Biedroniowi podczas burzy mózgów, może coś z tego wyniknie i jego zespół rozpracuje temat? Fajnie by było 😉

UiPath- pierwsze wrażenia

Ależ ja lubię uczyć się nowego softu. Poważnie. Biorę sobie do łapki trial, dokumentację i spędzam weekend ucząc się czegoś nowego. Szczerze mówiąc jest to jedna z ciekawszych aktywności, które realizuję podczas tygodniowego cyklu. Po za tym to jest nudno. Praca, dom, trochę posiedzę w kuchni, łyknę w miesiącu z dwie książki, doszła jeszcze siłownia, która mam nadzieję, nie zniknie mi z oczu. Czasami coś napiszę, bo udało mi się zauważyć ciekawe zjawisko, co za tym idzie poświęcę się analizie i opiszę jak to widzę.

Ostatnimi czasy do biblioteki softu, z którym pracować potrafię, doszedł Axshare. Takie śliczne narzędzie do makietowania UI. Tworzy się lub korzysta z gotowych assetów i ogarnia wizualizację. Szczerze polecam, każdemu, kto projektuje sobie aplikację. Jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. Makietki, makietami. Ważny temat, szczególnie teraz, gdy strona wizualna jest o wiele ważniejsza dla końcowego użytkownika niż backend. Jakoś tak się przyjęło i bardzo dobrze, że doświadczenie płynące z pracy ma być czymś przyjemnym, a nie koniecznością i to co najmniej trudną w odbiorze. Znak czasów i postępu. Może dlatego, że backend pisze się o wiele łatwiej niż kiedyś i można poświęcić czas a skorzystanie z frontowych bibliotek, żeby było przyjemniej. No cóż, czasy brzydkich okienek odeszły i niech zostaną pogrzebane na cmentarzu historii IT. Niech sobie tam w spokoju leżą i nigdy nie powstają z grobów. I tak za chwilę do pobliskiej kwatery złożymy to co robimy aktualnie, na rzecz AR. Dajmy chwilę na hardware i okienka będą lada moment wyświetlane prosto na oczy. To dopiero będą czasy 😉

Nie chcę pisać o doświadczeniach, a przynajmniej nie bezpośrednio. W ten weekend dodałem do mojej biblioteczki program UiPath. Zapytacie się co to jest i o co chodzi? Już z przyjemnością opowiadam co to za zabawka i dlaczego będzie jednym z najważniejszych rozwiązań najbliższych kilku lat.

Najpierw rys historyczny.

Mniej więcej dwie dekady temu, okazało się, że można szybciej pracować dzięki komputerom. Dwie dekady temu pojawiły się pierwsze systemy informatyczne, które robiły coś i zastępowały papier. Rozwiązania miały być rewolucyjne i pozwalać na zmniejszenie kosztów ludzkich. Trochę tak się stało. Dlaczego trochę? Bo w zasadzie zwiększyła się efektywność pracy. Oznacza to, że na godzinę można zrobić więcej niż kiedyś. Tak też, ludzi pracujących jest mniej więcej tyle samo, ale wykonują oni pracę lepiej, szybciej, co za tym idzie więcej wytwarzają i zarabiają dla mitycznego pracodawcy.

Od tych dwóch dekad napisano miliony linii kodu, robiących różne rzeczy. Od ścieżek procesowych, przez przetwarzania danych, po samoobsługę. Powoli papier odchodzi do lamusa i jest takim złem koniecznym, które trochę wymagane jest przez prawo, w niektórych przypadkach lub zaszłości historyczne, gdzie to umowy są skonstruowane tak jak kiedyś się to robiło. Taka era przejściowa, która za chwilę powinna się skończyć i wtedy otworzymy szampana. Będzie miło.

Jest oczywiście pewien problem. Języki programowania oraz metody tworzenia tych rozwiązań powodują, że obserwujemy ciągłą ewolucję. To co było super 10-15 lat temu, aktualnie jest rozwiązaniem archaicznym. Trochę tak jak byśmy przesiedli się z samochodu na konia. Podobna skala zmian.

Kiedyś oprogramowanie nie było integrowane między sobą. Dokumentacje w mrokach dziejów znikają, a ciągły rozwój tych głównych dla danej firmy systemów powoduje, że najstarszy góral nie wie co tam w końcu siedzi. Prawda jest taka, że wiele z systemów chociażby klasy CRM jest nie do ruszenia. To co można zrobić, to spróbować wypuścić interfejsy i jakoś się integrować. Mniej lub bardziej inteligentnie. Pod spodem ciągle będą te archaizmy.

Rozwiązań jest kilka. Taki bardzo rygorystycznym jest oczywiście zaoranie, zasypanie solą i zbudowanie czegoś nowego. Tu jednak są problemy natury technicznej, organizacyjnej, a czasami i nawet prawnej.

