Retrogranie vs rzeczywistość

Miałem pisać tutaj o poważniejszych rzeczach. Miała być Big Data, opowieści o wędrówkach po górach i trochę lżejszych rzeczy ale bez przesady.

Jednak, cóż. Siedzę sobie przed otwartym GoGiem. Oglądam moją bibliotekę gier i coś mi nie pasuje.

Sam GoG dla osób, które jeszcze nie miały przyjemności, jest platformą sprzedającą cyfrowe wersje raczej klasycznych gier. Robią to powiedzmy sobie szczerze za bezcen, przynajmniej w promocjach. Tych jest dużo. Można? Można! Oczywiście jest jedna fajna rzecz w tym wszystkich. Te gry w zasadzie kupujemy na własność. Nie ma zabezpieczeń i innych dziadostw. Możemy sobie ściągnąć instalator i się bawić. Rzecz jasna jest to pole dla tych wszystkich z nas, który prawa autorskie mają lekko mówiąc w dupie i chcą dystrybuować pirackie kopie gry kupionej za 5 PLNów. Wstyd. Po co to? A może ktoś chce sobie wydrukować okładki, zrzucić instalatory na płyty CD i postawić na półce? Why not?

Tyle o samej platformie. Od razu też zaznaczę, że nie jest to sponsorowany tekst, co na aktualnym etapie tego bloga, no było by dziwne. Jest to moja subiektywna opinia. W końcu się może znaleźć ktoś kto przeczyta ten tekst za 5 lat i powie, że się sprzedałem 😉

Co z tą biblioteką?

W zasadzie teraz napiszę coś o chorobie dzisiejszych czasów, szczególnie widocznej w cyfrowych bibliotekach ale nie tylko. Mamy jakieś chore tendencje do wydawania podejrzanie niskich pieniędzy na ewidentnie zbędne rzeczy. No niech mi ktoś wyjaśni po co mi seria The Elder Scrolls? Mam w bibliotece. Pewnie nigdy nie zagram. Co na PSN? To samo. Jest promocja to se kupię. No i mam np. Farming Simulator. Grałem trzy razy. Nie dla mnie. Leży. Kasa wydana. Książki? Szkoda gadać. Boję się przeprowadzki. Będę potrzebował dodatkowe auto na pudła z książkami.

Ta. Konsupcjonizm. Ewidentnie. Też jestem ofiarą dzisiejszych czasów. Szkoda. Myślałem, że mnie to ominie. Nie udało się.

Co z tymi starociami?

Sukcesywnie uzupełniam bibliotekę. Mam od groma produkcji. PSN, GoG, półka. Jest tego dużo. Nie ma co ukrywać.

Jeszcze z tym PSNem to ma większy sens. Ale GoG. Kurwa, jakaś porażka 😉

Jako gracz z lat 90-tych (jeszcze trochę, kawałeczek), mam jakiś dziwny sentyment do produkcji z tamtego okresu. Uważam, że wtedy robiło się świetne gry. Ograniczenia były ogromne. Sprzęt słaby, języki mało elastyczne, grafika raczkowała. Umówmy się, że dupy nie urywało. Nawet samo upakowanie muzyki w lepszej jakości było problemem, bo jeden CD to jednak mały nośnik. Już nie mówiąc o produkcjach, które to wychodziły na dyskietkach.

No i co? Doznałem szoku. Kiedyś grałem w różne produkcje. Sporo w RTSy. Dużo w cRPGi. Od groma tego było. Wtedy też mi się jakoś to wszystko bardziej podobało. Było inne. Teraz? Kurczę jest dziwnie. Nie, żebym się nie spodziewał. Przecież minęło 20-30 lat. Niewiele się też z tym wszystkim działo. Może ktoś zrobił remaster podbijając rozdzielczość. To wszystko. W czym więc problem?

Grafika

Ta. Pierwszy punkt to grafika. Nie chodzi o to, że gry są brzydkie. Tego się przecież spodziewałem. Coś co mnie zachwyciło naście lat temu, teraz nie ma startu do aktualnych produkcji AAA.

Problem polega na tym, że kiedyś to wszystko wydawało się większe. Serio. Przy rozdzielczościach 800×600 trzeba było przesuwać ekran. W lewo, w prawo, w górę i w dół. Ciągle myszka zasuwała od krawędzi do krawędzi. A teraz? Kurczaczek. Taka mapa z BG1 mieści się na moim starym 22 calowym ekranie. Monitor ma już z 10 lat, dalej świeci i ma tylko/aż 22 cale. Kiedyś ekrany były mniejsze i z przyczyn oczywistych można było zobaczyć mniej. Przez to wszystko światy, szczególnie w izometrykach są mniej tajemnicze? To chyba złe słowo. One po prostu się skurczyły. Ten efekt jest oczywiście nieprzyjemny. Wspomnienia z produkcji tracą w jakiś sposób na swej unikatowości, byciu czymś ogromnym, zaczynają mieścić się w kieszeni.

Mechanika, sterowanie

To co teraz powiem może być śmieszne, a straszne.

Kiedyś robiło się gry wymagające, teraz robi się gry dla debili. Taka konkluzja.

Wyobraźcie sobie, że tworzenie postaci w takim Arcanum, Lionheart lub Vampire: The Masquerade to dziesiątki opcji, setki krótkich opisów do przeczytania i zrozumienia i oczywiście masa szczegółowej mechaniki do ogarnięcia. Nie mówię tutaj o graniu na poziomie „Wyjebanym w kosmos”, raczej na easy. Jaka jest różnica?

Popatrzcie sobie na takiego Dragon Age: Inkwizycja, Wieśka 3, Mass Effect: Andromeda. Tam jest kilka drzewek, parę perków i w sumie tyle. Nie myśli się o rozwoju postaci. Względnie wrzuca się pobocznym auto awans i ma się wszystko w dupie.

W wymienionych powyżej starociach? Trzeba się napocić, żeby zrozumieć to wszystko. Trzeba sięgnąć do instrukcji. Poczytać, pooglądać.

Przecież instrukcją do BG1 był prawie kompletny podręcznik do DnD. Prawie, bo brakowało bodaj bestiariusza. Ale! Za młodu opanowałem dziada i moje postacie do BG1 i BG2 i pochodnych były po prostu idealne w swym fachu.

Teraz się rozleniwiliśmy. Mechanika robi dużo za nas.

Ja też się rozleniwiłem. Jakoś nie mam serca do rozdawania tych wszystkich punktów i kombinowania co i jak dalej. Wielka szkoda, bo mnie odrzuca masa fajnych produkcji, których kiedyś nie ograłem. Dlaczego? Bo miałem maszynę z 16 Mb RAMu. Mało chciało się odpalać 😉

Muzyka

Ciężko mi się przyczepić i powiedzieć coś złego. W sumie dobrego też nie potrafię. To jedyny aspekt, który się nie zmienił. Nie stracił na jakości. Tak szczerze to o dźwięku ciężko cokolwiek mi napisać i może będę lał za dużo wody w tym miejscu. W zasadzie to czas kończyć ten akapit. Muzyka jest. Tam gdzie była dobra to jest dobra. Tam gdzie była do dupy to nadal jest do dupy.

Werdykt?

Czas podsumować jak każde kanonicznie tworzone opowiadanie.

Stare gry są super!

Powiedział człowiek, który pisząc ten tekst przez ostatnie pół godziny wkurwiał się na każdy element.

Prawda jest taka, że starsze produkcje nie są dla młodego pokolenia. Odrzucą je. Młody człowiek mający teraz naście lat może nie być w stanie sięgnąć po klasyka i przesiedzieć z nim więcej niż kilkanaście minut. Znudzi się. Oleje temat. Szkoda. Chociaż takie czasy.

A co z graczem około 30-stki i ciut więcej?

Różnie. Mnie kilka rzeczy odrzuca, z drugiej strony, motywuje mnie sentyment. Z jakiegoś powodu chcę jeszcze raz zagrać w Tzara czy Fallout`a. Możliwe, że powodem jest brak konkurencji na rynku? No dobra. Coś tam się wydaje raz na jakiś czas. Z jakiegoś powodu jednak nie mam na to ochoty. Weźmy sobie chociażby takiego Torment: Tides of Numenera. Miało byś super. Wyszło. No wyszło jak wyszło. Nie porwała mnie historia.

