Duma

Muszę przyznać, że będąc przed trzydziestką i popijając bananowego Nesquik`a można dojść do ciekawych wniosków. Prawdą jest, że ostatnie tygodnie są niesamowicie intensywne i trudne psychicznie. Całe dnie na pełnych obrotach, praktycznie zero chęci do jakiegokolwiek relaksu. W zasadzie jest to typowy objaw do bycia PO projektu, który się kończy. Kurczy się czas, terminy gonią, królewski skarbiec świeci pustkami. Każdy kto robił projekty IT wie z czym to się je. Czytaj dalej Duma

O wiertarce i kosteczce

Mamy tendencję do skrajności. Zdecydowanie.

Ciężko mi odszukać w pamięci firmę, szczególnie z tych dużych, gdzie w odpowiedni sposób rozwiązywany był sposób kosztów.

Z jednej strony mamy rozdawnictwo totalne. Z drugiej oglądanie każdej złotówki. Rozumiem, że ciężko w tym wszystkim dokopać się do złotego środka. Jeśli nie kontrolujemy to popłyniemy z kosztami. Z drugiej strony nadmierna kontrola potrafi przejść miejscami poza granice absurdu. Szczególnie jeśli koszt tego o co toczy się spór jest tańszy niż godziny pracy ludzi zaangażowanych w proces.

Pozwolę sobie przytoczyć dwie zasłyszane historie jako przejawy absurdalne, skrajne i niestety z życia wzięte. Rzecz jasna nie będę rozwodził się nad tym kiedy i gdzie to się wydarzyło. Jeśli czytając poniższy tekst stwierdzasz, że jest o Twojej firmie. Cóż. Nie potwierdzę, że o niej piszę ale z drugiej strony, możesz się zastanowić.

Historia pewnej wiertarki.

Opowieść zasłyszana z pewnego źródła, że tak powiem, naocznego świadka. Rzecz miała miejsce pięknego lata na południu naszego nieszczęśliwego kraju. Pewien deweloper złapał za nogi papieża, Boga i kurę wydalającą złote jajca.

Udało mu się załapać na budowę kilku bloków na osiedlu, no powiedzmy, dla trochę zamożniejszej klienteli. Z różnych powodów mieli państwo szanowni problem z czasem. Robotę musieli skończyć szybko, więc stwierdzili, że z kosztami nie będą się liczyć.

Na budowie jak to na budowie, pracowało kilkudziesięciu panów zasuwających na dwie zmiany z taczkami. Do tego dochodził jakiś kierownik jeden z drugim. Jak to też na budowie, no cóż, czasami coś tam zniknie. A to ktoś potrzebuje kilka cegieł na działkę, trochę farby do pokoju, jakiś klej, wiertło. Nie żebym pochwalał. Taka po prostu rzeczywistość.

Budowa szła w najlepsze. Panowie pracujący dostali przyrzecznie, że niczego im do pracy nie zabraknie. Jak by co się stało to dawaj do mnie, jadę do sklepu, kupię, będzie nówka sztuka.

No to chłopcy początkowo nieśmiało. Zagadali o łopatę, potem o jakieś kielnie. Tak od słowa do słowa stwierdzili, że no kurczę, ja proszę, on lata. Przynosi nowe w folii, o nic nie pyta. Sprawdźmy jak to będzie z czymś mocniejszym.

Poszedł pierwszy śmiałek do majstra i mówi.

– Panie majster, wiertarka się zepsuła.

Na co majster mu odpowiada.

– Dobra, już jadę za godzinę będziesz miał nową.

Robota szła w najlepsze. Budynki się pobudowały. Stan idealny. Igła. Prosto, równo. Chłopakom żal było kończyć.

No i przyszedł taki jeden mądry i zaczął koszty liczyć.

Każdy wiedział, że coś tam musiało zniknąć.

Liczą, liczą. Jakieś tam materiały na działkę wzięli. Trochę narzędzi. Wydaje się być dobrze.

Aż tu nagle jak nie pieprznie grom z nieba jasnego.

Okazało się, że skoro firma hojna to i ludzie kreatywni.

W przeciągu miesiąca zużywało się około 300 wiertarek. Tak, tak. Dobrze czytacie. 300 sztuk w miesiącu. Ludzi do roboty było kilkudziesięciu. Wychodziło po kilka sztuk na głowę. Co się z nimi działo? Tajemnica. Chociaż pewnie nie wielka.

