Microsoft Power BI- pierwsze wrażenie

Miało być czasami technicznie to i będzie.

Pogadamy sobie teraz o Power BI i moich pierwszych przygodach.

Trochę o tym pisałem, bardzo pigułkowato o tym, że Power BI gada z źródłami ODBC, o tutaj.

Ćwiczenie, które teraz realizuję polega na pokazaniu ścieżek poruszania się klienta na drzewku IVR, korzystania z self serwisów i łączenia się z żywym człowiekiem.

Zadanie oczywiście ciekawe i rzecz jasna proste też być nie może.

W wielkim skrócie trzeba zrobić tak:

  • Zinterpretować logi z kilku miejsc
  • Ustalić optymalny klucz do agregowania
  • Machnąć enumerację zdarzeń
  • Dorobić kilka słowników, żeby życie stało się łatwiejsze
  • Pokazać jakieś eleganckie obrazki z tego tak co by nikt głupich pytań nie zadawał

W zasadzie robota jak każda inna. Trzeba trochę zrobić backendu. Zrobić harmonogram zrzutów. Pieprzyć się z delikatnymi zmianami tak, żeby wszystko było super jasne. Nie robić hardkodów tam, gdzie tylko się da.

W praktyce jakieś 2-3 tygodnie jeszcze mnie czeka, to i można ustalić, że pisać o tym będę. Wszak tajemnicą korporacji to nie jest więc pisać mogę tak długo jak nie wrzucam tutaj plików płaskich z danymi 😉 Swoją drogą już widzę jak ktoś czytający rozwala na części składowe Jsony z logów. O tym swoją drogą też napiszę jak już opanuję robienie tego w SASie.

Co do zestawu narzędzi to jak następuje:

  • Power BI jako wyświetlacz
  • SAS Enterprise Guide jako analizator
  • Hive jako magazyn

Nie wdając się w detale dotyczące analityki i subtelnych metod składania danych w kupę.

SAS okazuje się nadal bardzo dobrym narzędziem do robienia analizy i ogólnego składania danych w kupę. Dostajemy do ręki SQLa, który sam w sobie jest mocnym językiem. Mamy jeszcze 4GL. Taki własny język SASa do robienia analizy. Metody udostępniane przez ten język są przejrzyste i dają od groma możliwości. Jakieś grupowania, enumeracje, transponowanie, poprawa jakości. To wszystko robi się wygodnie i szybko. Jest jakiś powód, dla którego jeśli kiedyś będę szukał pracy to pójdę tam, gdzie jest SAS na pokładzie. Mam sentyment i wielką swobodę pracy.

Hive jak Hive. Składowanie. Power BI łączy się z nim po ODBC. Ciągnie aż miło.

Tutaj też pojawia się pierwszy kłopocik.

Power BI jest fajnym narzędziem. Nawet przemyślanym. Trochę brakuje mi (pewnie nie umiem) wejścia w kod i robienia samodzielnie zmian niektórych rzeczy. Jedzie na trendzie bycia klikadłem.

Kłopot, o którym wspominam to silnik analiyczny. Power BI fajnie agreguje rzeczy ale bez przesady. Wciągnięcie 5-6 kk rekordów x naście kolumn to śmierć dla tego narzędzia. Samo wsysanie danych trawa niemiłosiernie długo i doprowadza moją maszynę do stanu śmierci klinicznej. Nie polecam. Oczywiście Microsoft mówi o limicie danych. Cośtam o tym, ze 1 GB. O tutaj.

Jednak ja bańki nie przebiłem. Kolumny tekstowe to kilka znaków. Reszta liczby i to też niewielkie. Szału nie było.

Zastanawiam się teraz nad tym na ile problem leży po stronie konfiguracji mojej maszyny, a na ile po stronie samego narzędzia. W każdym bądź razie nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem.

Konkluzja jest taka, żeby do Power BI importować dane zagregowane.

Oczywiście, trzeba narobić naście wymiarów, żeby miało to sens i tak i tak zawsze będzie za mało. Za to unikniemy dłuższych przerw w pracy, które spowoduje nam sam Power BI na potrzeby przekręcenia tabelki z lewa na prawą.