Wyobraźcie sobie, np. zastąpienie systemu do zarządzania dostawami w obrębie łańcucha dostaw, który obsługuje 500 fabryk na całym świecie. Można robić to stopniowo i przepinać systemy po kawałku, można zrobić to jednym cięciem i obserwować jak świat zaczął płonąć. Na końcu jeszcze się dowiemy, że poprzedni system w jednym z IFów miał zaszyte, że jeśli Bangladesz to paczka musi mieć opis „B”, a reszta świata ma „A”, bo tam jest takie prawo i tego wymaga.

W jednym zdaniu. Złożoność tego jak działa aktualny soft w dużych firmach, koszty jego zmiany, czy nawet rozszerzenia, w porównaniu do korzyści krótko terminowych. Kurczę. Może się nie opłacać. Wprowadzić sporo zamieszania.

Z drugiej strony jest konieczność optymalizacji. Taka potrzeba mówiąca o tym, że jeśli mamy 100 ludzi przepisujących dane między systemami, to może byśmy chcieli ich mieć 10? Dlaczego by nie? Idziemy z tym do IT i mówią, że kosztować to nas będzie tyle ile płacimy tym ludziom przez 3 lata, tak, żeby zrobić to po bożemu. Jaka jest konsekwencja? Nie robimy i trzymamy 100 ludzi przez 5 lat. Tak mniej więcej to wygląda w korporacjach.

Co to RPA?

Kiedyś o tym pisałem. Tutaj.

Teraz poklikałem nieco w soft, ciut poczytałem i jestem mądrzejszy.

Zacznijmy od kosztów.

Sam soft nie jest szczególnie drogi. Przy wyborze, warto spojrzeć na to ile kosztuje licencja, jak wyglądają rozszerzenia, czy można dodać coś od siebie, np. kawałek kodu w C# lub Java, czy jest integracja z różnymi API, co to pozwolą nam rozszerzyć moce robota o dodatkowe fajne tematy.

Implementacja też nie jest jakoś szczególnie kosztowna. Dobrze by było mieć serwer, który posiada trochę wolnego procesora i RAMu, ale nie koniecznie. RPA robione za pomocą chociażby UiPatch, można odpalić na maszynie wirtualnej. Powiedzmy, że kupujemy sobie dobrego MacBooka i stawiamy na tym parę maszynek. Będzie zasuwać.

Prawda jest taka, że z tą maszyną Jabłka to żartuję. RPA działa na maszynie klienckiej. Ta widoczna część jego pracy to dosłownie klikanie po okienkach. Zaznaczanie, kopiowanie, wklejanie. Cała robota sprowadza się do tego, że zastępujemy żywego człowieka maszyną. Brzmi w zasadzie fajnie. Kosztuje jednak zasoby. Maszyna może klikać bez przerwy i ciągle wykorzystywać zasoby sprzętowe, ergo trzeba mieć dobre maszyny.

Pod spodem oczywiście mamy normalną obsługę baz danych, możemy podpiąć sobie plik płaski, ściągać dane z API. Bardzo nowocześnie to wygląda. Ba, napiszemy kawałek kodu w jakiś fajnym języku, żeby się wykonał.

W wielkim skrócie, dostajemy klikadło, które zmniejsza koszt produkcji programu. Chciałbym być w pełni uczciwy wobec wszechświata. To nie jest rewolucja. To wszystko da się robić conajmniej od 10 lat. Teraz dzieje się to prościej. Wizualnie, bez konieczności pisania kodu. UiPath ułatwia życie. Chwała mu za to. Dzięki temu zawód programisty za jakiś czas będzie tańszy. Nie, żebym płakał, chociaż trochę tak jest. Kiedyś była klasa Java.Robot, teraz jest ładne GUI.

Co nam UiPatch daje?

Trochę o tym było powyżej. Sam soft, z wbudowanymi elementami daje nam bardzo podstawowe narzędzia. Niech jednak nikogo nie zwiedzie to, że są podstawowe. Można bardzo dużo dzięki nim zrobić i do większości zadań nie będzie potrzeba korzystania z rozszerzeń, nawet nie trzeba znać się na programowaniu! Trzeba trochę logiki i może zrozumienia BPMNa?

  1. Pętle
  2. Połączenia do źródeł danych
  3. Obsługa peryferii
  4. Odczyt i zapis do plików
  5. Podstawowa integracja z API
  6. Bramki decyzyjne
  7. Obsługa zmiennych
  8. Podstawowe komendy systemowe
  9. Obsługa kolejek
  10. Obsługa wyjątków

W ogromnym skrócie tyle.

