Bajki robotów

Moi koledzy niemalże zza ścianki działowej, odpalili kilka dni temu AI. Na razie to takie głupiutkie jest. Rozpoznaje mowę. Potrafi reagować na kilka komend. Wykonuje prozaiczne zadania.

Głupia? Byście musieli widzieć proces uczenia. Jak tylko AI wyszła z pudełka to była jak małe dziecko. Potem nauczyła się mówić, następnie rozpoznawać intencje drugiej osoby, potem odpowiadać z coraz większym sensem.

AI mojego chlebodawcy nadal się uczy i będzie to proces niekończący. Nigdy nie dojdziemy do ściany. Możliwości jest na tyle dużo, że po prostu ścieżki neuronowe będą wypalane cały czas. Co ważne, AI nie będzie zapominać tego czego się nauczyła. Będzie dzięki temu sprawniejsza od człowieka. Przejmie kontrolę nad wieloma aspektami działania organizacji. Nawet jeśli teraz to nie jest celem to i tak się to stanie. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że za chwilę AI będzie asystować mi w analizie, pomagać szukać korelacji. Dlaczego by nie?

AI może stać się członkiem zarządu, usiąść w radzie i wspierać podejmowanie decyzji. Może, nawet samodzielnie je podejmować? Przecież AI nie potrzebuje czasu na napisanie e-maila. Ten wyśle się niejako w tle, tak jak byśmy skorzystali z naszej dłoni, żeby podrapać się po głowie. Wyobraźmy sobie mieć dostęp do responsywnej wersji Wikipedii, która będzie okraszona nie tylko rozumem ale też sercem, doświadczeniami, możliwością szybkiego ekstrapolowania. Kurczę. Piękne.

Tylko, że ja nie chcę teraz mówić o AI mojego chlebodawcy. Tej życzę jak najlepiej. Niech się rozwija. Może za rok wpadnę na urodziny, zjem ciastko. Pogadamy sobie. Będzie miło.

O pisaniu odnośnie AI nakłoniło mnie coś zgoła innego. Po pierwsze moje stare opowiadanie, które powstało jeszcze w czasach szkolnych. W zasadzie nie opowiadanie, ale krótka forma wypowiedzi. Taka rozprawka. Miałem napisać co można zrobić, żeby ludzie byli równi. W zasadzie jedynym rozwiązaniem jest sprowadzenie nas do jak najniższej roli, przy jednoczesnym zachowaniu niezbędnych swobód oraz poziomu życia. Czyli możemy podróżować, mamy jakiś system edukacji i leczenia, mamy co jeść. Jednocześnie dostajemy tyle ile nam potrzeba, ale do pewnego poziomu, którego przekroczyć nie możemy, żeby nie odebrać szansy innym. Wiem. Socjalizm.

Drugi temat to film, który zobaczyłem na LinkedIn. Opowieść o tym, że dzisiejsza kultura konsumpcyjna, szczególnie w Europie i USA, doprowadza do katastrof ekologicznych w Azji. Nie mówię tutaj o pierdołach w stylu wytrucia ula przez głupiego rolnika, który robił oprysk w dzień. Była u nas taka historia ostatnio, rolnicy się z gościa śmiali, bo głupio zrobił. Greenpeace rozkręcił aferkę oczywiście. Zapraszam tutaj: https://www.totylkoteoria.pl/2018/06/wymieranie-pszczol.html Łukasz, bardzo dobrze rozbroił temat na czynniki pierwsze.

Ale co z tą Azją, AI i moją młodzieńczą fantazją?

Jest pewna korelacja i to całkiem duża.

AI potrafi podejmować decyzje na podstawie zdobytych informacji. Potrafi też już teraz myśleć, a przynajmniej dawać wrażenie myślenia abstrakcyjnego. Obrazów jeszcze nie maluje. Chociaż. Uczą się. Coś tam już się powoli udaje zrobić. Potrafią działać odtwórczo z pewnymi własnymi odchyleniami. Czekam na to aż powiedzą nam kiedyś, że coś im się nie podoba. To będzie dopiero jazda. AI powie, że coś jest ładne lub brzydkie. Nie dlatego, że człowiek tak to zaprogramował. Sama stwierdziła, że coś jest brzydkie. Mózg mi chyba uszami wyskoczy.

