Project stream

Po dzisiejszym newsie powinno w świecie gamingowym co najmniej wrzeć. Google ogłosił testy swojej platformy streamingowej. Nie będzie to klon Netflixa, ale czegoś na kształt PS Now. O co chodzi? Odpalamy klienta i gramy w grę. Nic nie ściągamy. Po prostu uruchamia nam się ładna grafika, wszystko w chmurze i zasuwamy sobie w takiego Assasinka. Cóż do teraz to się nikomu nie udało, a przynajmniej nie wyszło dobrze. To jak teraz będzie? Czytaj dalej Project stream

Gry i podwójne standardy

Od wielu lat gram. Ciężko było by mi powiedzieć, która gra lub seria są moimi ulubionymi. Ostatnio wolę gry, które mają mocno zarysowaną fabułę, korytarzowy model pokonywania poziomów i niezbyt wygórowany próg wejścia. Takie Uncharted, The Order 1886. Tam nie trzeba się zastanawiać nad sterowaniem, poukładaniem tych wszystkich przedmiotów w odpowiednie buildy. Można sobie po prostu iść przez fabułę i jakoś mocno nie zastanawiać się nad głupotami pokroju perki. Czytaj dalej Gry i podwójne standardy

Retrogranie vs rzeczywistość

Miałem pisać tutaj o poważniejszych rzeczach. Miała być Big Data, opowieści o wędrówkach po górach i trochę lżejszych rzeczy ale bez przesady.

Jednak, cóż. Siedzę sobie przed otwartym GoGiem. Oglądam moją bibliotekę gier i coś mi nie pasuje.

Sam GoG dla osób, które jeszcze nie miały przyjemności, jest platformą sprzedającą cyfrowe wersje raczej klasycznych gier. Robią to powiedzmy sobie szczerze za bezcen, przynajmniej w promocjach. Tych jest dużo. Można? Można! Oczywiście jest jedna fajna rzecz w tym wszystkich. Te gry w zasadzie kupujemy na własność. Nie ma zabezpieczeń i innych dziadostw. Możemy sobie ściągnąć instalator i się bawić. Rzecz jasna jest to pole dla tych wszystkich z nas, który prawa autorskie mają lekko mówiąc w dupie i chcą dystrybuować pirackie kopie gry kupionej za 5 PLNów. Wstyd. Po co to? A może ktoś chce sobie wydrukować okładki, zrzucić instalatory na płyty CD i postawić na półce? Why not?

Tyle o samej platformie. Od razu też zaznaczę, że nie jest to sponsorowany tekst, co na aktualnym etapie tego bloga, no było by dziwne. Jest to moja subiektywna opinia. W końcu się może znaleźć ktoś kto przeczyta ten tekst za 5 lat i powie, że się sprzedałem 😉

Co z tą biblioteką?

W zasadzie teraz napiszę coś o chorobie dzisiejszych czasów, szczególnie widocznej w cyfrowych bibliotekach ale nie tylko. Mamy jakieś chore tendencje do wydawania podejrzanie niskich pieniędzy na ewidentnie zbędne rzeczy. No niech mi ktoś wyjaśni po co mi seria The Elder Scrolls? Mam w bibliotece. Pewnie nigdy nie zagram. Co na PSN? To samo. Jest promocja to se kupię. No i mam np. Farming Simulator. Grałem trzy razy. Nie dla mnie. Leży. Kasa wydana. Książki? Szkoda gadać. Boję się przeprowadzki. Będę potrzebował dodatkowe auto na pudła z książkami.

Ta. Konsupcjonizm. Ewidentnie. Też jestem ofiarą dzisiejszych czasów. Szkoda. Myślałem, że mnie to ominie. Nie udało się.

Co z tymi starociami?

Sukcesywnie uzupełniam bibliotekę. Mam od groma produkcji. PSN, GoG, półka. Jest tego dużo. Nie ma co ukrywać.

Jeszcze z tym PSNem to ma większy sens. Ale GoG. Kurwa, jakaś porażka 😉

Jako gracz z lat 90-tych (jeszcze trochę, kawałeczek), mam jakiś dziwny sentyment do produkcji z tamtego okresu. Uważam, że wtedy robiło się świetne gry. Ograniczenia były ogromne. Sprzęt słaby, języki mało elastyczne, grafika raczkowała. Umówmy się, że dupy nie urywało. Nawet samo upakowanie muzyki w lepszej jakości było problemem, bo jeden CD to jednak mały nośnik. Już nie mówiąc o produkcjach, które to wychodziły na dyskietkach.