Jednym zdaniem. Jeśli oczekujesz powrotu do dawnych lat to może lepiej kup sobie retro komputer, stary monitor i myszkę z kulką. Zyskasz wrażenia takie jak lat temu naście. Chyba, że dalej grasz w Championship Manager. Wtedy spoko. Dasz sobie radę. Mechanika Cię nie znudzi. Grafika nie oślepi. Za to może fabuła porwie? 😉

Beskid Żywiecki 22-23.06.2018

I ruszył.

Nie ma to tamto. Pogoda się psuje, kondycja do niczego (pal więcej). Za to są chęci. Plecak pełen konserw i jakaś taka ogólna ekscytacja.

Góry to nie jest nowy temat. Można powiedzieć, że zaraziłem się od ojca, który za młody dużo czasu spędzał na szlaku. Opowiadał, zachwalał, zaraził. Genów nie oszukasz. Oprócz gór załapię się pewnie na łysinę. Bywa.

Od czego zacząć?

Od tego od czego powinno się zaczynać. Pakowanie to najtrudniejszy fragment każdej wycieczki i na pewno poświęcę temu dodatkowy post. Oprócz banałów jak kurteczka czy mapa (a weź spróbuj iść bez mapy), to doszły mniej banalne rzeczy jak namiot, kuchenka, garnuszek. Od cholery rzeczy zbędnych dla osób chodzących po górach w cyklach jeden dzień = jedno wyjście. Ja osobiście nie idę w góry po to, żeby spędzać czas z ludźmi w schronisku więc noszę ze sobą namiot, rozbijam w miejscach dozwolonych lecz mało obleganych i tam nocuję.

Z odkryć tego wyjazdu na pewno trzeba powiedzieć sobie wprost, że są to:

  • Chałwa
  • Zupki chińskie
  • Brak termosu

Serio mówiąc to nie spodziewałem się, że na chałwie i zupkach chińskich można uciągnąć tak długo i w tak dobrej kondycji. Brak termosu się spytacie. Termos waży dużo. Pozwala przenieść w zależności od rozmiaru do litra herbaty. No i jest ciężki. Jaka alternatywa? Bieżące gotowanie i spożywanie. Zagotowanie litra wody to kilka minut. Waga stałego paliwa i rozmiar to jakaś kpina, można nabrać tego z 20 tabletek (na jednej gotuje się litr) i na trzy dni starcza. Waga? Kilka gramów.

Jak wyglądała trasa?

Zacznę od transportu. Moje główne założenie tyczące się wycieczek w góry to słowo TANIO. Nie chodzę po górach po to, żeby wsuwać schabowe w schroniskach, spać w czystej pościeli i ogólnie zaznawać luksusów. Gdybym chciał to bym sobie poszedł do SPA. Dupsko by mi ktoś wymasował, peeling zrobił. Idę w góry wiec ma być jak najbardziej naturalnie, stąd też:

Trasa Warszawa <-> Katowice <-> Warszawa została pokonana za jakieś 35 PLNów. Wsiadłem w autobus. Przespałem się 2-3 godzinki. Chwilę w drodze do Katowic pooglądałem mapę. Całą zabawa.

Najdroższa część wycieczki to poruszanie się lokalnie. Wyprawa Katowice <->  Żywiec <-> Katowice to koszt kolejnych 35 PLNów. Tyle sobie liczą Koleje Śląskie za podróż w dwie strony, która trwa około 2 godzin. Pewnie można spróbować trochę taniej, jednak nie znalazłem. Szkoda.

Potem już lokalnie Żywiec <-> Korbielów <-> Żywiec po jakieś 6 PLNów za jazdę.

Trochę marudzę na koszty? Pewnie tak. Stówka praktycznie pękła. Wiem, że samochodem musiałbym jeszcze doliczyć drugie tyle + parkingi. Jednak. Celem tych wypadów jest to, żeby było bardzo tanio. Po prostu. Mam z pewnych względów dość wysublimowanego spędzania wolnego czasu stąd też takie decyzje.

Ruszyli.

Tym razem wybrałem się z moim drogim kuzynem. Aleksander, co tu dużo gadać, lubi chodzić po górach. Zabrałem go miesiąc wcześniej na Babią Górę i chłopak się zakochał w widokach i tym ogólnym stanie bycia poza cywilizacją.

Druga wycieczka, kolejna pod namiotem i kolejna w Beskid Żywiecki. Nie bez powodu taki kierunek. Tam nie ma praktycznie ludzi. Szczególnie jak się zasuwa nie po GSB tylko trochę z boku. Można pół dnia nie widzieć człowieka na oczy. To jest dla mnie o tyle ważne, że w góry uciekam przed cywilizacją. Brak ludzi jest jednym z elementów tej ucieczki.

Etap 1.

Wylądowaliśmy w przecudnej miejscowości Korbielów. W zasadzie to taka mała mieścina, która podejrzewam, że dostaje życia w sezonie narciarskim. Poza? Jest może ostoją dla ludzi chcących siedzieć między pagórkami no i punktem startowym.

Pierwszy ruch wykonaliśmy w kierunku szczytu Pilsko.

Zielony szlak to taki spacerek po lesie. Sporo drzew, raczej dla turysty masowego. Chociaż ostrzeżenia o niedźwiadkach były. Można w zasadzie zasuwać bez większego przygotowania. Taka wycieczka od Korbielowa do schroniska na hali Miziowej to w zasadzie spacer na pól dnia + jedzenie w schronisku. Od biedy można też wskoczyć na Pilsko co dodaje trochę ponad godzinę do wycieczki.

Na samo Pilsko weszliśmy relatywnie późno. Było już około północy. Można powiedzieć, że do dupy. Zgadza się. Już pomijam aspekt związany z bezpieczeństwem. Bo się nie chodzi w górach po nocy! Po prostu nie. Chyba, że się czuje pewnie, jest się w dobrej formie, ma się sprzęt i gdyby się wszystko zżerało dookoła to można przeżyć jedną noc.

Tak było w naszym wykonaniu. Z latarkami na głowie weszliśmy na piękny szczyt. Było z niego widać idące spać okoliczne miasta. Widok świetny. Szkoda, że aparat w telefonie tego nie wychwycił. Próbowałem, nie jest na tyle sprawny, żeby to zrobić.

 

Na czym się skończyło?

Pilsko to szczyt ciekawy. Jest na tyle blisko schroniska, że można tam wskoczyć z małym plecaczkiem i jak się również okazuje, można tam całkiem wygodnie nocować. Taką opcję ę przyjęliśmy.

Kosodrzewiny są ładnie poukładane w takie przyjemne zatoczki. Oznacza to, że spokojnie można między krzaczki wsadzić namiot i się przespać względnie osłonięty przed wiatrem, śniegiem i deszczem. Dobra. Tylko przed wiatrem. W zasadzie przed wiatrem też nie. To w końcu ponad 1500 metrów.

Co do nocowania w krzakach. To nie jest dla każdego. My mieliśmy niezły namiot. Całkiem dobre śpiwory. Podgrzewanie w postaci paliwa stałego. Możliwość gotowania wody na herbatkę. Ciepłe ciuchy. W zasadzie mogło zacząć napierdzielać śniegiem co prawie miało miejsce i byśmy tego nie zauważyli. Liczba baterii, którą mieliśmy pozwalała zasilić małą wioskę w Afryce. Gdyby nas przez przypadek odcięło od świata to żarcia i wody mieliśmy na co najmniej dzień. Przynajmniej wody. Bo jeść byśmy mogli nawet i tydzień.

Jednym słowem byliśmy gotowi na wiele.

Jeśli jednak którykolwiek z powyższych punktów nie pasuje do Twoich wycieczek w góry, to lepiej idź sobie do schroniska. To jak by nie było warunki lekko ekstremalne i trzeba być gotowym. Po prostu.

Etap drugi.

Grad, śnieg i ogólna niepogoda.

Czarnym szlakiem uciekliśmy do schroniska.

Miał byś wschód słońca, była mgła i powódź.

To jest mało szczęśliwy etap wycieczki.

Pół dnia na hali Miziowej, kolejne pół na Rysiance.

Schroniska fajne ale nie po to się tam wybrałem.

Byliśmy gotowi na deszcze. Przynajmniej ja.

Mój kompan popełnił jeden krytyczny błąd. Nie założył pokrowca na plecak.

Efekt?

