Recenzcja: The Order 1886

Mam mniej więcej godzinę do ściągnięcia The Elder Scrolls Online. Podejście numer trzy. Wiem, że jest to dobre MMO RPG, wiem też, że system rozwoju postaci jest świetny. Odbiłem się poprzednim razem na trywialnej rzeczy. Na rozmiarze plecaka. Okazało się to być bardzo nachalnym elementem mikropłatności, a z drugiej strony nie miałem czasu na mozolne zbieranie surowców. Jednak, teraz wyczerpałem chyba wszystkie proste tytuły z mojej biblioteki, trzeba dać szansę. Czytaj dalej Recenzcja: The Order 1886

Andromeda czyli jak nie wyszło

Jest coś fascynującego w byciu ignorantem w kontekście aktualnych zjawisk kulturalnych. Jakoś nie interesują mnie takie rzeczy jak to co teraz leci w radio, czy nie odbywają się przypadkiem jakieś ważne eventy sportowe, a już zupełnie nie śledzę premier kinowych. To ostatnie się na mnie mści. Kingsman, którego obejrzałem z Patrycją dwa lata po premierze i to przez przypadek. Jeden z najlepszych filmów stworzony na podstawie komiksów uciekł nam bo akurat wychodził w okolicy premiery Greya.

Mści się to jak cholera.

Pozwala mi za to nie myśleć o wielu rzeczach dla mnie zbędnych. Nie stosowałem matematyki piłkarskiej bo olałem mecze mundialu. O rezultacie dowiedziałem się post factum. W sumie jak już nie mieliśmy matematycznych szans. Jakoś wolałem siedzieć w tym czasie z Puddingiem na kolanach i przeglądać bardzie wyspecjalizowane fragmenty internetu.

No i dochodzimy do punktu, gdzie moja wypowiedź zacznie być rozsądna.

Przegapiłem od cholery premier growych, które w zasadzie powinny mnie interesować. Powody były różne. Jak już kiedyś pisałem. Jestem uczulony na premiery, bo różnie z tym bywa. Z drugiej strony dostępność czasu. Cóż praca to jednak te prawie 10 godzin dziennie. Jeszcze kilka lat temu, może bym wracał do domu i nie zastanawiał się co na kolację ale siadał przed konsolą. Fakt, też mi się tak zdarza ale bez przesady. Jednak wolę jeść.

Jednak 3-4 lata na podejście do kolejnej części serii, która wywarła na mnie ogromne wrażenie? Trochę dużo jak by nie było.

No to usiadłem do Mass Effect: Andromeda. Dobra, rok po premierze. Tylko, że. Ale, ale. Po poprzednie części biegałem z wywalonym jęzorem i stałem w kolejce, żeby dorwać premierowe wydanie.

Co to się stało?

Naczytałem się recenzji. Zobaczyłem co kolega Quaz naopowiadał. Może nie kolega, bo się w sumie nie znamy ale mądry gość. Polecam zajrzeć o tutaj.

Gwałt na marce. Tak można powiedzieć. Z resztą aktualna cena mówi wiele. Jak na tytuł AAA i trochę ponad rok od premiery to możliwość dostania legalnej kopii za jakieś 40 PLNów to przecież śmiech na sali. Zobaczcie sobie ile kosztuje GTA V lub Cywilizacja VI. Nowe to produkcje? Nie. Trzymają cenę? Jak cholera.

Co w takim razie nie wypaliło?

Na wstępnie zaznaczam, że mam za sobą kilkanaście godzin, raczej powolnej zabawy. Przejechałem się trochę samochodzikiem. Pobawiłem w strzelanie. Wbiłem jakiś 6 poziom. No i dostałem bądź co bądź dostęp do części mechanik udostępnianych przez produkcję.

Nie pasuje mi wszystko.

Serio. Kolejna gra, w której wszystko mi nie pasuje. Dlaczego? Bo jest cholerną zrzynką. Najzwyklejszą kradzieżą pomysłów.