Dashboard

Tutaj niespodzianka. Microsoft wrzucił sporo komponentów do wizualizacji do sklepu. Uwaga istotna dla osób działających z Power BI po raz pierwszy.

Komponenty ściągamy gratis. Dostajemy się do nich poprzez odklikanie tych kropek z obrazka obok.

Elementów jest trochę i wyglądają na takie robione po części przez społeczność, a potem przepuszczane przez sito weryfikacyjne giganta z Redmond.

Warto się z tym zapoznać bo domyślne wizualizatory nie pozwalają zrobić tego co widzieli nasi managerowie w folderach handlowych. Te wszystkie liczniki i takie tam. No nie zobaczą tego z domyślnych komponentów. Po prostu.

Co do samego dashboardu to mam nieodparte wrażenie, że ekran jest za mały. Wiem, że to wszystko zostało przygotowane tak, żeby działało nieźle na www i komórce. Jednak kurczę… Coś mi nie pasuje. Może to kwestia przyzwyczajenia? Same menusy zajmują dużo miejsca. Wstążka + menu boczne to jednak kawałek przestrzeni, której zwyczajnie szkoda. Z drugiej strony jest to potrzebne do edycji wykresów. Taki kompromis.

Sama wizualizacja przebiega relatywnie dobrze.

Należy wciągnąć dane za pomocą importu.

Potem poprzeciągać odpowiednie pola i dostajemy takie obrazki na jakie zasługujemy.

Możemy sobie zrobić np. ładną chmurę tekstu. Ta akurat oparta jest o dane z Google Analytics dla tego bloga.

Równie dobrze może to być tort, słupki, bąbelki i inne śliczności. Trzeba to przyznać. Power BI jak już dostanie odpowiednio przygotowane dane to potrafi z nimi sporo zrobić.

Nadal jednak nie unikniemy kluczowego elementu związanego z przygotowaniem tabelki. Nie da się tego uniknąć.

Co po tych pierwszych kilku dniach?

Będę się powtarzał.

Power BI to nie jest narzędzie do robienia koszmarnie trudnej analityki. Trochę nadaje się do łączenia tabel (z tego co czytałem) ale zupełnie nie nadaje się do robienia skomplikowanej analizy. Dane lepiej wyczyścić przed importem, nawet kosztem harmonogramowania przeliczeń na noc lub w trakcie dnia.

Z drugiej strony produkuje świetne wizualizacje. W połączeniu z filtrowaniem danych, wieloma komponentami wyświetlającymi i bardzo szeroką integrowalnością, dostajemy do rąk bardzo dobre narzędzie. Wygląda również na to, że samo narzędzie się rozwija. Dochodzą kolejne „zegarki”. Podobno można też samemu coś wykonać (jest opcja importu wizualizatora z pliku), trzeba się przyjrzeć 😉

Czego się wystrzegać? Dużych, nie oczyszczonych zbiorów danych. Powodują one kłopoty dla dewelopera, bo w końcu trzeba trochę poczekać na odświeżanie. Co gorsza generują też problemy dla odbiorców końcowych. Już widzę jak dyrektorstwo czeka 15 minut, żeby zobaczyć jedną liczbę. Bez sensu. Już nawet nie chodzi o to, że dyrektor to człowiek niecierpliwy. Po prostu nie tak ma to działać.

Tekst zrobił się bardzo długi. Jeśli dotarłeś aż tutaj to możesz zostawić komentarz. Jeśli brednie, które opowiadam są dla Ciebie nie najgłupsze to może zapiszesz się do subskrypcji?

Besos

 

Marketing Internetowy w ramach programu Internetowe Rewolucje

Jak zapewne się zorientowałeś drogi czytelniku po zdjęciu widocznym wyżej, no cośtam dostałem od Googla. Prawie gratis. Tyle wiedzy, że łohohoho.

Na poważnie. Początkowo stwierdziłem, że poklikam i zobaczę co to gigant wypuścił na światło dzienne. Zakładałem jakże mylnie, że niewiele nowości poznam. Ok. Z tą mylnością to różnie było. Może to te lata w Marketingu i drugie tyle w analityce powodują, że posiadłem dodatkowy zmysł. Ciężko mi ocenić.