Wszystko mokre. Ubrania, śpiwór, buty na zmianę. Niestety uniemożliwiło to wycieczkę dalej.

Ale, ale. Co do samej wyprawy.

Z Pilska około 10 jak się zrobiło okienko pogodowe, to wyskoczyliśmy do hali Miziowej. Niestety na czarnym szlaku złapał nas deszcz. Wszystko przemoczone.

Na hali Miziowej spotkaliśmy kilka bardzo fajnych osób, które w kuchni turystycznej raczyły się herbatkami, starały wysuszyć garderobę i planowały dalszą podróż. Tu ważny cytat z plakatu, którego nie sfotografowałem. Szkoda.

„Zmiana planów nie jest oznaką słabości tylko rozsądku”

Jak bardzo życie weryfikuje ten fakt. Mieliśmy w planie minąć Rysiankę i ruszyć dalej w kierunku Węgierskiej Górki. Mniej więcej w ¾ drogi szukalibyśmy miejsca na nocleg w jednej z mijanych baz namiotowych. Taki był plan. Co się nie udało? Ten cholerny pokrowiec. Gdyby nie mokre wszystko u mojego kompana to byśmy spokojnie dali radę. Łyknęlibyśmy końską dawkę witaminy C i do boju. Jednak wyszło jak wyszło.

Morał

Skończyło się na załatwianiu transportu w bardziej cywilizowane rejony. Na szczęście nadal moi rodzice chcą mnie śmierdzącego i brudnego gościć pod swoim dachem więc skorzystałem z okazji i urządziłem sobie u nich nocowanie. W tym miejscu koniecznie muszę podziękować mojemu bratu, który ruszył w środku nocy z odsieczą i przyjechał po nas do Żabnicy.

Co nie wyszło?

Nierówne przygotowanie i moja ignorancja. Jako bardziej doświadczony górołaz powinienem sprawdzić kilka razy czy mój towarzysz jest gotowy. Zweryfikować wszystkie niezbędne elementy ekwipunku, a nie tylko upewnić się, że ja jestem dobrze ubrany, mam odpowiednią liczbę bandaży czy też schowane na czarną godzinę batony.

Szkoda, bo mogło być fajnie. Zabrakło jednego nocowania i kilku kilometrów dreptania.

Czy żałuję? Trochę mojej ignorancji. Poza tym? Nie, niczego więcej. Wszystkie decyzje były dojrzałe. Nawet to, żeby zamiast od razu na Rysiankę, to iść do hali Miziowej. To wszystko miało sens. Psuło bardzo plany i wiedziałem o tym, że się nie uda. Jednak góry to nie realizowanie Korpo Targetów. To ma być przyjemność, ucieczka ale przede wszystkim bezpieczna zabawa. Nic na siłę. Tym optymistycznym akcentem czas kończyć. Bawcie się bezpiecznie!

 

 

O wiertarce i kosteczce

Mamy tendencję do skrajności. Zdecydowanie.

Ciężko mi odszukać w pamięci firmę, szczególnie z tych dużych, gdzie w odpowiedni sposób rozwiązywany był sposób kosztów.

Z jednej strony mamy rozdawnictwo totalne. Z drugiej oglądanie każdej złotówki. Rozumiem, że ciężko w tym wszystkim dokopać się do złotego środka. Jeśli nie kontrolujemy to popłyniemy z kosztami. Z drugiej strony nadmierna kontrola potrafi przejść miejscami poza granice absurdu. Szczególnie jeśli koszt tego o co toczy się spór jest tańszy niż godziny pracy ludzi zaangażowanych w proces.

Pozwolę sobie przytoczyć dwie zasłyszane historie jako przejawy absurdalne, skrajne i niestety z życia wzięte. Rzecz jasna nie będę rozwodził się nad tym kiedy i gdzie to się wydarzyło. Jeśli czytając poniższy tekst stwierdzasz, że jest o Twojej firmie. Cóż. Nie potwierdzę, że o niej piszę ale z drugiej strony, możesz się zastanowić.

Historia pewnej wiertarki.

Opowieść zasłyszana z pewnego źródła, że tak powiem, naocznego świadka. Rzecz miała miejsce pięknego lata na południu naszego nieszczęśliwego kraju. Pewien deweloper złapał za nogi papieża, Boga i kurę wydalającą złote jajca.

Udało mu się załapać na budowę kilku bloków na osiedlu, no powiedzmy, dla trochę zamożniejszej klienteli. Z różnych powodów mieli państwo szanowni problem z czasem. Robotę musieli skończyć szybko, więc stwierdzili, że z kosztami nie będą się liczyć.

Na budowie jak to na budowie, pracowało kilkudziesięciu panów zasuwających na dwie zmiany z taczkami. Do tego dochodził jakiś kierownik jeden z drugim. Jak to też na budowie, no cóż, czasami coś tam zniknie. A to ktoś potrzebuje kilka cegieł na działkę, trochę farby do pokoju, jakiś klej, wiertło. Nie żebym pochwalał. Taka po prostu rzeczywistość.

Budowa szła w najlepsze. Panowie pracujący dostali przyrzecznie, że niczego im do pracy nie zabraknie. Jak by co się stało to dawaj do mnie, jadę do sklepu, kupię, będzie nówka sztuka.

No to chłopcy początkowo nieśmiało. Zagadali o łopatę, potem o jakieś kielnie. Tak od słowa do słowa stwierdzili, że no kurczę, ja proszę, on lata. Przynosi nowe w folii, o nic nie pyta. Sprawdźmy jak to będzie z czymś mocniejszym.

Poszedł pierwszy śmiałek do majstra i mówi.

– Panie majster, wiertarka się zepsuła.

Na co majster mu odpowiada.

– Dobra, już jadę za godzinę będziesz miał nową.

Robota szła w najlepsze. Budynki się pobudowały. Stan idealny. Igła. Prosto, równo. Chłopakom żal było kończyć.

No i przyszedł taki jeden mądry i zaczął koszty liczyć.

Każdy wiedział, że coś tam musiało zniknąć.

Liczą, liczą. Jakieś tam materiały na działkę wzięli. Trochę narzędzi. Wydaje się być dobrze.

Aż tu nagle jak nie pieprznie grom z nieba jasnego.

Okazało się, że skoro firma hojna to i ludzie kreatywni.

W przeciągu miesiąca zużywało się około 300 wiertarek. Tak, tak. Dobrze czytacie. 300 sztuk w miesiącu. Ludzi do roboty było kilkudziesięciu. Wychodziło po kilka sztuk na głowę. Co się z nimi działo? Tajemnica. Chociaż pewnie nie wielka.

O jednej małej kosteczce

Z placu budowy przenosimy się do korporacji. Wiecie. Lider blebleble, nowoczesność w domu i zagrodzie i takie tam.

Był sobie taki, zwykły deweloper (tym razem nie budowlany). Ten z przedziału 10K. Nie za biedny, nie za bogaty ale wie co robić, jak robić i na czym.

To taki gość przed którym Jsony się kłaniają.

No i facet zasuwał w klimatyzowanym budynku. Wygodne krzesło. Pyszna kawa. Ciasteczko. Wiecie jak to jest.

Co jakiś czas task w Jirze wpadał. Popatrzył, poklikał i jest.

Dlaczego o gościu piszę? Powtarzając, o facecie z kategorii 10K.

Cóż, historia zasłyszana też od świadka naocznego.

Człowiek ów miał się projektem zająć. Jako, że znał się na robocie to nie poprosił o podwyżkę ale o to, żeby dorzucić mu do komputerka kość RAMu. Wiecie, taka mała kostka do liczenia rzeczy. Jako osoba doświadczona, wiedział po prostu, że mu maszyna nie uciągnie. Po prostu się nie da. Co tu się oszukiwać.

Poszedł do szefa.

Szef mu mówi, a weź się zastanów? Na co Ci to? Przecież to koszty są.

No to Pan programista wraca do biureczka i pracuje grzecznie. GUI się wywala. Poczta się nie otwiera ale zasuwa.

Wkurw go łapie. Do wyższego idzie.

– Panie dyrektor, taką jedną kosteczkę za dwie stówki.

– Kasy nie ma. Dasz sobie radę. Wszyscy dają to co ty wydziwiasz.

No i wraca. Zasuwa po godzinach bo musi na maszynę czekać. Dzielny jest, bardzo.