Walka? Nudna jak cholera. (Osłona + piącha/staza + cały magazynek w przeciwnika) x N. Cała walka to powtarzalne sekwencje. Można było wrzucić trochę skryptów. Może więcej otoczenia do dewastacji niż jakieś czerwone beczki? Cokolwiek. Walka się nudzi, a jeśli w grze opartej na walce ta się nudzi to kuźwa coś jest nie tak. Bo ta gra to TPS. Nie ma się co oszukiwać. Cała fabuła, płytka jak Wisła dwa lata temu to tylko pretekst, żeby sobie postrzelać w sposób drewniany, pozbawiony emocji i po prostu nudny.

Może fabuła? Myk jest ciekawy. Uciekamy z Drogi Mlecznej i lecimy sobie do Andromedy tam szukać szczęścia. No i przy tej całej technologii, w którą opakowano Inicjatywę Andromeda. Przy tym, że zamrożono ludzi na kilkaset lat i w ogóle z rozmachem to zrobiono. To nikt nie wpadł na pomysł, żeby co jakiś czas sprawdzić czy oni to w ogóle mają co po lecieć. Jakie to jest naiwne. 700 lat lecieli. Coś tam se posprawdzali. I ruszyli. No i przecież ten cały nowy świat będzie na nich czekać. Nic tam się nie zadzieje w międzyczasie. No to się zdziwili ludziki. Planety, na które trafili się popsuły. Tak cała fabuła opiera się na tym, że nikt nie przewidział, żeby może zmienić kurs i jeśli ich wymarzony nowy dom okaże się dziadostwem to polecieć w inne miejsce. Cała fabuła oparta na pomyłce.

No i co dostajemy? No oczywiście przez przypadek stajemy się najważniejszą postacią w całej inicjatywie. Od razu decydujemy o wszystkim. Mieszają nas w politykę. Wiecie jak to jest. W milionera z kundla w 15 minut, parafrazując Art-B. Naiwne to jak cholera. Jeszcze jakiś bunt bo się chłopaki i dziewczyny nie dogadali. Dajcie żyć. Takie to naiwne. Już Inkwizycja miała rozsądniejszą fabułę. Jednak tym Inkwizytorem zostawaliśmy po jakimś czasie. Chwilunię to trwało.

Grafika? Nie! Proszę. To jest AAA? Widzieliście Horizon: Zero Dawn? Albo grę za naście złotych z serii Play Link- Hidden agenda. Proszę. Tam jest grafiki. Ja wiem, że nie może być zawsze idealnie. Ale! Chociaż animację twarzy można było zrobić lepiej. Przecież będę tą nieskładną papkę oglądać w każdym przerywniku dialogowym. W każdym do końca gry będę oglądał brak synchronizacji z dialogami, ohydne drewno i po prostu brzydotę. Najzwyczajniej w świecie. Szkoda.

Crafting? Już mnie wkurza. Od samego początku. Chciałbym mieć nową pukawkę. Spoko. Najpierw skanuj jakieś pierdoły, żeby zdobyć punkty potrzebne na wynalezienie schematu. Potem pozbieraj surowce, żeby zrobić broń, a na końcu stwierdź, że jest do dupy. Po co ten crafting? Powiem Wam. Jak się nie ma pomysłu na fabułę i rozgrywkę ale trzeba napisać, że gra jest na 100 godzin to się wrzuca zapychacze. Takie durne zapychanie rozgrywki tylko po to, żeby sprawiała wrażenie dłuższej. Gdzie tak było? Wszędzie. Do cholery w każdej produkcji AAA tak jest. No może oprócz GTA V. Tam dodatkowe akcje są dodatkowe. Możesz ale nie musisz. A taki Thief? Pamiętacie te animacje sięgania łapą do każdej szufladki? 1-2 sekundy x pierdyliard kradzionych monet i innych utensyliów kuchennych. Tak się wydłuża tanim kosztem rozgrywkę.