Nie wnikając w detale. Tyle wystarczy do postawienia robota i patrzenia jak sobie radzi na ekranie. Możemy na podstawie informacji z bazy danych, zakolejkować przeniesienie informacji z systemu „A” do systemu „B”, gdzie robot zacznie od pobrania informacji, wrzucenia ich w kolejkę, klikania między „A” i „B” i zwracania komunikatu do bazy, co udało mu się zrobić z danym rekordem. I tak kolejka może biegać sobie do zakończenia rekordów w bazie, ustawić robota w stan oczekiwania, żeby co jakiś czas sprawdzał, czy to prawda, że w bazie nadal pusto.

Jak wygląda sama praca?

Polecam oczywiście ściągnąć sobie wersję Trial i samemu zobaczyć jak się pracuje.

W wielkim skrócie. Rysujemy proces. Najpierw korzystamy z gotowych bloków logicznych, żeby zaprojektować przepływ pracy w naszym robocie. Najczęściej będziemy pobierać jakieś dane, potem otwierać docelowy program o ile już nie jest otwarty i coś na nim robić. To wszystko zapętlamy do wyczerpania rekordów. Zakładamy w międzyczasie na kolejnych krokach obsługę błędów i jeśli potrzebujemy to zwrotek np. do bazy danych.

Oczywiście nie jest to trudna praca. Wymaga jednak tego, żeby usiąść do tablicy i narysować przepływ pracy, zrobić rozsądne kroki, odpowiednio zamodelować wejścia i wyjścia. Cóż, dostajemy do zrobienia taką w pełni techniczną pracę polegającą na dobrym zaprojektowaniu procesu.

Jak już mamy ogólny obrazek to wchodzimy w detale każdego z kroków. W podobny sposób możemy zagnieździć w nim elementy logiczne, które pozwolą na kontrolę przebiegu procesu. Wszystko dzieje się za każdym razem w ten sam sposób. Przeciągamy klocki i układamy je w odpowiedniej kolejności na ekranie. Reagujemy na wejście i wyjście, zakładamy działania związane z samą logiką procesu.

Fajnym i jednocześnie archaicznym rozwiązaniem jest obsługa peryferiów w postaci myszki i klawiatury. Możemy ustawić kursor w miesjcu o współrzędnych X:Y i kliknąć. Przydatne jeśli w kontekście danego okna nie możemy zidentyfikować elementu formularza i automatycznie z niego skorzystać. Wtedy pozostaje metoda bardzo tradycyjna czyli kliknęcie. Oczywiście nie polecam jako rozwiązanie idealne. Wręcz przeciwnie, raczej jako zło konieczne. Niemniej da się.

Niech jednak nikogo, kto czyta ten tekst nie zwiedzie prostota opisu. Przeciąganie klocków brzmi fajnie i przyjemnie. Nic bardziej mylnego. Każdy, nawet najłatwiejszy robot to dziesiątki, jak nie setki bloków poukładanych obok siebie. To, że nie trzeba napisać IFa lub FORa, nie oznacza, że jest to trywialna praca. Wizualizacja pomaga oczywiście programiście widzieć swoje rozwiązanie oraz pracować na nim intuicyjnie. Nie zmienia to faktu, że jest to nadal praca skomplikowana, wymagająca skupienia. Oszczędza się trochę czasu, to prawda. Może popełnia się mniej błędów? Też jest to możliwe. Powiedzmy, że jest taniej o jakieś 20% czasu w kontekście pisania wszystkiego od początku do końca za pomocą zwykłego IDE.

Czy polecam programistom? Raczej tak. Interfejs jest przyjemny dla oka. Nie znalazłem wersji ciemniej. To ogromna wada. Poważnie! 😉 Liczba i rodzaj gotowych komponentów powinna wystarczyć do stworzenia mniej lub bardziej zaawansowanego robota. Sam robot pozwala się sprawnie implementować po stronie serwera czy też maszyny wirtualnej. Jednocześnie nie chcę powiedzieć, że jest to rozwiązanie idealne. Może są jakieś lepsze, mające lepszą bibliotekę „klocków”, pozwalające się lepiej dogadać z chociażby customowym kawałkiem kodu. Warto, tak czy inaczej, spojrzeć na UiPath, chociażby ze względu na całkiem niezłą dokumentację, popularność i liczbę przykładów, kursów itp. Tak dla poznania rozwiązania, nie koniecznie, żeby się specjalizować w nim.

Co to oznacza dla biznesu?

Myślę, że jedną fajną rzecz. Do korzystania z UiPath, nie trzeba być programistom. Konieczna jest znajomość podstaw projektowania oprogramowania, raczej dobra znajomość notacji BPMN, przyda się też trochę wiedzy na temat baz danych i organizacji informacji w nich. Czy coś ponad to? Nie bardzo.