Wiecie co się stało potem drogi czytelniku. Programista 10K stał się programistą 15K w innej firmie. Dostał i7 w maszynie, kosteczek do woli, monitorek śliczny.

Co na to dyrektor i kierownik? Wiecie co? Dali sobie radę. Kupili consulting za 100 razy tyle ile kosteczka kosztowała. Projekt się zrobił. Sukces na slajdzie. Też można.

No i co?

Powyższe sytuacje są przejaskrawione do granic percepcji ludzkiego oka.

Tylko wiecie co. Tak było, nie zmyślam.

Mamy tutaj dwie różne kategorie patrzenia na koszty. Z jednej strony kompletną i bezmyślną rozrzutność. Oczywiście, połączoną z działalnością niemalże przestępczą. Choć jak to mówią „okazja czyni złodzieja”.

Z drugiej strony zupełnie absurdalny sposób radzenia sobie z kosztami czyli unikanie wydawania capexu na poziomie debilnym. Jeśli specjalista zarabiający dwie średnie mówi, że czegoś potrzebuje i kosztuje to 5% jego pensji, a do tego dasz mu to raz, a on będzie szczęśliwy przez najbliższe dwa lata. Nie bądź głupi.

Rozrzutność kontra skąpstwo. Szczerze jestem ciekaw czy macie podobne historie w swojej pamięci. Sekcja komentarzy jak zawsze stoi otworem.

 

Google Analytics dla zaawansowanych

Nie planowałem tego, przynajmniej nie w takim tempie. Taki dzień. Cóż 😉

Udało mi się pokonać kolejny kurs Googla i będę szczery. Kurs jest świetny, tego właśnie było mi trzeba.

Wersja zaawansowana szkolenia z Google Analitycs to nic innego jak ogrom teorii połączony z praktyką.

Dostajemy w swoje łapki konto testowe z przygotowanymi już danymi, gdzie możemy się bawić do woli. Agregować, szukać, sprawdzać, dotykać, psuć i naprawiać.

Serio. Super robota Google.

Kurs dostępny jest tutaj.

Co to szkolenie daje?

Pigułkę wiedzy na temat tego co można z Analitycs zrobić. Oczywiście nic nie zastąpi praktyki (jest ona częścią kursu). Ważne jest jednak to, że dostajemy wszystko w formie skompresowanych informacji. Co, jak, gdzie, dlaczego? Na wiele z tych prozaicznych pytań uzyskamy odpowiedzi przechodząc przez kolejne lekcje.

Kurs ma 4 działy, o których w dużym skrócie poniżej.

Zbieranie i przetwarzanie danych

Pierwszy moduł to ogólne spojrzenie na panel administracyjny oraz informacje co tak naprawdę zbieramy dzięki śledzeniu ruchu. Dobry start chociaż po kilku dniach samodzielnej zabawy, większość rzeczy była dla mnie na tyle oczywista, że nie skorzystałem zbyt wiele.

Ustawienie zbierania danych i konfiguracji

W drugim dziale dostajemy do rąk niestandardowe metody oglądania ruchu. Jest to bardzo ważny komponent. Pozwala nam dostosować raportowanie dokładnie do tego co chcemy zobaczyć. Tutaj w zasadzie po raz pierwszy widzimy to jak potężne narzędzie dostajemy do rąk.

Chcemy zobaczyć jak nam się klika przycisk po wysyłce e-maila? To jest to miejsce, gdzie wszystko sobie poukładamy i będziemy mogli przeliczać dolary.

Zaawansowane narzędzia i metody analityczne

To był dział dla mnie. No dobra, po przejściu poprzednich modułów i obejrzeniu na własną rękę co można uzyskać, miałem jakieś wyobrażenie.

Nie jestem rozczarowany. Metody agregowania danych są takie jakich potrzeba. Nie ma znaczenia czy mówimy o rynku e-commerce czy o oglądaniu jak się czytają notki na blogu. Trzeci moduł mówi o tym jak można agregować, co warto oglądać.

Zaawansowane narzędzia marketingowe

To dział raczej dla marketerów niż dla mnie. Przynajmniej teraz nie jest to dla mnie na tyle istotne, chociaż? Poznajemy metody korzystania z reklam mający za zadanie, nie ma się co wygłupiać- zarabianie kasy. Remarketing? Ważne pojęcie w internecie. Sprawdźcie sami.

Podsumowując

Tego mi było trzeba. W sposób łatwy i przejrzysty Google pokazał mi jak korzystać z narzędzia, pokazał, że na co warto zwrócić uwagę. Szczerze mówiąc liczyłem na kurs bardzo suchy, pełny teorii i zachwycania się nad sobą. Po raz drugi Google pokazał, że potrafi robić szkolenia.

Wiedza, którą wyniosłem głównie sprowadza się do pokazania jak wiele informacji jest zbieranych od użytkowników internetu. Dla analityków takich jak ja, daje to ogromne możliwości reagowania, dostosowywania treści, wskazywania rozwiązań.

Jednym zdaniem. Świetny kurs dla osób technicznych ale na upartego nie tylko.

A co Wy na ten temat sądzicie? Warto iść dalej w analitykę internetową?

Marketing Internetowy w ramach programu Internetowe Rewolucje

Jak zapewne się zorientowałeś drogi czytelniku po zdjęciu widocznym wyżej, no cośtam dostałem od Googla. Prawie gratis. Tyle wiedzy, że łohohoho.

Na poważnie. Początkowo stwierdziłem, że poklikam i zobaczę co to gigant wypuścił na światło dzienne. Zakładałem jakże mylnie, że niewiele nowości poznam. Ok. Z tą mylnością to różnie było. Może to te lata w Marketingu i drugie tyle w analityce powodują, że posiadłem dodatkowy zmysł. Ciężko mi ocenić.

Certyfikat jak certyfikat. W zasadzie można go uzyskać metodą prób i błędów czyli w sposób chamski i bezczelny. Ostatecznie po pobieżnym spojrzeniu na pytania można dostosować odpowiedzi, potem najwyżej poprawić te błędne. Cóż. Czyli to nie jest ekskluzywny PDF.

Dla chętnych kurs jest tutaj, a o tym kto powinien być chętnym trochę niżej.

Czego się w takim razie spodziewałem?

Liczyłem mocno na to, że Google będzie promował usługi swoje i się nie myliłem. Opowiadają jak to fajnie jest korzystać z Analitics, jak istotne jest dobre życie z ich tajemniczą szukajką oraz mówią wprost, że nie ma co liczyć na to, że będą grzecznie stać w miejscu. Marketing w sieci to niekończąca się pętla szperania w danych i poprawiania. Takie życie.

Narzędzi i reklam Googla się spodziewałem. Natomiast, wielokrotnie, powtarzali, że nie koniecznie powinno się pchać w płatne rozwiązania. Ciekawe, bo w końcu na tym cały serwis zarabia. Okazuje się, że proponują najpierw się nauczyć, spróbować metod pozycjonowania, a dopiero potem jak już będziemy dojrzali to udać się w kierunku reklam płatnych.

To wszystko brzmi strasznie rozsądnie. Nie będę się sprzeczał, że tak w rzeczywiści jest. Jak mantrę powtarzali: najpierw pomysł i plan, potem analiza i na końcu otwieranie portfela. Mądre to stwierdzenie, a kurczę jakoś tak się o tym zapomina. Z resztą nie jestem wyjątkiem. Poprawię się.

Czego nie oczekiwałem?

Technikaliów. Liczyłem się z tym, że zahaczą o chociażby Analitics. W zasadzie nie mieli wyjścia. Jednak będę szczery sam ze sobą. To był kurs bardzo ogólny, przeznaczony dla marketerów o raczej miękkich umiejętnościach, nie miał mnie nauczyć obserwowania wszystkich wymiarów. Raczej miał mi powiedzieć co platforma posiada i jak można to wykorzystać docelowo. Ani słowa o tym jak zrobić technicznie.

Co mnie zaskoczyło?

Jaki głupi jestem. W zasadzie to ja te wszystkie zasady znam. Ba! Widzę je każdego dnia. Na każdym kroku mamy CTA, tagowanie. Cholera, niech no ja zerknę na mojego Instagrama. Wszystko takie oczywiste i nie korzystam, nie robię.

Trzeba zacząć, bo to tak być nie może. Przecież kurczę. Skoro potrafię to robić i robię podobne rzeczy chociażby służbowo to przecież będę też w stanie to zrobić prywatnie. Jak to było? Budując markę osobistą. Ta. Będzie budowane.