Sztuczna inteligencja jest nam cholernie potrzebna. Nie tylko po to, żeby gaworzyć sobie z klientami w urzędach- choć to się dzieje, Japonia, UK, Hiszpania. AI ma być dla nas za chwilę trochę jak ojciec. Nie przesadzam. Aktualnie my ją uczymy w jaki sposób ma postępować, dajemy dostęp do wiedzy. Ale po coś. Chcemy, żeby AI za nas pracowała, poniekąd chcemy, żeby za nas myślała. Oczywiście na drugiej szali jest chociażby seria Terminator czy wizja stworzona przez (jeszcze wtedy) braci Wachowskich. W opozycji do tych katastrofalnych wizji mamy prawa Asimova, które pozwolę sobie przytoczyć w ślad za Wikipedią.

  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.

  2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.

  3. Robot musi chronić samego siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

 

Jak to się ma do przemysłu tekstylnego i ogólnej degradacji naszego poszanowania dla życia, będącego wprost skorelowanym zjawiskiem z rosnącym konsumpcjonizmem? Cholera, skomplikowane zdanie. Rozwalmy je na kawałki.

Żyjemy w erze przeludnienia. Możliwe, że tak nazwą ją kolejne pokolenia. Ludzi jest dużo. Na świecie jest względnie spokojnie. Zasobów na ziemi wystarczy jeszcze dla kilku pokoleń, chociaż prawdą jest, że żyjemy na kredyt i to mocno. Nie mówię o długu publicznym, ale o zasobowym. Potrzebujemy dużo. Żywności, wody, ubrań, elektroniki. To wszystko jest dla nas podstawą egzystencji. Tak. Piramida potrzeb Maslowa lekko się zmieniła. W podstawie powinno być dodane jeszcze Wi-Fi. Nie zmienia to faktu, że nadal te postawy są niezmienne. Musimy jeść. Musimy się ubrać. Potrzebujemy schronienia.

Przemysł tekstylny, ale i każdy inny. Przecież elektronika robi się też w Azji. Samochody. Zabawki. To wszystko dzieje się anegdotycznymi „małymi chińskimi rączkami”. Jednocześnie te działania zaczynają zabijać ekosystem regionu. Na chwilę spojrzę na konsumpcjonizm. Bardzo krytycznie.

Moim celem i każdego konsumenta jest mieć dużo, dobrego i taniego towaru. Tak jak z budowlanką, można wybrać dwie z tych rzeczy. Zatem, kupujemy spodnie. Idziemy do sklepu, na który nas stać i kupujemy. Zwykle, jeśli na niezbyt dużo nas stać to kupujemy towar o najlepszej jakości z danego przedziału cenowego. Powiedzmy, że chcemy dać stówę na spodnie. Idziemy do sklepu, kupujemy, nosimy i jesteśmy zadowoleni. Po drodze te spodnie przeszły przez kilkadziesiąt rąk. Każdy musiał na nich zarobić. Każdy to znaczy: szwaczka, producent materiałów, dostawca, sklep, magazyn, sprzedawca i cholera wie, ile jeszcze osób. My daliśmy stówę. Ile może wynosić w takim razie wartość produkcji tego produktu? Tak, żeby na każdym kroku ktoś zarobił. Powiedzmy, że kilka PLNów. Koszt materiału, człowieka, maszyn. Tyle. Tak przykład trywialny, ale oddający to co się dzieje. Jaka jest różnica między kupowaniem spodni od chińczyka, a takich od Hilfiger`a? Żadna. Różnicą jest metka i końcowa marża dystrybutora. Niczym nie różni się produkcja pary spodni przeznaczonej na sprzedaż za stówę od tych za 1000 PLNów. Bo i dlaczego miała by się różnić?

Co w tym złego? Otóż mamy z jednej strony trywialne oszczędzanie na ludziach. Skurwysyństwo najwyższych lotów. Nie płaci taki gnojek ubezpieczeń, nie dba o bezpieczeństwo. Złe to jest. Z drugiej strony oszczędności na materiałach, jakości procesu produkcji. Przecież nie bez powodu koszulki z butelek PET są tanie. Trują wszystko dookoła na etapie wytwarzania ale kosztują grosze. Składowanie odpadów? Wrzucić do oceanu, przecież jest tam sporo miesjca i nikt nie widzi. Toksyny? Do rzeki! Pozyskanie surwca? Walić ilość syfu wprowadzanego do atmosfery, ważne, żeby koszt był niższy o te 10 centów na kilogramie.

Więc już wiemy, jak działa świat. Mamy pazerne korporacje i skąpych klientów.

Po co nam w takim razie AI?

Moja wizja, będąca dla otwartych umysłów zapewne czymś pięknym i strasznym jednocześnie, sprowadza ludzkość do bycia poniekąd niewolnikami. Wszak będziemy mieli wtedy też po równo.

Dlaczego to jest nieuniknione?