Nie musisz być programistom, który zasuwa na co dzień w czarnym IDE, żeby zrobić robota. Przynajmniej takiego prostego.

Wiedza techniczna jest oczywiście istotna i bez niej może być trudniej, ale bez przesady.

Może to skutkować, a przynajmniej powinno, utworzeniem po stronie biznesowej, jednostek produkujących RPA na potęgę. Ma to ogromne konsekwencje organizacyjne. IT może zajmować się „grubą” integracją, czy tworzeniem rozwiązań docelowych. Taka z resztą powinna być ich rola.

Biznes jako taki, szczególnie ten projektujący procesy, może w trakcie kolejnych zmian, spojrzeć na to co stworzył i spróbować własnymi, trochę wyspecjalizowanymi rękami, odciążyć organizację od pracy ludzkiej.

Ostatecznie kto jak nie ludzie od procesów wiedzą co jest czynnością powtarzalną, którą może w ten sam sposób co człowiek, zrealizować robot? Przynajmniej tak powinno być.

Jeśli teraz czyta mnie ktoś kto zajmuje się w swojej korporacji procesami, to niech chwilę się zatrzyma. Jeśli w ostatnim półroczu stworzyłeś proces, który wymaga ludzi do czytania danych z systemu lub pliku i za pomocą prostego algorytmu karze im coś kliknąć, wkleić lub napisać, to zastanów się czy nie popełniłeś/łaś błędu. Ten proces można zaadresować w RPA, dzięki temu uwolnić część zasobów, a nie oszukujmy się taki jest cel optymalizacji. Nie mówię i wyrzucaniu ludzi z pracy. Dajcie im ciekawszą robotę, taką, gdzie bezduszna maszyna nie powinna być decydentem. Coś na tyle złożonego, że algorytm jest zbyt trudny do wyjaśnienia w kilku zdaniach.

Zupełnie poważnie mówię też o odseparowaniu się od IT i stworzeniu w ramach struktur biznesowych zespołu, który optymalizuje procesy w ten właśnie sposób. Taka jednostka w jednej osobie mogłaby odwiedzać zespoły operacyjne, tworzyć RPA i całkiem nieźle bawić się w pracy. Doświadczenie mówi, że zespołu IT mają inną percepcję na jakość. Nie mówię, że jest źle. Dla IT jest dobrze jeśli program zachowa się zgodnie z założeniem. Jak ma strzelać błędem to niech strzela. Dla biznesu ważniejsza jest efektywność procesu. To ile się przetworzy pozytywnie i ile dzięki temu zaoszczędzimy w dłuższej perspektywie czasu. Dlatego też kawałek biznesu, będący blisko operacji i procesów i jednocześnie produkujący RPA jest świetnym rozwiązaniem. Taka przyszłość na najbliższe 5-6 lat.

Kurczę, czytam to co napisałem powyżej i zaczynam się zastanawiać czy nie powinienem jednak wyjść z baz danych i robienia projektów i jednak iść do konsulting. Spokojnie boss, jak pomysł dojrzeje w mojej głowie to dam znać wcześniej 😉

To jeszcze raz, po co?

Bo szybciej i taniej niż grube rozwiązania IT. Istotny jest czas implementacji. Pobieżne przyjrzenie się UiPatch pozwala mi sądzić, że proste procesy (tak około 100 bloków) można zaimplementować w granicach 2 tygodni pracy programisty. W praktyce jeden sprint pozwala dostarczyć jednym człowiekiem jednego robota. Na upartego można stwierdzić, że jedna osoba, miesięcznie dostarcza dwa rozwiązania. I to z testami, pełną implementacją, poprawkami w kluczowych miejscach, dowiezieniem efektywności na akceptowalnym poziomie. po stronie technicznej E2E w dwa tygodnie? Spokojnie się da. Nawet jeśli były by to dwa sprinty, gdzie drugi to stabilizacja i optymalizacja, to nadal po dwóch tygodniach mamy działające rozwiązanie, które tylko szlifujemy. W perspektywie wdrożeń IT trwajacych miesiącami, to jednak robi wrażenie.

Popatrzmy na koszty i zyski.

Koszt jednostkowy:

– 0,4 pensji dewelopera -> jakieś 4 tys. brutto

– maszyna wirtualna -> jednorazowo ok. 5 tys. za fizyczną maszynę, czyli około 1,5 tys. za wirtualną, na której pracuje robot

Zyski:

– minimum 2 etaty, żeby się opłacało -> powiedzmy, że 8 tys. brutto jeśli nie płacimy zbyt dużo za pracę w backoffice

– zwiększenie efektywności pracy (robot nie je, nie śpi, nie pije kawki i wyskakuje na fajka, na L4 też nie wyskoczy)

– zmniejszenie błędów, a to skutkuje zmniejszeniem reklamacji, wzrostem morale w firmie, wzrostem satysfakcji klienta końcowego

Można powiedzieć, że jeden robot zwraca się w najgorszym przypadku po dwóch miesiącach pracy. Potem tylko zarabia na siebie. Nie trzeba go dotykać, karmić (oprócz prądu), w ogóle można o nim zapomnieć. Warto zaznaczyć, że dobra metoda to rozpoczęcie robotyzacji od dużych wolumenów. Jest to rzecz jasna oczywiste, chyba?