No i co? Doznałem szoku. Kiedyś grałem w różne produkcje. Sporo w RTSy. Dużo w cRPGi. Od groma tego było. Wtedy też mi się jakoś to wszystko bardziej podobało. Było inne. Teraz? Kurczę jest dziwnie. Nie, żebym się nie spodziewał. Przecież minęło 20-30 lat. Niewiele się też z tym wszystkim działo. Może ktoś zrobił remaster podbijając rozdzielczość. To wszystko. W czym więc problem?

Grafika

Ta. Pierwszy punkt to grafika. Nie chodzi o to, że gry są brzydkie. Tego się przecież spodziewałem. Coś co mnie zachwyciło naście lat temu, teraz nie ma startu do aktualnych produkcji AAA.

Problem polega na tym, że kiedyś to wszystko wydawało się większe. Serio. Przy rozdzielczościach 800×600 trzeba było przesuwać ekran. W lewo, w prawo, w górę i w dół. Ciągle myszka zasuwała od krawędzi do krawędzi. A teraz? Kurczaczek. Taka mapa z BG1 mieści się na moim starym 22 calowym ekranie. Monitor ma już z 10 lat, dalej świeci i ma tylko/aż 22 cale. Kiedyś ekrany były mniejsze i z przyczyn oczywistych można było zobaczyć mniej. Przez to wszystko światy, szczególnie w izometrykach są mniej tajemnicze? To chyba złe słowo. One po prostu się skurczyły. Ten efekt jest oczywiście nieprzyjemny. Wspomnienia z produkcji tracą w jakiś sposób na swej unikatowości, byciu czymś ogromnym, zaczynają mieścić się w kieszeni.

Mechanika, sterowanie

To co teraz powiem może być śmieszne, a straszne.

Kiedyś robiło się gry wymagające, teraz robi się gry dla debili. Taka konkluzja.

Wyobraźcie sobie, że tworzenie postaci w takim Arcanum, Lionheart lub Vampire: The Masquerade to dziesiątki opcji, setki krótkich opisów do przeczytania i zrozumienia i oczywiście masa szczegółowej mechaniki do ogarnięcia. Nie mówię tutaj o graniu na poziomie „Wyjebanym w kosmos”, raczej na easy. Jaka jest różnica?

Popatrzcie sobie na takiego Dragon Age: Inkwizycja, Wieśka 3, Mass Effect: Andromeda. Tam jest kilka drzewek, parę perków i w sumie tyle. Nie myśli się o rozwoju postaci. Względnie wrzuca się pobocznym auto awans i ma się wszystko w dupie.

W wymienionych powyżej starociach? Trzeba się napocić, żeby zrozumieć to wszystko. Trzeba sięgnąć do instrukcji. Poczytać, pooglądać.

Przecież instrukcją do BG1 był prawie kompletny podręcznik do DnD. Prawie, bo brakowało bodaj bestiariusza. Ale! Za młodu opanowałem dziada i moje postacie do BG1 i BG2 i pochodnych były po prostu idealne w swym fachu.

Teraz się rozleniwiliśmy. Mechanika robi dużo za nas.

Ja też się rozleniwiłem. Jakoś nie mam serca do rozdawania tych wszystkich punktów i kombinowania co i jak dalej. Wielka szkoda, bo mnie odrzuca masa fajnych produkcji, których kiedyś nie ograłem. Dlaczego? Bo miałem maszynę z 16 Mb RAMu. Mało chciało się odpalać 😉

Muzyka

Ciężko mi się przyczepić i powiedzieć coś złego. W sumie dobrego też nie potrafię. To jedyny aspekt, który się nie zmienił. Nie stracił na jakości. Tak szczerze to o dźwięku ciężko cokolwiek mi napisać i może będę lał za dużo wody w tym miejscu. W zasadzie to czas kończyć ten akapit. Muzyka jest. Tam gdzie była dobra to jest dobra. Tam gdzie była do dupy to nadal jest do dupy.

Werdykt?

Czas podsumować jak każde kanonicznie tworzone opowiadanie.

Stare gry są super!

Powiedział człowiek, który pisząc ten tekst przez ostatnie pół godziny wkurwiał się na każdy element.

Prawda jest taka, że starsze produkcje nie są dla młodego pokolenia. Odrzucą je. Młody człowiek mający teraz naście lat może nie być w stanie sięgnąć po klasyka i przesiedzieć z nim więcej niż kilkanaście minut. Znudzi się. Oleje temat. Szkoda. Chociaż takie czasy.

A co z graczem około 30-stki i ciut więcej?