O jednej małej kosteczce

Z placu budowy przenosimy się do korporacji. Wiecie. Lider blebleble, nowoczesność w domu i zagrodzie i takie tam.

Był sobie taki, zwykły deweloper (tym razem nie budowlany). Ten z przedziału 10K. Nie za biedny, nie za bogaty ale wie co robić, jak robić i na czym.

To taki gość przed którym Jsony się kłaniają.

No i facet zasuwał w klimatyzowanym budynku. Wygodne krzesło. Pyszna kawa. Ciasteczko. Wiecie jak to jest.

Co jakiś czas task w Jirze wpadał. Popatrzył, poklikał i jest.

Dlaczego o gościu piszę? Powtarzając, o facecie z kategorii 10K.

Cóż, historia zasłyszana też od świadka naocznego.

Człowiek ów miał się projektem zająć. Jako, że znał się na robocie to nie poprosił o podwyżkę ale o to, żeby dorzucić mu do komputerka kość RAMu. Wiecie, taka mała kostka do liczenia rzeczy. Jako osoba doświadczona, wiedział po prostu, że mu maszyna nie uciągnie. Po prostu się nie da. Co tu się oszukiwać.

Poszedł do szefa.

Szef mu mówi, a weź się zastanów? Na co Ci to? Przecież to koszty są.

No to Pan programista wraca do biureczka i pracuje grzecznie. GUI się wywala. Poczta się nie otwiera ale zasuwa.

Wkurw go łapie. Do wyższego idzie.

– Panie dyrektor, taką jedną kosteczkę za dwie stówki.

– Kasy nie ma. Dasz sobie radę. Wszyscy dają to co ty wydziwiasz.

No i wraca. Zasuwa po godzinach bo musi na maszynę czekać. Dzielny jest, bardzo.

Wiecie co się stało potem drogi czytelniku. Programista 10K stał się programistą 15K w innej firmie. Dostał i7 w maszynie, kosteczek do woli, monitorek śliczny.

Co na to dyrektor i kierownik? Wiecie co? Dali sobie radę. Kupili consulting za 100 razy tyle ile kosteczka kosztowała. Projekt się zrobił. Sukces na slajdzie. Też można.

No i co?

Powyższe sytuacje są przejaskrawione do granic percepcji ludzkiego oka.

Tylko wiecie co. Tak było, nie zmyślam.

Mamy tutaj dwie różne kategorie patrzenia na koszty. Z jednej strony kompletną i bezmyślną rozrzutność. Oczywiście, połączoną z działalnością niemalże przestępczą. Choć jak to mówią „okazja czyni złodzieja”.

Z drugiej strony zupełnie absurdalny sposób radzenia sobie z kosztami czyli unikanie wydawania capexu na poziomie debilnym. Jeśli specjalista zarabiający dwie średnie mówi, że czegoś potrzebuje i kosztuje to 5% jego pensji, a do tego dasz mu to raz, a on będzie szczęśliwy przez najbliższe dwa lata. Nie bądź głupi.

Rozrzutność kontra skąpstwo. Szczerze jestem ciekaw czy macie podobne historie w swojej pamięci. Sekcja komentarzy jak zawsze stoi otworem.

 

O co chodzi z tymi taczkami?

Mogę śmiało powiedzieć, że w prowadzeniu biznesu nie mam doświadczenia. Nigdy nie nazywałem się firmą, nie miałem spółki. Jakoś tak wyszło. Za to zrobiłem kilkadziesiąt projektów. Większość z nich była projektami umocowanymi w IT. Z tym to ja mam doświadczenia. Często w roli żagla, steru i okrętu. Teraz nieco mniej. Product Ownerem jestem. Wiem, słabo, nudno i w ogóle jakoś tak nie fajnie. Szkoda.

Do rzeczy.

Biznes jak i każdy duży projekt to coś co się zaczyna i w sumie to nie kończy. Ciągle coś dorabiamy, zmieniamy, koncepcje nam się zmieniają, bo przecież ciągle się uczymy. Zmienia się też rynek. Doskonali technologia. Rzeczy, które kiedyś były trudne do wykonania, teraz są jakoś tak łatwiejsze, bardziej dostępne.

Dobrym przykładem jest RPA. Przed tą technologią można było robić dokładnie to samo ale trochę trudniej. Mniej graficznie. Java.Robot. Można było.