Certyfikat jak certyfikat. W zasadzie można go uzyskać metodą prób i błędów czyli w sposób chamski i bezczelny. Ostatecznie po pobieżnym spojrzeniu na pytania można dostosować odpowiedzi, potem najwyżej poprawić te błędne. Cóż. Czyli to nie jest ekskluzywny PDF.

Dla chętnych kurs jest tutaj, a o tym kto powinien być chętnym trochę niżej.

Czego się w takim razie spodziewałem?

Liczyłem mocno na to, że Google będzie promował usługi swoje i się nie myliłem. Opowiadają jak to fajnie jest korzystać z Analitics, jak istotne jest dobre życie z ich tajemniczą szukajką oraz mówią wprost, że nie ma co liczyć na to, że będą grzecznie stać w miejscu. Marketing w sieci to niekończąca się pętla szperania w danych i poprawiania. Takie życie.

Narzędzi i reklam Googla się spodziewałem. Natomiast, wielokrotnie, powtarzali, że nie koniecznie powinno się pchać w płatne rozwiązania. Ciekawe, bo w końcu na tym cały serwis zarabia. Okazuje się, że proponują najpierw się nauczyć, spróbować metod pozycjonowania, a dopiero potem jak już będziemy dojrzali to udać się w kierunku reklam płatnych.

To wszystko brzmi strasznie rozsądnie. Nie będę się sprzeczał, że tak w rzeczywiści jest. Jak mantrę powtarzali: najpierw pomysł i plan, potem analiza i na końcu otwieranie portfela. Mądre to stwierdzenie, a kurczę jakoś tak się o tym zapomina. Z resztą nie jestem wyjątkiem. Poprawię się.

Czego nie oczekiwałem?

Technikaliów. Liczyłem się z tym, że zahaczą o chociażby Analitics. W zasadzie nie mieli wyjścia. Jednak będę szczery sam ze sobą. To był kurs bardzo ogólny, przeznaczony dla marketerów o raczej miękkich umiejętnościach, nie miał mnie nauczyć obserwowania wszystkich wymiarów. Raczej miał mi powiedzieć co platforma posiada i jak można to wykorzystać docelowo. Ani słowa o tym jak zrobić technicznie.

Co mnie zaskoczyło?

Jaki głupi jestem. W zasadzie to ja te wszystkie zasady znam. Ba! Widzę je każdego dnia. Na każdym kroku mamy CTA, tagowanie. Cholera, niech no ja zerknę na mojego Instagrama. Wszystko takie oczywiste i nie korzystam, nie robię.

Trzeba zacząć, bo to tak być nie może. Przecież kurczę. Skoro potrafię to robić i robię podobne rzeczy chociażby służbowo to przecież będę też w stanie to zrobić prywatnie. Jak to było? Budując markę osobistą. Ta. Będzie budowane.

Po co?

W sumie dla zabawy. Miałem wolne 3-4 godziny to zrobiłem. Na wiele nie liczyłem to i wiele nie dostałem.

Chociaż ciężko odmówić tego, że ten kurs uporządkował mi wiedzę. Bardzo uporządkował. W zasadzie poczułem się jak po sesji inspiracyjnej, podczas której gość za grubą kasę opowiada truizmy, potem wychodzisz i jesteś nowym sobą. Mniej więcej tak to wygląda teraz, kiedy piszę ten tekst.

Dla kogo w takim razie to jest?

Polecam przejść przez tą ofertę Googla osobom zuchwałym, uważającym, że się na wszystkim znają i jednocześnie pracują w szeroko pojętej branży internetowej. Układa w głowie. Warto.

Zdecydowanie powinny zapoznać się z materiałem osoby, które zaczynają działać w sieci i/lub chcą rozwinąć zasięgi. Serio. To nie jest wiedza tajemna, nie jest bardzo techniczna ale niesamowicie przydatna. To wszystko są takie banalne szczegóły. Dobre klucze, chwytające za serce tytuły. Brać i korzystać. Większość społeczeństwa nie ma o tym pojęcia lub płaci firmom za tego typy rzeczy. Trzeba byś mądrzejszym 😉

A Ty, drogi czytelniku, co o tym sądzisz? Komentarze są Wasze.