 

Wypada w tym momencie skończyć. RPA jest świetną choć nie nową technologią, która usprawnia procesy biznesowe oparte o wiele, niezintegrowanych systemów. Otwarcie trzeba przyznać, że bilans zysków do kosztów może być imponujący, a sama szybkość implementacji rozwiązania potrafi zawrócić w głowie.

Nie można jednak polecić tego wszystkim. Zdecydowanie jest to rozwiązanie dla firm mających kilka systemów, których wymiana na nowsze technicznie wersje jest droga, posiadają wiele zespołów backoffice i konsekwencją tego jest nie akceptowalna skala pomyłek popełnianych przez człowieka lub czas trwania procesu E2E. To nie jest i nigdy nie będzie sensownym rozwiązaniem dla małych firm, z niewielką liczbą systemów i procesów manualnych. Po mimo stosunkowo łatwej implementacji i niskiemu progowi wejścia, może nie być sensu się w to bawić. Samo posiadanie robota, tylko dlatego, że fajnie jest go mieć w firmie, nie jest sensownym pomysłem. Wiem, że na slajdzie wygląda to fajnie. Tylko po co?

Czy jest to technologia, która szybko przestanie być fajna? Uważam, że nie. Z perspektywy korporacji jest to stosunkowo nowy sposób myślenia o budowaniu procesów. Na tyle świeży, że dopiero powstają zespoły robiące RPA, na tyle popularny, że mówi się o tym na zebraniach mądrych głów. Jeśli w przeciągu najbliższych kilku lat, nie znajdzie się ktoś kto wymyśli dobrą i tanią metodę migracji ze starych systemów informatycznych do nowoczesnych rozwiązań to z RPA będzie chleb conajmniej przez dekadę. Oczywiście AI może zjeść kawałek tego chlebowego tornu, ale RPA zawsze będzie tańsze niż AI. Tak to widzę.

Wybory, wybory, po wyborach

Wybory, wybory i po wyborach.

Nie chcę wchodzić w dyskusję na temat politycznego aspektu. Staram się jednak być od tego daleki, przynajmniej w sferze publicznej. Niemniej muszę powiedzieć, że wyniki w moim rodzinnym mieście, szczególnie z perspektywy wyboru prezydenta to, cóż. W drugiej turze wybór będzie między dżumą, a cholerą. Z jednej strony przedstawiciel ekipy wywiezionej na taczkach, a z drugiej gość, który nie zrobił jakoś szczególnie dużo przez ostatnie dwie kadencje. Ja wiem, że rada miejska była nie do końca przychylna i różnie to tam było podczas głosowań. Tak czy inaczej „Bytom to nie hasiok” i mam nadzieję, że nowo wybrani urzędnicy będą o tym pamiętać.

Tyle jeśli chodzi o komentarz polityczny. No, może jeszcze dodam, że szkoda, że jedna z ważniejszych dla mnie osób, które w swoim życiu poznałem, nie zasiądzie w radzie miejskiej. Szkoda. To niesamowicie mądry i aktywny społecznie facet. Może byli lepsi, na pewno wielu było mniej skromnych, być może o to chodzi w osiąganiu sukcesu politycznego, że trzeba wsadzić skromność w kieszeń i biegać z sztandarem na piersi i okrzykiem zwycięstwa na ustach. Szkoda. Nie zmienia to faktu, że jeśli czytasz ten tekst to wiedz, że miałbyś mój głos, gdybyś startował z mojego okręgu i jeśli kiedyś będziesz potrzebował wsparcia to wal śmiało!

Dość polityki.

Chciałbym przyjrzeć się aspektowi technicznemu całej tej zabawy w wybieranie reprezentantów.

Zacznijmy od tego co się dzieje z tyłu. Wiem o tym sporo, bo kilkukrotnie uczestniczyłem w wyborach jako członek komisji. Sporo się nasiedziałem podczas liczenia głosów. Tak dla zainteresowanych, płacą coś około 300 PLNów za głowę. W każdym obwodzie jest nieco lepiej opłacany przewodniczący i zastępca. Członków każda z komisji ma co najmniej kilku. Policzcie sobie sami. Takich obwodów było podczas wyborów samorządowych prawie 27 tys. Tak, kupa kasy idzie na samych tylko tymczasowych urzędników. Takich co to przyjdą rano i będą wydawać przez kilka godzin karty, a potem wrócą i policzą głosy.