Różnie. Mnie kilka rzeczy odrzuca, z drugiej strony, motywuje mnie sentyment. Z jakiegoś powodu chcę jeszcze raz zagrać w Tzara czy Fallout`a. Możliwe, że powodem jest brak konkurencji na rynku? No dobra. Coś tam się wydaje raz na jakiś czas. Z jakiegoś powodu jednak nie mam na to ochoty. Weźmy sobie chociażby takiego Torment: Tides of Numenera. Miało byś super. Wyszło. No wyszło jak wyszło. Nie porwała mnie historia.

Jednym zdaniem. Jeśli oczekujesz powrotu do dawnych lat to może lepiej kup sobie retro komputer, stary monitor i myszkę z kulką. Zyskasz wrażenia takie jak lat temu naście. Chyba, że dalej grasz w Championship Manager. Wtedy spoko. Dasz sobie radę. Mechanika Cię nie znudzi. Grafika nie oślepi. Za to może fabuła porwie? 😉

Granie jest tanie !?

E3, E3 i w sumie po E3.

Nie chcę rozwodzić się nad tym co pokazano. Na co czekałem i czy cokolwiek doprowadziło mnie do zbierania szczęki z ziemi. Od wielu lat cyfrową rozrywką interesuję się bardziej teoretycznie niż praktycznie. Przywołam tu listę premier z ostatnich lat, gdzie biegłem co sił w nogach do sklepu (czyli kupowałem w dystrybucji cyfrowej):

  • Wiedźmin 3
  • Dragon Age: Inkwizycja
  • God of War
  • The Sims 4
  • Assassins creed: Black flag
  • Dark souls 3

Imponujące. Nie jest tego dużo. Dragon Age nauczył mnie, że kupowanie na premierę to nie najlepszy pomysł. Potem był jeszcze Assassins creed: Unity kupiony kilka miesięcy po premierze, to mnie nauczyło, że nawet po łatkach też może być różnie.

Wracając jednak do E3 i tytułu tej notki.

Pozwolę sobie wstawić ten rozczulający, znaleziony w sieci obrazek.

Taka oto reakcja. Ktoś się dowiedział, że DLC do Destiny 2 będzie kosztować chore pieniądze. W zasadzie koszt tych dodatkowych misji, map i mechanik to równowartość nowej produkcji. Dodatkowo, nowa zawartość dostępna po wydaniu nie małych pieniędzy, będzie dzielić społeczność.

Emocje i łzy.

Z drugiej strony barykady informacja od EA. Battlefield nie będzie miał przepustki sezonowej, nie będzie płatnych dodatków. Na pewno nie będzie to pozycja pay2win. Ta…

Teraz do rzeczy. Jestem graczem już teraz okazjonalnym, z drugiej strony jestem graczem „starej daty”. Jeszcze załapałem się na przechodzenie w kółko demówek z czasopism i wymienianie się pełniakami na dyskietkach. Pamiętam jak przenosiliśmy między sobą Pokemon Red + emulator. Potem komuś udało się spakować tak Pokemon Gold i emulator, żeby dało się to transferować na dyskietkach. Bo o noszeniu między sobą dysków twardy wykręcanych z PCtów nie wspomnę.

Te czasy charakteryzowały się tym, że produkcja raz wydana, praktycznie nie była aktualizowana. Dostęp do internetu kulał więc dla nas jedyną opcją było pozyskanie łatek np. z czasopism. Dodatki też były rzadkością. Jeśli już taki wychodził to był porządną produkcją. Przecież dodatek do Starcraft, Red Alert 2 czy Baldur`s Gate potrafiły dać człowiekowi dziesiątki godzin zabawy.

Był to też moment, kiedy po mimo wszystko gry produkowało się tanio. Serio. Nawet biorąc pod uwagę to, że sprzęt był dużo gorszy, oprogramowanie toporne, a języki programowania o wiele bardziej skomplikowane. Trzeba było stworzyć lub re-użyć silnik, zbudować o wiele mniej szczegółowe modele, zaprojektować mechanikę i ją zaimplementować. Nie było sesji CGI, nikt nie bawił się w nagrywanie niesamowicie realistycznego dźwięku, fizyka była jaka była. Głównie cecha ówczesnej technologii.

Co się zmieniło? Bardzo dużo. Wyobrażacie sobie dostać pełniaka, które ma wadliwą fizykę, modele poruszają się w sposób nie zgodny z rzeczywistością, tekstury straszą pikselami. Gralibyśmy? No, już to widzę.