Marudzę na ten crafting. Mogę. Wkurza mnie. Gdzie był dobry ktoś się może spyta jak już tak marudzisz. Był w Doomie, w Tomb Raider i w Minecraft. W dwóch pierwszych była naturalną konsekwencją rozgrywki. Im dalej w las tym jesteśmy lepsi, a w zasadzie dobrze by było, bo dookoła coraz to więcej tałatajstwa. A Minecrat? Tam crafting to trzon zabawy. Bez tego ta gra nie miała by sensu więc on tam po prostu jest. Musi być. Co nie oznacza, że jest zły. Jest fajny. Zrobiono go z głową. Cała zabawa to tworzenie, po prostu.

Dobra, a może crafting w cRPG jakiś fajny był? Był. W Fallout 4, w Wieśku, nawet w Inkwizycji. Był opcjonalny, bardzo, z resztą w Andromedzie też jest. W Fallout 4 był zabawą w to jak możemy najgłupiej poskładać kilka rzeczy, żeby wyszedł helikopter. Może sobie zbudujemy bocianie gniazdo z karabinkiem do obrony osady? Proszę bardzo. Wiesiek? Tam crafting był elementem dobrych questów. Produkowało się różne wywary po to, żeby ubić potwory -bo Geralt właśnie tak walczy- sprzęt był opcjonalny ale jak chcieliśmy zrobić zadania z rynsztunkiem wiedźmińskim to się je robiło i było fajnie. A co z Inkwizycją? Tam główną cechą craftingu było przetwarzanie ingrediencji pozyskanych ze smoków. Tylko to miało sens. No i ubicie takiego smoka to trudna zabawa była więc nowy pancerz był jak najbardziej spoko.

Dobra. Fabuła do dupy, walka słaba, grafika też, crafting? No cóż. Co zostaje. A wiem. Rozwój postaci!

Dobra tutaj podoba mi się jedna rzecz. Możemy dzięki prostemu zabiegowi fabularnego w zasadzie w dowolny sposób zmieniać profesję. Możemy? Możemy. To jest akurat spoko. Mamy bardzo fajny dostęp do wszystkich możliwych perków, możemy sobie zbudować co tam chcemy i jakoś szczególnie nie interesować się ograniczeniami. Tutaj jednak się przyczepię. Jest tego za dużo. Po prostu. Dostajemy do łapy całe drzewko. Nie, nawet nie drzewko. Cały ten śmietnik dostajemy na raz do ręki i możemy sobie robić co chcemy. Kurde. Tak się już nie robi cRPGów. Od dawna się tego tak nie robi. Weź siedź trzy metry od pierdyliard calowego telewizora i spróbuj przeczytać te maleńkie opisy umiejętności. To się przecież nie da tak. Kto na to wpadł? Nawet rozwój postaci skopali. Niby jest progresja. No jest. Tylko, że za cholerę nie rozumiem tego pomysłu z wrzucaniem gracza od razu na głęboką wodę. Po prostu nie kumam. Jakiś setup? Cokolwiek?

Czas podsumować bo mi tu pokazuje Word, że już mam z 1300 słów.

Czy polecę produkcję komukolwiek? Nie. Serio. Nie. Szkoda kasy. Szkoda czasu. Nerwy są jednak coś warte. Wiecie jak to jest. Fajna promocja, kupię i zagram może kiedyś. Nie! Nie rób tego. Nie ma sensu. Ani to Mass Effect dobry nie jest. Z cRPG ma to wspólnego tyle, że się jakieś punkty daje i można jakiś wyborów w fabule dokonywać. Grafika słaba. Po prostu. Strzelanie? Z dupy. Zdecydowanie z dupy. Nie ma frajdy. Wiecie, gdzie się dobrze strzela? W Titanfall 2. Tam się dobrze strzela.

Po prostu odpuść sobie. Lepiej sobie kup Inkwizycję. Może nie Sci-Fi ale lepiej zrobione.

Serio. Nie grajcie w to.