Po co?

W sumie dla zabawy. Miałem wolne 3-4 godziny to zrobiłem. Na wiele nie liczyłem to i wiele nie dostałem.

Chociaż ciężko odmówić tego, że ten kurs uporządkował mi wiedzę. Bardzo uporządkował. W zasadzie poczułem się jak po sesji inspiracyjnej, podczas której gość za grubą kasę opowiada truizmy, potem wychodzisz i jesteś nowym sobą. Mniej więcej tak to wygląda teraz, kiedy piszę ten tekst.

Dla kogo w takim razie to jest?

Polecam przejść przez tą ofertę Googla osobom zuchwałym, uważającym, że się na wszystkim znają i jednocześnie pracują w szeroko pojętej branży internetowej. Układa w głowie. Warto.

Zdecydowanie powinny zapoznać się z materiałem osoby, które zaczynają działać w sieci i/lub chcą rozwinąć zasięgi. Serio. To nie jest wiedza tajemna, nie jest bardzo techniczna ale niesamowicie przydatna. To wszystko są takie banalne szczegóły. Dobre klucze, chwytające za serce tytuły. Brać i korzystać. Większość społeczeństwa nie ma o tym pojęcia lub płaci firmom za tego typy rzeczy. Trzeba byś mądrzejszym 😉

A Ty, drogi czytelniku, co o tym sądzisz? Komentarze są Wasze.

Zasilanie Power BI danymi z Hadoop czyli pokazujemy śmietnik

Teraz będzie poważnie. Nadal na mój własny sposób ale jednak poważnie.

Od razu mówię, że jest to poradnik w pigułce. Będzie kilka zrzutów ale bez szczegółów.

Hadoop i Power Bi.

Takie ćwiczenie wpadło mi do zrobienia. Otóż temat w zasadzie jest prosty i tutaj chciałbym co nieco o nim powiedzieć.

W przypadku konfiguracji, na której mi przyjdzie pracować mam do wykonania kilka czynności.

Ale najpierw o tym co może Power BI, bo to determinuje całą resztę.

Power BI pozwala na połączenie się z masą różnych dziwnych źródeł danych. Oprócz takich trywialnych jak bazy danych Oracla czy innego MySQLa, może też pogadać z Teradatą, ogarnie się z plikami na serwerach i innym dziadostwem pokroju Sharepoint. Tak, w końcu to ekosystem Microsoftu więc gadanie z Sharepointem jest naturalne. Co ciekawe i z całą pewnością istotne to można wizualizować sobie w miarę przyjemnie listy niestandardowe z Sharepoint, właśnie w Power BI. Cóz, na upartego Sharepoint + Power BI = Jira + Confuence.

Co jednak z tym moim Hadoopem?

Z przyczyn obiektywnych Big Data jest bardzo dobrym pomysłem na składanie w kupę danych. Pozwala zrzucać tony informacji, zakładać partycjonowanie i ogólnie być fajne. Dobra, chodzi o to, że mogę składować ile chcę i nikt nie będzie mi płakał, że jest za dużo. Bo tam ma być dużo. Po prostu.

Jakie kroki trzeba wykonać, żeby się dogadać z tym ustrojstwem?

Najpierw trzeba w moim przypadku wejść sobie tutaj:

https://hortonworks.com/downloads/#data-platform

i pociągnąć, o to, to:

Co potem?

Wskakujemy w źródła ODBC i sobie konfigurujemy odpowiednio, zgodnie z tym jak się z Big Data łączymy.

Dalej? A to już z górki. Podpinamy do naszego ślicznego, nowiuśkiego Power BI odpowiednie źródełko. Robimy to, o tak jak niżej. I tak. Nazwałem źródło „kjh”. Zła nazwa?

Jak już się łączyć będziemy to dostaniemy klika pytań z serii durnych o uwierzytelnianie i tego typu rzeczy. Wiem, że bezpieczeństwo to ważna rzecz ale pytania tego typu są durne.

Tyle.

Źródełko podpięte, można śmigać i ku chwale korporacji korzystać z dobrodziejstwa całkiem fajnego narzędzia do wizualizacji i śmietnika w postaci Big Data.

Jak się robi RPA?

Posiadam dosyć interesującą cechę związaną z aspektami korporacyjnymi.

Cechę. Hehe… no nie jedną. Raczej taki zestaw.

Po pierwsze jestem cholernie leniwy. Tak. Jeśli mam dwa razy zrobić dokładnie to samo, a nie jest to parzenie kawy to mnie trafia w środku. Stąd szybko opanowałem Crona. Good bless Linux.

Duo. Jestem ignorantem. Nie lubię bawić się małymi i nie istotnymi rzeczami. Wolę tematy, które są duże. Nie chodzi tutaj o to, że lubię spijać śmietankę z dużych projektów. Raczej, nie lubię poświęcania czasu na małe rzeczy. Podobno jest taka zasada, że 10% tematów przynosi 90% zysków. Chyba tak jest, może proporcja inna. Nie ważne.

Trzecie. Przecież ja jestem programistą, dobra bardziej analitykiem niż programistą. Nie ważne. Po mimo wszystko wolę jak się do mnie mówi Jsonem niż durnym korpomailem.

Na koniec dochodzi do tego, że ja jednak kumam ten biznes. Wiem, że trzeba zarabiać, a to się robi na różne sposoby. Niekiedy trzeba uciąć gałąź, która przynosi największe straty. Można też wzmocnić stronę, która będzie przynosić najwięcej złotówek. Różnie można.

Co dalej. A RPA z tytułu.

Znowu się rozgadałem…

Dobra. Dam Wam przepis na wdrożenie robotów RPA w Waszej firmie. Przepis jest gratis.

Zaczynacie od znalezienia w firmie lub poza nią 2-3 deweloperów. Wybieracie ludzi komunikatywnych. Gburów odrzucacie. Dlaczego? Bo ten człowiek nie ma siedzieć w flanelowej koszuli i zasuwać na klawiaturze tylko pozwać Wasze procesy, gadać z operacjami i mając doświadczenie jako programista dodać kilka groszy do projektu. Ma pomóc liderowi projektu to wszystko rozwinąć.

Potem wybieracie kilka takich chamów jak ja. Dajecie im raport z czynności manualnych. Kilka dni na poagregowanie i ruszenie dupska do operacji. Tak to ma wyglądać. Wsadzacie w auta ludzi, którzy usprawniają sobie każdy kawałek pracy, olewają drobnicę, znają się na biznesie i potrafią gadać z deweloperem jak z kolegą ze szkolnej ławki. Oni mają za zadanie pojechać, napić się wódki z ludźmi, pogadać z nimi, zaskarbić sobie sympatię i poznać ręczne procesy.

Taki człowiek jak sobie 2-3 dni poogląda co to się tak naprawdę robi w ekipie operacyjnej to będzie miał dość. Dajcie mu przetrzeźwieć, potem pozbierajcie w kupę nagrania, zdjęcia i wnioski.

Pozbierane w kupę spostrzeżenia tego biednego włóczykija wysyłacie do dewelopera. Chłopaki i dziewczyny siadają razem i robią robota. Ciągle korygują się z operacjami. Taki Agile. Dosłownie.

Wiecie co z tego dostaniecie?

Jakieś 70-80% procesu szybsze o 70-80%.

Mało?

Dajcie chwilę na rozpracowanie deweloperom tematu.

Operacje znajdą za chwilę błędy i podrzucą co by tu jeszcze można było zrobić.

Biedny PO z nudów zajmie się kolejnymi wymaganiami, żeby uwolnić następną grupę ludzi od roboty głupiego.

Wiem. To wszystko brzmi bardzo trywialnie. Jak dobra zabawa.

Pod spodem oczywiście jest kasa. RPA ma proste zadanie. Ma minimalizować koszty. Każdy rekord przerobiony przez RPA będzie zrobiony lepiej. Będzie tańszy. Lepszy jakościowo. Zawsze na czas. Nie będzie zależny od humorków, pogody, katarku.

Co będziesz musiał jednak mieć?

Oczywiście narzędzie. Jakiś soft. Nie wiem, nie znam się jeszcze na tyle, żeby powiedzieć, że A jest lepsze od B. Nic nie polecę.