To o czym będę teraz pisał tyczy się projektów. Odniosę się jednak do doświadczenia z rynku. Czegoś mocno oddalonego od branży, w której pracuję. Pogadam trochę o tym jak dzisiaj działają sieci kurierskie.

Mamy na rynku kilku mocnych graczy. Oczywiście Pocztę Polską. Jest też InPost i powiedzmy DHL. Kilka firm, które niby robi to samo, każda z nich trochę inaczej ale, ale. Co mnie to obchodzi? Ja jestem klient Janusz. Kupię coś na allegro i ma do mnie dotrzeć. Ma się to stać tak, żebym nie zauważył procesu. Płacę, podaję adres i czekam na SMS. Względnie sprawdzę sobie status na stronie. To wszystko.

Dlaczego wymieniłem te kilka firm przy temacie projektów długoterminowych?

Metodologia Agile mówi wprost, że nie robimy rewolucji. Działamy ewolucyjnie. Oznacza to, że robimy wolniej za to dokładniej. Skupiamy się na detalach, dopieszczamy, olewamy małe rzeczy, z których nie ma uzysku. Na koniec dnia produkt ma być na tyle dobry, żeby nie było potrzeby pokazywać jak z niego korzystać. Ma się sam bronić.

Co na to Poczta?

Wiecie co? No przecież skąd macie wiedzieć?

Poczta Polska chyba zrozumiała manifest Agile.

Jestem ich klientem od lat. Trochę z przymusu, choć ostatnio z przyjemności.

Okazuje się, ze Polska Poczta nieustannie się doskonali. Ma oczywiście niewątpliwą przewagę związaną z dostępnością placówek ale poszła o krok dalej. Dostaliśmy całkiem ciekawą hybrydę tradycji z nowoczesnością. Są kurierzy, są placówki, nadal te durne kwity awizo w skrzynce i jednocześnie SMSki. Oczywiście standardem jest to, że mamy też tracking.

Potem jest DHL i InPost. Co z tymi firmami? Weszły z fajną obsługą naście lat temu. Pokazali, że poczta może przyjść do blaszanej puszki lub Pan może do domu dostarczyć za jakieś 20 PLNów.

Poczta przez ostatnie kilkanaście lat bardzo się rozwinęła. Dostosowała się do rynku. Wdraża nowe, działające rozwiązania.

DHL i InPost? Tam się nic nie zmienia. Co gorsza, dlatego, że się nie zmienia to tak naprawdę cała obsługa marnieje. Wiem. Chatboty są. Co z tego? Ja nie chcę gadać z Chatbotem. Nie interesuje mnie jego zaawansowana integracja z systemem trackingowym czy też udawana elokwencja. No, dobra. Technicznie mnie interesuje. Ale teraz jestem klientem.

Widzisz, drogi czytelniku. Mam marne doświadczenia. DHL mnie okłamał. InPost mnie okłamał. Poczta nigdy.

Serio.

Jak to się ma do projektów?

Poczta, mam wrażanie, że tworzy rozwiązanie. Jedno, małe. Przyzwyczaja się do niego. Uczy siebie i klientów. Daje sobie przestrzeń na jakieś błędy. Poprawia je. Komercjalizuje i zabiera się za kolejne.

Co z konkurencją? Staracie się mam wrażenie zrobić takie same błędy jakie ja popełniłem w ostatnim projekcie. Chciałem mieć wszystko, szybko i dobrze. Tak to się nie da. No nie. Problem polega na tym, że dzisiaj tak się nie da. Zachowujecie się jak robotnicy, którym płaci się za godzinę. Zasuwacie z taczkami ale nic nie dowozicie. Właśnie tak mnie okłamaliście. Powiedzieliście, że będzie, nie byliście.

Proponuję Wam zrobić to co jak zrobię za chwilę. Zatrzymam się. Spojrzę na to co już zrobiłem, na to co jeszcze mam do zrobienia. Potem plany na przyszłość wrzucę na półkę. Zacznę naprawiać błędy. Pozwolę sobie na 2-3 miesiące nie myślenia o nowym tylko o tym co zrobić, żeby stare działało i nie przynosiło strat. Potem przyjdzie moment na nowe i lepsze.

Poczta to potrafi. Nigdy mnie nie okłamali.

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić mocno zestresowanego Pana kierownika sortowni DHL z Warszawy. Jeszcze raz dziękuję, że przyjechałeś do mnie tylko po to, żeby naprawić błąd procesów w swojej firmie.

Również korzystając z okazji. Procesowcy DHLa, wstydźcie się.