Ta praca też jest ciekawa. Wiece jak się liczy głosy? Komisyjnie otwiera się urnę i wywala na podłogę te wszystkie karty. Tak po prostu, bo jak inaczej? Na stół? Zapomnij. Przecież się rozsypie i jeszcze zawieruszy, a jednak każdy głos jest ważny. Jak by nie było.

Teraz były wybory samorządowe. Gorzej się chyba nie da trafić. Kilka kart, dziesiątki możliwych konfiguracji głosów i konieczność liczenia tego w zasadzie w nocy, bo to się wszystko dzieje około 22. Potem jeszcze sprawdzić te głosy ponownie, bo nie można się pomylić. Cześć kart komisyjnie się unieważnia, bo może ten dodatkowy szlaczek to przez przypadek, a nie specjalnie. Liczyć się kończy po mniej więcej dwóch godzinach tak dla pewności.

Jednak to nie jest koniec. Przecież było by za prosto.

Potem jest komisyjne pakowanie tych kart. Robienie ładnych paczek, które w asyście policji są przekazywane do właściwego urzędu, a tam przecież jest jeszcze ktoś kto liczy. Pewnie nie wszystko, ale na pewno wyrywkowo karty są ponownie sprawdzane. Tak dla pewności.

Tylko chwilunia. Momencik. Wiecie, że to jest jeszcze wprowadzane do programu, który o 22-23 jest tak przeciążony, że akt wpisywania danych to kolejna godzina lub dwie poświęcone na wklepywanie danych. Tak. Przepisywanie z kartki do komputera, żeby się w stolicy pokazały cyferki. Spoko.

Zaleciałem na sam koniec, a tu przecież jest jeszcze konieczność przygotowania tego wszystkiego.

Trzeba przecież wydrukować karty do głosowania. Być pewnym, że lista kandydatów jest ok. Czyli znając życie listy są sprawdzane po kilka razy, a na koniec i tak coś nie wyjdzie i się kolejność zamieni albo pojawi się nazwisko, którego nie powinno być. Takie czeskie błędy, które się przecież zdarzają. Po prostu. To robią ludzie i bez pomyłek po prostu się nie da. Bądźmy poważni. Widzieliście kiedykolwiek produkt przygotowany przez człowieka, który nie ma wad?

Idąc tym tropem dostajemy kilka ryz papieru zmarnowane na błędy.

Ba, nawet jeśli błędów nie będzie to mamy przecież miliony zadrukowanych kawałków papieru z kilkoma nazwiskami, które grzecznie czekają na dzielnych wyborców.

Tylko, że zagłosowanie to też nie jest prosty temat.

Większość młodych osób musi się dopisać do listy wyborców. Okazuje się, że to nie jest takie proste. Trzeba wysłać PIT albo deklarację właściciela mieszkania czy jakieś inne poświadczenie, że mieszkamy tam gdzie mieszkamy. I to takie ważne jest w kontekście tego czy zagłosuję w Bytomiu czy Warszawie? Okazuje się, że tak, po mimo tego, że w Bytomiu bywam 3-4 razy do roku to na liście wyborców jestem. W Warszawie od 5 lat płacę podatki, ale tu się muszę dopisać do listy i robić jakieś głupie wygibasy. No i jeszcze będą mi urzędnicy pod górkę robić, bo cośtam.

To tak, gdyby ktoś nie wiedział jakim cholernych archaizmem jest nasz system prowadzenia wyborów. Już nie będę marudził, że w miasteczkach mających po 50-60 tys. mieszkańców, wybiera się po kilku radnych, jak by 3 nie wystarczyło. Bez sensu. O czym tych 10-12 ludzi ma gadać? Wybiorą sobie po 5 ulic i każdy z nich będzie się zajmował własnym kawałkiem? Może będą debatować przez trzy posiedzenia, na jaki kolor pomalować płot? Szkoda gadać.

Dobra. W tym układzie jak powyżej wybory są po prostu drogim interesem. Trzeba ludzi, papier, systemy, ogarniać transport, poprawiać fizyczne błędy. Na koniec jeszcze ręcznie liczyć.

Rozmawiamy tutaj o systemie, który nie zmienia się po mimo tego, że zmienia się technologia i dzisiaj ten cały cyrk można zmieścić na ekranie komputera. Bez problemu można zlikwidować kolejki. Można spokojnie olać ciszę wyborczą, która jest absurdem w kontekście internetu. Ba, można zrobić wybory kilku dniowe! Poważnie. Dlaczego mają trwać jeden dzień, a nie trzy? Co nas to boli? Wyników można nie ujawniać, żeby nie sugerować innym, ale przecież nie musi się to zamknąć w jednym dniu.