Równie ważne jest to, żeby mieć odpowiednich ludzi. Przykro mi. Jeśli myślałeś, że kupisz kilku ludzi i będą sobie siedzieć i dziergać to się mylisz. Musisz każdemu z tych deweloperów i PO płacić. Coraz to lepiej. Może i z każdym zakończonym sukcesem jakaś małą podwyżka? Stówka więcej? Może premia? Po kwartale dasz im 5% zaoszczędzonej kasy do podziału? Nie istotne jest jak. Najważniejsze, żeby doceniać tych ludzi finansowo. Inaczej wrócisz do szukania na rynku lub robótek ręcznych. Co wolisz?

Z RPA mam coraz to lepsze doświadczenia. Uczę się tej technologii, zrobiłem dopiero 5 robotów. Przynajmniej w roli tego PO co to wymyśli i mówi jak ma być, a niekiedy wjedzie do dewelopera i powie mu, że ma inny pomysł i zrób to tak.

Po kilku miesiącach widzę wiele plusów. Ogrom. Głownie od strony jakościowej i kosztowej. Wszak jakość to i koszty. Jak by nie było.

Czy warto?

Nie zawsze. Jak masz małą firmę to Cię koszty zabiją.

Sensowne jest robienie jednego robota dla zadań co najmniej 1 osoby w skali miesiąca. Musisz pooglądać i policzyć. Robot będzie robił za darmo przez cały rok. Raz musisz zapłacić PO i deweloperowi potem już czysty zysk. Dla mniejszych zadań? Na upartego można.

Jakieś rady na początek?

Pamiętaj, że robot może trafić na coś z czym nie da sobie rady. Miej plan na obsługę błędów.

Maszyna wirtualna może się wywalić. Komunikacja zepsuć. Pamiętaj o monitoringu i planie awaryjnym. Bez tego nawet nie zaczynaj robotyzacji. Nie dojrzałeś do tego jeśli myślisz, że wszystko będzie super.

Małe rzeczy! Z tym oglądaniem procesów, wybieraniem największego i zwalnianiem piętra ludzi to żartowałem oczywiście. Zacznij od czegoś małego. Daj organizacji miesiąc, może dwa na naukę. Niech zrozumieją jak to działa. Co się może zepsuć. Nie licz na to, że będzie to koparka. Kupię, wsadzę człowieka i będzie kopać. Dojrzej.

W sumie tyle. O RPA na pewno będę jeszcze pisał. Temat jest dla mnie czymś ciekawym. Nie jest to AI, raczej całkiem nieźle zrobione algorytmy decyzyjne, które biegają po ekranie i udają, że się znają.

Bawcie się dobrze.

O co chodzi z tymi taczkami?

Mogę śmiało powiedzieć, że w prowadzeniu biznesu nie mam doświadczenia. Nigdy nie nazywałem się firmą, nie miałem spółki. Jakoś tak wyszło. Za to zrobiłem kilkadziesiąt projektów. Większość z nich była projektami umocowanymi w IT. Z tym to ja mam doświadczenia. Często w roli żagla, steru i okrętu. Teraz nieco mniej. Product Ownerem jestem. Wiem, słabo, nudno i w ogóle jakoś tak nie fajnie. Szkoda.

Do rzeczy.

Biznes jak i każdy duży projekt to coś co się zaczyna i w sumie to nie kończy. Ciągle coś dorabiamy, zmieniamy, koncepcje nam się zmieniają, bo przecież ciągle się uczymy. Zmienia się też rynek. Doskonali technologia. Rzeczy, które kiedyś były trudne do wykonania, teraz są jakoś tak łatwiejsze, bardziej dostępne.

Dobrym przykładem jest RPA. Przed tą technologią można było robić dokładnie to samo ale trochę trudniej. Mniej graficznie. Java.Robot. Można było.

To o czym będę teraz pisał tyczy się projektów. Odniosę się jednak do doświadczenia z rynku. Czegoś mocno oddalonego od branży, w której pracuję. Pogadam trochę o tym jak dzisiaj działają sieci kurierskie.

Mamy na rynku kilku mocnych graczy. Oczywiście Pocztę Polską. Jest też InPost i powiedzmy DHL. Kilka firm, które niby robi to samo, każda z nich trochę inaczej ale, ale. Co mnie to obchodzi? Ja jestem klient Janusz. Kupię coś na allegro i ma do mnie dotrzeć. Ma się to stać tak, żebym nie zauważył procesu. Płacę, podaję adres i czekam na SMS. Względnie sprawdzę sobie status na stronie. To wszystko.

Dlaczego wymieniłem te kilka firm przy temacie projektów długoterminowych?

Metodologia Agile mówi wprost, że nie robimy rewolucji. Działamy ewolucyjnie. Oznacza to, że robimy wolniej za to dokładniej. Skupiamy się na detalach, dopieszczamy, olewamy małe rzeczy, z których nie ma uzysku. Na koniec dnia produkt ma być na tyle dobry, żeby nie było potrzeby pokazywać jak z niego korzystać. Ma się sam bronić.

Co na to Poczta?

Wiecie co? No przecież skąd macie wiedzieć?

Poczta Polska chyba zrozumiała manifest Agile.

Jestem ich klientem od lat. Trochę z przymusu, choć ostatnio z przyjemności.

Okazuje się, ze Polska Poczta nieustannie się doskonali. Ma oczywiście niewątpliwą przewagę związaną z dostępnością placówek ale poszła o krok dalej. Dostaliśmy całkiem ciekawą hybrydę tradycji z nowoczesnością. Są kurierzy, są placówki, nadal te durne kwity awizo w skrzynce i jednocześnie SMSki. Oczywiście standardem jest to, że mamy też tracking.

Potem jest DHL i InPost. Co z tymi firmami? Weszły z fajną obsługą naście lat temu. Pokazali, że poczta może przyjść do blaszanej puszki lub Pan może do domu dostarczyć za jakieś 20 PLNów.

Poczta przez ostatnie kilkanaście lat bardzo się rozwinęła. Dostosowała się do rynku. Wdraża nowe, działające rozwiązania.

DHL i InPost? Tam się nic nie zmienia. Co gorsza, dlatego, że się nie zmienia to tak naprawdę cała obsługa marnieje. Wiem. Chatboty są. Co z tego? Ja nie chcę gadać z Chatbotem. Nie interesuje mnie jego zaawansowana integracja z systemem trackingowym czy też udawana elokwencja. No, dobra. Technicznie mnie interesuje. Ale teraz jestem klientem.

Widzisz, drogi czytelniku. Mam marne doświadczenia. DHL mnie okłamał. InPost mnie okłamał. Poczta nigdy.

Serio.

Jak to się ma do projektów?

Poczta, mam wrażanie, że tworzy rozwiązanie. Jedno, małe. Przyzwyczaja się do niego. Uczy siebie i klientów. Daje sobie przestrzeń na jakieś błędy. Poprawia je. Komercjalizuje i zabiera się za kolejne.

Co z konkurencją? Staracie się mam wrażenie zrobić takie same błędy jakie ja popełniłem w ostatnim projekcie. Chciałem mieć wszystko, szybko i dobrze. Tak to się nie da. No nie. Problem polega na tym, że dzisiaj tak się nie da. Zachowujecie się jak robotnicy, którym płaci się za godzinę. Zasuwacie z taczkami ale nic nie dowozicie. Właśnie tak mnie okłamaliście. Powiedzieliście, że będzie, nie byliście.

Proponuję Wam zrobić to co jak zrobię za chwilę. Zatrzymam się. Spojrzę na to co już zrobiłem, na to co jeszcze mam do zrobienia. Potem plany na przyszłość wrzucę na półkę. Zacznę naprawiać błędy. Pozwolę sobie na 2-3 miesiące nie myślenia o nowym tylko o tym co zrobić, żeby stare działało i nie przynosiło strat. Potem przyjdzie moment na nowe i lepsze.

Poczta to potrafi. Nigdy mnie nie okłamali.

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić mocno zestresowanego Pana kierownika sortowni DHL z Warszawy. Jeszcze raz dziękuję, że przyjechałeś do mnie tylko po to, żeby naprawić błąd procesów w swojej firmie.

Również korzystając z okazji. Procesowcy DHLa, wstydźcie się.

Po co nam ta cała analityka?

Zacznijmy od rysu historycznego.

Miałem jakieś 14-15 lat. Wiecie co się wtedy działo na świecie?