Dodajmy do tego tryb sieciowy. Kiedyś to się grało 😉 Kto pamięta LAN party niech podniesie rękę. Tak się żyło. Ktoś miał HUB, ktoś kawałek miejsca w pokoju. No i było Diablo czy inny Red Alert. A teraz? Serwery muszą być stabilne, przemielić chore ilości danych, wykrywać cheaty, w czasie rzeczywistym notyfikować setki klientów o tym co się teraz dzieje. Nie zapominajmy jeszcze o tym, że najpierw muszą zbudować drużynę, tak co by było w miarę równo itd.

Czy ja teraz usprawiedliwiam wydawców? Trochę tak. Wiem. CD Projekt mógł zrobić Wieśka za mniej więcej 200 PLN w dniu premiery (już z DLC), jednak Redzi to małe studio, trochę inne zasady.

Dlaczego wydawcy są pazerni?

Nieco na to pytanie odpowiedziałem powyżej. Koszty są większe. Te koszty to głównie czas ludzi, którzy tworzą dla nas rozrywkę. Deweloper to droga bestia, grafik jeszcze droższa, speców od CGI lub dźwięku nie znam ale raczej za drobne nie pracują. Suma tych wszystkich małych kamyczków doprowadza do tego, że produkcja na start musi kosztować albo dużo albo zarabiać podczas trwania swojego życia.

Dalej bronię. I będę. Te 300 PLN za DLC do Destiny 2 to lekka przesada ale już 5×60 PLN było by do łyknięcia?

Trochę czasu w marketingu spędziłem. Mała cena za coś co w sumie jest potrzebne ale nie aż tak bardzo ale fajnie by było to mieć. Na tym buduje się modele F2P. Trochę to boli ale wydawca jest zadowolony, deweloper też.

Co z AAA za premierowe 250 PLN + mikropłatności + DLC?

Ja wiem, że z perspektywy człowieka, który ma wydać kasę to boli. Mnie też to boli i jakoś szczególnie nie jestem szczęśliwy z takiego stanu rzeczy. Też z tego powodu rzadko sięgam po gry nastawione tylko na multi. Wyjątkiem ostatnio jest Paladins ale to tytuł F2P (i tak kupiłem kilka skrzynek), będący dobrą odskocznią od męczonego Mass Effect: Andromeda.

Rozumiem te trudne decyzje biznesowe. Byłem często ich świadkiem, niekiedy nawet autorem. Projekt kosztuje nas X. Opłaca się jeśli marża to powiedzmy 30%. Czyli musimy zarobić 130% z X. Potencjalnych odbiorców mamy na tyle, żeby się udało. Kasa poszła w marketing. Spędziliśmy setki godzin na konferencjach i w social mediach. Uda się.

Potem szlag trafia cały misterny plan. Suma małych rzeczy. Środowiska programistyczne się aktualizowały i straciliśmy dwa dni na ogarnięcie się programistów. Ktoś popierdzielił commity i nadpisał ważną gałąź jakimś dziadostwem. Padły kamerki do robienia CGI. Grafik zalał kawą komputer i siadł mu dysk w połowie roboty, nie robił back-up.

To wszystko co powyżej się dzieje. Jest to normalne zjawisko. Do czego docieramy? Do tego, że X wspomniane wcześniej to tak naprawdę 150% z X. Ni cholery nie zarobimy normalnie.

Wtedy Marketing mówi, dodajmy za 3 m-ce DLC.

Dostawmy skórki.

Dajmy DLC z Battle Royale.

Na koniec dnia, my gracze wiemy, że istotna jest rozrywka, dobra cena i parę innych rzeczy. Nie można zapominać, niestety, że to jest biznes i to ogromny. Istotna jest rubryczka w pliku xls. Tak po prostu musi być.

Znowu się rozpisałem. Zapomniałem o tezie. Granie jest tanie !?

Po mimo wszystko tak. Jest to jedna z najtańszych form rozgrywki. Tańsza jest tylko muzyka. Nie żartuję. Zobaczcie sobie ile kosztuje książka w dniu premiery. Wybierzcie się do kina. Wyskoczcie na koncert. Tu stówa, tam stówa. Dzięki temu gaming jest relatywnie tani. Może nie każda opcja. Fabuła na 10 godzin dająca zabawę na jedno podejście (tak The Order 1886) to przesada. Za to Wiesław, GTA, wszystko co pozwala bawić się w multi przez setki godzin. Policzcie sobie. Okazuje się, że nawet to wspominane DLC do Destiny 2 przy 4-5 godzinach tygodniowo nie wygląda tak źle.

My gracze musimy w końcu sobie to powiedzieć. Prosto w twarz. Nasza pasja jest droga i drogą będzie, dlatego, że technologia jest droga, osoby pracujące nad tym są drogie. Tak też i my musimy wyciągać z portfela pieniądze i dokładać się do interesu. Przykro mi. Takie jest życie.