Jak ja to widzę?

  • ePUAP

Kto nie korzystał z profilu zaufanego, ten nie wymieniał ostatnio dowodu albo lubi kolejki. ePUAP to taki twór, który pozwala na załatwianie prostych spraw w urzędach dzięki profilowi zaufanemu. W zasadzie jest to sprzęgnięte z kontem w banku więc temat bezpieczny. Dodatkowo można przebiec się do urzędu i taki profil założyć sobie na dowód. Też działa, chociaż przez bank szybciej. W zasadzie parę kliknięć i wszystko jasne.

Dlaczego to takie istotne? Jeśli mogę za pomocą takiego poświadczenia zamówić sobie paszport to dlaczego nie mogę zagłosować? Nic nie stoi na przeszkodzie. Identyfikuje jednoznacznie człowieka? Tak! Pozwala powiązać go z miejscem zamieszkania? Tak! Gdzie problem? Trza zrobić i nie gadać.

To co na pewno wypadało by dorobić to zmusić usera do podania adresu. Ale chwila, chwila. Przecież większość z nas jakiś PIT to jednak składa co roku. Czy się mylę? Nie mylę się. Zapiąć z bazą US i po zawodach.

  • Blockchain

Tylko i wyłącznie, żeby dane były dobrze przechowywane i nie dało się nimi manipulować. Technologia oczywiście nigdy nie zastąpi takiej tradycyjnej bazy danych, ale w tym kontekście ma sens. Przecież oddanie głosu na kandydata powinno być niezbywalne. Równocześnie jeśli ja oddam głos to już go oddałem, koniec zabawy.

Myślę, że przy odpowiedniej kryptografii to jest technologia, która będzie podwaliną pod system do ogarniania wyborów.

  • Big Data

Taka wisienka na torcie. Te wszystkie dane można wrzucić w Big Data i potem analizować na potrzeby różne. Oczywiście trzeba je wyczyścić z PESELI, ale nie o to chodzi. Informacje nawet zaagregowane są idealną pożywką dla władzy. Nie dlatego, że ma być dzięki temu budowana propaganda. Nie o to chodzi.

Dzięki pozbieraniu informacji, nawet zaagregowanych, można uzyskać np. informację: kobiety w wieku 20-30 lat głosowały na kandydata X, była to silna reprezentacja, ale nie pozwoliła kandydatowi wygrać. Co z tego? Samorząd ma informacje, że ten kandydat proponował coś ważnego. Może żłobek? Przedszkole? Trzeba się nad tym pochylić. Ważny temat i ogromne poparcie. Taka analiza, którą PKW mogło by udostępnić to przecież nic trudnego i co ważne daje na wprost szanse na zrozumienie społeczeństwa.

 

Ostatnie akapity w takim układzie.

Mamy wykorzystane trochę technologii i postawione to na mocnym serwerze. Można nawet pokusić się o to, żeby przy nazwisku kandydata pokazało się jego zdjęcie i kilka słów o programie. XXI wiek jak się patrzy.

Taki świadomy głosujący siada przy komputerze, loguje się i oddaje głos. Głos automatycznie wpada na serwer i się zlicza. Wyniki mamy niemalże od ręki.

Nie potrzeba wycinki drzew na karty, które potem trafiają na makulaturę lub o zgrozo są magazynowane na wszelki wypadek. Nie potrzeba tysięcy ludzi do obsługi tego grajdołu tylko kilka przeszkolonych osób na jednostkę administracyjną różnych szczebli. Nie potrzeba papierologii między PKW, a komitetami. Rejestrujesz się na portalu, dostajesz akcept, układasz program, dodajesz kandydatów. Wszystko się dzieje samo.

Dlaczego nie zrobiliśmy tego? A bo cośtam. Jeśli argumentem jest to, że część osób nie ma komputerów to zróbmy szybką ścieżkę zakładania profili zaufanych na pół roku przed wyborami. Dla spóźnialskich zróbmy kilka komisji, gdzie ktoś pomoże to ogarnąć, doda człowieka ręcznie do listy, zweryfikuje i pozwoli mu zagłosować za pomocą komputerka. Przecież nie potrzeba do tego potwora, cokolwiek co wyświetli stronę www. W każdej szkole są komputery, a tam odbywają się wybory. Nie róbmy z tego takiego problemu.

Czy to się kiedykolwiek stanie? Ciekawe pytanie. Zapytam się PKW czy wybory powiedzmy w 2020 (chyba parlamentarne wtedy będą) mogą się odbyć normalnie, a nie metodą jak z sprzed stu lat. Dam potem znać co mi odpowiedzieli, bo to ciekawy temat jest.