No dobra, skąd możecie wiedzieć skoro nie wiecie ile mam lat.

Powiem, będzie łatwiej.

Pokemony się pojawiły w TV. Ja do tego miałem komputerek. Pieszczotliwie dziada nazywałem Trabantem. Stare to było, słabiutkie. Działał na nim ledwo Baldur`s Gate i Office.

Co powstało z połączenia Pokemonów i działającego pakietu Office?

Najlepsze jest to, że całkiem nieźle zaprojektowana baza danych będąca Pokedex`em. Masa tabelek, relacji, formularzy. Wiecie po co to zrobiłem? Bo przepisywałem z emulowanego Pokemon Red na kartkę kluczowe informacje, potem przenosiłem do bazy danych, żeby na koniec dnia móc się wygodniej bawić z bratem jak to udawaliśmy trenerów i walczyliśmy ze sobą.

Minęło te 15 lat i trzeba by stać się dorosłym człowiekiem. Dobra, bez przesady. Dalej w Pokemony gram i trochę czekam na to jak wyjdą na Nintendo Switch, żeby ze spokojem w duszy powiedzieć, że na święta (których nie obchodzę) kupię sobie konsolkę z Pokemonami.

To już wiemy co mi zostało. Zabawki. Została mi również analityka. To w zasadzie jest moja praca. Siedzenie w tabelkach i szukanie dziwactw. Niekiedy robienie nudnych raportów, tego to nie lubię.

Dziedzina jest na tyle ciekawa i zmieniająca się, że trzeba się uczyć. Ciągle, nieustannie.

Zapukał do moich drzwi etap analityki ruchu WWW. O czym można pomyśleć? No tak o Google Analitics. W zasadzie narzędzie zmonopolizowało to co rozumiemy pod pojęciem badania ruchu na stronach. Trzeba korzystać.

Jak już wspominałem w wpisie odnośnie narzędzia do wizualizacji. Trzeba się uczyć od lepszych.

Potraktowałem wyzwanie poważnie. Jednocześnie z dużą dozą dystansu. Sorry, nie będziecie mi mówić, że jeśli coś jest zrobione dobrze to mam nie pooglądać bo nie wypada. Tak się niczego nie odkrywa.

Znalazłem praktyczne wykorzystanie analityki Google w perspektywie biznesowej, gdzie wykorzystanie zdobywanej wiedzy codziennie poprawia działanie narzędzia, pozwala na uczyć algorytmy pozycjonujące, poprawia jakość korzystania.

Wyobraźmy sobie usługę, która jest kierowana do konkretnego grona odbiorów. Klient ma dostęp do dziesiątek wariantów. Zależy mu jednak na czasie. Nie chce być też rozpraszany przez nie adekwatne propozycje. Istotne są dla niego konkretne, bardzo szczegółowe trendy. Zależnie od wielu czynników opcja produktu będzie inna dla Kowalskiego z Warszawy i Nowaka z Pcimia Górnego.

Zastanówcie się co to może być?

Pewnie strzelacie jakimiś samochodami, pralkami, mieszkaniami, biżuterią czy też doborem filmu w serwisie VOD.

Błąd.

Poprawną odpowiedzią jest branża porno.

Jest to jedna z najlepiej rozwijających się gałęzi gospodarki. Jest łasa na nowe rozwiązania technologiczne. Stawiam stówę, że branża porno będzie miała decydujące znaczenie w rozwoju AR i VR. Nie super technologie dla biznesu, nie rozrywka dla całej rodziny. Urządzenia VR i AR zrobią się tanie jak barszcz jak tylko branża porno się nimi zainteresuje, a fani ręcznych robótek zaczną szturmować sklepy z elektroniką.

Oczywiście nie mówię o branży jako całości. Raczej jednemu wycinkowi. Konkretnie mam na myśli ten blog. Spokojnie. Po wejściu zobaczycie tylko wykresy, uciech innej natury trzeba szukać na stronie głównej.

Dobra, już zaczynam się tłumaczyć.

To co Pornhub pokazuje na swoim blogu to zaledwie wycinek ich pracy. Takie coś na pokaz. Popatrzcie co mamy, tak się bawimy jak mamy chwilę czasu.

W zasadzie to co pokazują dostawcy filmów dla dorosłych w swoich analizach to w większości dane dostępne dla przeciętnego człowieka, który przeszedł przez tutoriale Googla. Trochę ruchu, jakieś ciasteczka, w zasadzie pierdoły.

To zróbmy analizę przypadku. Weźmy na tapetę francuzów i to jak oni korzystają z serwisu dla dorosłych.

Raport znajduje się tutaj.

Na dzień dobry dostajemy informację, że względem całego świata, we Francji korzysta się chętniej z komputerów vs urządzenia mobilne. Schodząc nieco głębiej, okazuje się, że tą różnicę robią głównie osoby po 45-tym roku życia, pewnie jakieś przyzwyczajenie. Mamy też ciekawy odchył w grupie 25-34, która o wiele częściej korzysta z komórek.

Co nam dają takie informacje. Hmmm. Francuz + komputer =  leki na potencję? Wiem, bezczelny jestem.  To może bardziej pro kliencko. Treści będą podstawiać się lepiej. Po prostu. Na razie odpuszczam marketing.

Co dalej. Na komputerach mamy sporo więcej wykorzystania Safari. Pomijam celowo resztę. Safari oznacza MACa, a to w domyśle raczej kogoś kto może odrobinę więcej wydać od przeciętnego człowieka. Dodajmy do tego to co wcześnie.

Komputerek + Safari + Francuz = droższe leki na potencję lub droższy Wideo Chat.

Dane o przeglądarkach na urządzeniach mobilnych są średnio interesujące. Może oprócz tego, że we Francji nieźle się sprzedaje Samsung i ludzie korzystają z domyślnej przeglądarki.

Potem okazuje się, że może się ciutkę mylę. Jednak to Jabłko nie jest aż tak popularne. Na Windowsach sobie instalują.

Zapisać i zapamiętać. Komputer + Windows + Safari + Francja = średnio zamożny pozer. Może lewe roleksy?

Co ciekawe, dalej mamy systemy na komórkach. O wiele więcej jest wykorzystania softu Blackberry i Windowsa. Dalej mało ale jednak więcej niż na świecie. Mówi to w zasadzie niewiele. Microsoftowi udało się zaprzepaścić szansę, a Blackberry jak działał, tak działa.

Przez grzeczność pominę sekcję związaną z konsolami. Nie chcę być niemiły do Microsoftu. Dobra, zaraz do niej wrócę.

Potem mamy TOPki wyszukiwani vs system na urządzeniu mobilnym.

Poskładajmy to jednak w kupę. Francuz jest raczej przywiązany i nie lubi zmian. Korzysta z PS Vita(patrz konsole przenośce), bo działa i będzie korzystał do oglądania filmów w zaciszu toalety. Używa też komputera(patrz wiek vs sprzęt), bo zawsze tak to robił i w sumie po co zmieniać? No właśnie, bo to co dobre to Francuskie (patrz TOP kategoria), chciałby oczywiście, żeby trafiło mu się coś ekstra i mógł zaznać luksusu (druga kategoria oraz ściema Windows + Safari), a i jak już facet się dorobi telefonu Jabłka to oddaje kobiecie (patrz TOP różnica procentowa Apple).

Przeleciałem przez dane na szybko. Nie rozczulałem się nad mini za bardzo. Może wyciągnąłem wnioski będące daleko idącym idiotyzmem i powinienem to odszczekać? Jak mi kiedyś Pornhub da dostęp to powiem co i jak 😉

Chciałbym, żebyś drogi czytelniku zapamiętał z tej lektury jedną ważną rzecz. Dane analityczne mogą być ładnym wykresem. Spoko. Nawet jak przeczytałeś Anal to może coś tam się uśmieszek pokazał.

Najważniejsze jest to, że te dane to po prostu złotówki. Zbierasz, oglądasz i decydujesz. Taki mikroprofil to kończy robotę po średnio 10 minutach, to wrzucamy mu takie propozycje, żeby zobaczył minimum 1 reklamę. Reklama będzie taka, bo dla tego typu konwertuje się najlepiej cośtam.

Tak, tak. Branża porno jest trochę wstydliwa. Tylko, że ona zarabia kasę. Robi to coraz lepiej. A ty co? Dalej Excel?