Niby taki nowoczesny kraj, a dalej kartki liczą.

Państwo w państwie

Dzisiaj przy niedzieli będzie trochę filozoficznie. Kilka dni temu pisałem o ACTA2. Dzisiaj zacząłem się zastanawiać nad pojęciem Internetu jak takiego. Pamiętam taką sentencję z sprzed lat „Facebook jest w Internecie czy Internetem?”. Na moment pisania tego tekstu portal posiada przeszło 2 miliardy użytkowników, żeby złapać szerszy obraz, warto spojrzeć chociażby do Wikipedii. Całe Chiny i Indie to ponad 2,6 miliarda ludzi. Czyli Facebook to dwa największe kraje świata z wyłączeniem dzieci. Mało? Populacja Unii Europejskiej to 0,5 miliarda. Tak, największy portal społecznościowy to ponad cztery UE. Cóż, tak wielka grupa osób wymaga pewnego sterowania? Czytaj dalej Państwo w państwie

Supermicro

Pojawił się bardzo ciekawy artykuł na stronie niebezpiecznika: https://niebezpiecznik.pl/post/chiny-backdoor-apple-amazon-sprzet-supermicro/ jest on powiązany z tekstem bloomberga: https://www.bloomberg.com/news/features/2018-10-04/the-big-hack-how-china-used-a-tiny-chip-to-infiltrate-america-s-top-companies

Jako, że nie jestem ekspertem do spraw bezpieczeństwa, szczególnie sprzętowego, to ciężko mi ocenić wiarygodność tych tekstów. Zwłaszcza, że największe firmy świata wydają już oświadczenia, że ich ten problem nie dotyczy, oni mają wszystko pod kontrolą, sprawdzili sobie. Wypowiadają się szefowie bezpieczeństwa Apple, Amazona i Facebooka. Oświadczenia są bardzo precyzyjne, nie wymijające jak to ma zwykle miejsce. Możliwe, że nie jest to temat istotny dla szerokiej masy, jednak warto się pochylić chwilę nad tym problemem i spojrzeć na niego z innej perspektywy. Czytaj dalej Supermicro

Bloodborne – gra karciana

Pod miastem Yharnam rozciągają się ogromne podziemia. Plaga związana z krwią spowodowała, że zamieszkują je potwory rodem z koszmarów. Lochy Kielicha, bo taką noszą nazwę połączone są z transcendentalnym Snem Tropiciela. W tej krainie mającej swoją genezę z horrorach rodem z powieści Lovecrafta bój z bestiami i sobą samymi toczą Tropiciele. Zwinni wojownicy, dzierżący w dłoniach specjalistyczną broń stworzoną do walki z monstrami. Ot Bloodborne. Czytaj dalej Bloodborne – gra karciana

Życie na maksa

Nie wiem czy to kwestia wieku czy dojrzałej relacji, którą budowałem od wielu lat, ale poczułem się ostatnio co najmniej dziwnie. Mam nieodparte wrażenie, że gdzieś się ten świat zapędził i tacy fajni, poprawni politycznie to my jesteśmy tylko na obrazkach w telewizji i to nie wszystkich. Oczywiście nie jestem zwolennikiem, żeby dorosłemu człowiekowi nie powiedzieć, że jest głupi jeśli jest, a przynajmniej, gdy jak mawiał wielki mędrzec „głupi ten co głupio robi”. Czytaj dalej Życie na maksa

Project stream

Po dzisiejszym newsie powinno w świecie gamingowym co najmniej wrzeć. Google ogłosił testy swojej platformy streamingowej. Nie będzie to klon Netflixa, ale czegoś na kształt PS Now. O co chodzi? Odpalamy klienta i gramy w grę. Nic nie ściągamy. Po prostu uruchamia nam się ładna grafika, wszystko w chmurze i zasuwamy sobie w takiego Assasinka. Cóż do teraz to się nikomu nie udało, a przynajmniej nie wyszło dobrze. To jak teraz będzie? Czytaj dalej Project stream

Detektyw pierwsze wrażenia

Kolega Trzewiczek znowu popełnił planszówkę. Tym razem jesteśmy daleko od Neuroshimy i lądujemy we współczesności. I to jakiej. No takiej normalnej. Bez udziwnień. Po prostu dostajemy wszystkie mechanizmy dostępne w dzisiejszym świecie i mamy grać. Gra się zwie „Detektyw” i jest całkiem fajnym spojrzeniem na to jak można odciążyć Mistrza gry, wydrukować kilkadziesiąt kart i kazać graczom siedzieć w Internecie, żeby sobie pograć. Czytaj dalej Detektyw pierwsze wrażenia