 

Granie jest tanie !?

E3, E3 i w sumie po E3.

Nie chcę rozwodzić się nad tym co pokazano. Na co czekałem i czy cokolwiek doprowadziło mnie do zbierania szczęki z ziemi. Od wielu lat cyfrową rozrywką interesuję się bardziej teoretycznie niż praktycznie. Przywołam tu listę premier z ostatnich lat, gdzie biegłem co sił w nogach do sklepu (czyli kupowałem w dystrybucji cyfrowej):

  • Wiedźmin 3
  • Dragon Age: Inkwizycja
  • God of War
  • The Sims 4
  • Assassins creed: Black flag
  • Dark souls 3

Imponujące. Nie jest tego dużo. Dragon Age nauczył mnie, że kupowanie na premierę to nie najlepszy pomysł. Potem był jeszcze Assassins creed: Unity kupiony kilka miesięcy po premierze, to mnie nauczyło, że nawet po łatkach też może być różnie.

Wracając jednak do E3 i tytułu tej notki.

Pozwolę sobie wstawić ten rozczulający, znaleziony w sieci obrazek.

Taka oto reakcja. Ktoś się dowiedział, że DLC do Destiny 2 będzie kosztować chore pieniądze. W zasadzie koszt tych dodatkowych misji, map i mechanik to równowartość nowej produkcji. Dodatkowo, nowa zawartość dostępna po wydaniu nie małych pieniędzy, będzie dzielić społeczność.

Emocje i łzy.

Z drugiej strony barykady informacja od EA. Battlefield nie będzie miał przepustki sezonowej, nie będzie płatnych dodatków. Na pewno nie będzie to pozycja pay2win. Ta…

Teraz do rzeczy. Jestem graczem już teraz okazjonalnym, z drugiej strony jestem graczem „starej daty”. Jeszcze załapałem się na przechodzenie w kółko demówek z czasopism i wymienianie się pełniakami na dyskietkach. Pamiętam jak przenosiliśmy między sobą Pokemon Red + emulator. Potem komuś udało się spakować tak Pokemon Gold i emulator, żeby dało się to transferować na dyskietkach. Bo o noszeniu między sobą dysków twardy wykręcanych z PCtów nie wspomnę.

Te czasy charakteryzowały się tym, że produkcja raz wydana, praktycznie nie była aktualizowana. Dostęp do internetu kulał więc dla nas jedyną opcją było pozyskanie łatek np. z czasopism. Dodatki też były rzadkością. Jeśli już taki wychodził to był porządną produkcją. Przecież dodatek do Starcraft, Red Alert 2 czy Baldur`s Gate potrafiły dać człowiekowi dziesiątki godzin zabawy.

Był to też moment, kiedy po mimo wszystko gry produkowało się tanio. Serio. Nawet biorąc pod uwagę to, że sprzęt był dużo gorszy, oprogramowanie toporne, a języki programowania o wiele bardziej skomplikowane. Trzeba było stworzyć lub re-użyć silnik, zbudować o wiele mniej szczegółowe modele, zaprojektować mechanikę i ją zaimplementować. Nie było sesji CGI, nikt nie bawił się w nagrywanie niesamowicie realistycznego dźwięku, fizyka była jaka była. Głównie cecha ówczesnej technologii.

Co się zmieniło? Bardzo dużo. Wyobrażacie sobie dostać pełniaka, które ma wadliwą fizykę, modele poruszają się w sposób nie zgodny z rzeczywistością, tekstury straszą pikselami. Gralibyśmy? No, już to widzę.

Dodajmy do tego tryb sieciowy. Kiedyś to się grało 😉 Kto pamięta LAN party niech podniesie rękę. Tak się żyło. Ktoś miał HUB, ktoś kawałek miejsca w pokoju. No i było Diablo czy inny Red Alert. A teraz? Serwery muszą być stabilne, przemielić chore ilości danych, wykrywać cheaty, w czasie rzeczywistym notyfikować setki klientów o tym co się teraz dzieje. Nie zapominajmy jeszcze o tym, że najpierw muszą zbudować drużynę, tak co by było w miarę równo itd.

Czy ja teraz usprawiedliwiam wydawców? Trochę tak. Wiem. CD Projekt mógł zrobić Wieśka za mniej więcej 200 PLN w dniu premiery (już z DLC), jednak Redzi to małe studio, trochę inne zasady.

Dlaczego wydawcy są pazerni?

Nieco na to pytanie odpowiedziałem powyżej. Koszty są większe. Te koszty to głównie czas ludzi, którzy tworzą dla nas rozrywkę. Deweloper to droga bestia, grafik jeszcze droższa, speców od CGI lub dźwięku nie znam ale raczej za drobne nie pracują. Suma tych wszystkich małych kamyczków doprowadza do tego, że produkcja na start musi kosztować albo dużo albo zarabiać podczas trwania swojego życia.

Dalej bronię. I będę. Te 300 PLN za DLC do Destiny 2 to lekka przesada ale już 5×60 PLN było by do łyknięcia?

Trochę czasu w marketingu spędziłem. Mała cena za coś co w sumie jest potrzebne ale nie aż tak bardzo ale fajnie by było to mieć. Na tym buduje się modele F2P. Trochę to boli ale wydawca jest zadowolony, deweloper też.

Co z AAA za premierowe 250 PLN + mikropłatności + DLC?

Ja wiem, że z perspektywy człowieka, który ma wydać kasę to boli. Mnie też to boli i jakoś szczególnie nie jestem szczęśliwy z takiego stanu rzeczy. Też z tego powodu rzadko sięgam po gry nastawione tylko na multi. Wyjątkiem ostatnio jest Paladins ale to tytuł F2P (i tak kupiłem kilka skrzynek), będący dobrą odskocznią od męczonego Mass Effect: Andromeda.

Rozumiem te trudne decyzje biznesowe. Byłem często ich świadkiem, niekiedy nawet autorem. Projekt kosztuje nas X. Opłaca się jeśli marża to powiedzmy 30%. Czyli musimy zarobić 130% z X. Potencjalnych odbiorców mamy na tyle, żeby się udało. Kasa poszła w marketing. Spędziliśmy setki godzin na konferencjach i w social mediach. Uda się.

Potem szlag trafia cały misterny plan. Suma małych rzeczy. Środowiska programistyczne się aktualizowały i straciliśmy dwa dni na ogarnięcie się programistów. Ktoś popierdzielił commity i nadpisał ważną gałąź jakimś dziadostwem. Padły kamerki do robienia CGI. Grafik zalał kawą komputer i siadł mu dysk w połowie roboty, nie robił back-up.

To wszystko co powyżej się dzieje. Jest to normalne zjawisko. Do czego docieramy? Do tego, że X wspomniane wcześniej to tak naprawdę 150% z X. Ni cholery nie zarobimy normalnie.

Wtedy Marketing mówi, dodajmy za 3 m-ce DLC.

Dostawmy skórki.

Dajmy DLC z Battle Royale.

Na koniec dnia, my gracze wiemy, że istotna jest rozrywka, dobra cena i parę innych rzeczy. Nie można zapominać, niestety, że to jest biznes i to ogromny. Istotna jest rubryczka w pliku xls. Tak po prostu musi być.

Znowu się rozpisałem. Zapomniałem o tezie. Granie jest tanie !?

Po mimo wszystko tak. Jest to jedna z najtańszych form rozgrywki. Tańsza jest tylko muzyka. Nie żartuję. Zobaczcie sobie ile kosztuje książka w dniu premiery. Wybierzcie się do kina. Wyskoczcie na koncert. Tu stówa, tam stówa. Dzięki temu gaming jest relatywnie tani. Może nie każda opcja. Fabuła na 10 godzin dająca zabawę na jedno podejście (tak The Order 1886) to przesada. Za to Wiesław, GTA, wszystko co pozwala bawić się w multi przez setki godzin. Policzcie sobie. Okazuje się, że nawet to wspominane DLC do Destiny 2 przy 4-5 godzinach tygodniowo nie wygląda tak źle.

My gracze musimy w końcu sobie to powiedzieć. Prosto w twarz. Nasza pasja jest droga i drogą będzie, dlatego, że technologia jest droga, osoby pracujące nad tym są drogie. Tak też i my musimy wyciągać z portfela pieniądze i dokładać się do interesu. Przykro mi. Takie jest życie.