Człowiek z natury chce mieć. Jesteśmy w jakimś stopniu tak skonstruowani, że lubimy mieć rzeczy. Gromadzimy kasę. Dymamy słabszych. Wiecie, jak to jest. Nie wiecie? Niech manager, który to czyta spojrzy na zadania swojego pracownika, a potem porówna swoją i jego pensję. Niech pracownik popatrzy na to, ile kosztuje na rynku jego produkt vs to, ile on na nim zarabia. Nie jesteśmy chciwi? Oczywiście, że tak. Taka nasza natura. Jesteśmy chciwi i wykorzystujemy innych. Ile osób z korporacji, która dotarła aż tutaj, kiedykolwiek wybiła się na cudzych plecach? Podpierdoliła czyjś pomysł i poszła do dyrektora, że ma taki super plan? Zróbmy sobie rachunek sumienia.

Dobra, znowu odbiegam, od tematu.

Rolą AI w świecie idealnym nie jest wspieranie człowieka. Jej rola to przejęcie procesu decyzyjnego. Sztuczna inteligencja, kierująca się prawami Asimova ma być kimś na kształt opiekującego się nami ojca. Nie żartuję. Do tego to dąży. Jeśli Ci się nie podoba to na Syberii jest jeszcze sporo miejsca. Można tam uciekać.

AI mająca dostęp do wszystkich niezbędnych informacji, będzie w stanie podjąć decyzję nieobarczoną chęcią zysku. Nie dojdzie do wniosku, że warto zatruć region, w którym mieszka kilkaset osób, po to, żeby wyprodukować jeansy. Bo dlaczego miała by to zrobić? Przecież to nie ma najmniejszego sensu. AI podjęła by decyzję bezpieczną dla wszystkich i jednocześnie pozwalającą zapewnić ludziom odpowiedni dostęp do dóbr. Była by w stanie jednocześnie przejąć kontrolę nad każdym aspektem naszego życia. Dbała by o nasze zdrowie. Uczyła. Karmiła. Wykorzystała by roboty, żeby uprawiać rolę, produkować energię, wydobywać surowce, produkować przedmioty codziennego użytku. Bajka.

Wiecie co. Piszę ten tekst popijając poranną kawę przy jednoczesnym głaskaniu siedzącego na kolanach kota. Pan Pudding jest przykładem szczęśliwego kota. Głaskany, karmiony, leczony. Ma legowiska rozsiane po całym domu. Tylko z tego domu wyjść nie może. W pewien sposób jest niewolnikiem. Ma wszystko czego mu potrzeba do szczęścia. Jednocześnie nigdy nie spytałem się go czy nie wolał by żyć sobie gdzieś w piwnicy i polować na szczury. Niby jest wszystko ok. Z drugiej strony może on tylko czeka na moment, żeby niepostrzeżenie zjeść fiolkę z cyjankiem i zakończyć swój niewolniczy żywot? Ani trochę nie żartuję.

Jedną z możliwości opanowania naszego świata jest odcięcie się od wielu zbędnych potrzeb. Doskonale o tym wiemy i naszą wiedzę w tym temacie wykorzystują te złe korporacje. Z drugiej strony czy, aby na pewno chcemy być niewolnikami we własnym domu? Może nie będzie to Terminator, raczej Matrix.

Podsumowując moją przydługą wypowiedź. Stwierdzam, że złoty środek nie istnieje. Możliwych scenariuszy jest wiele i w zasadzie sprowadzają się do tego, że się wybijemy nawzajem, zostaniemy niewolnikami lub zmądrzejemy. Tego ostatniego nam życzę.

Dzieciaki do kodu!

Wiecie jak to jest ze szwagrem? Dom można zbudować? Można! Z auta zrobić helikopter? A jak! I do tego machnąć sobie flaszkę albo dwie.

W zasadzie ja mam podobnie. Jedyny kłopot, który posiadam to to, że mój szwagier ma właśnie 12 lat. Czyli zamiast domu to raczej namiot. Za to samochody i helikoptery możemy budować dzięki uprzejmości marki Lego i popijać lemoniadą.

Taki skutek tego, że szwagier prawie mógłby być moim dzieckiem, dobra mógłby. Gdybym się te 13 lat temu uprał to prawie na legalu mógłbym mieć takiego kajtka w domu 😉

Chłopak nie mieszka w dużym mieście, dostępność części form edukacji jest mocno ograniczona. Internet taki sobie. Wszyscy się starają jak mogą. Różnie z tym bywa. Z resztą nie ma się co dziwić. Czy ktoś pojechał kiedyś na wioskę uczyć miejscowych tego jak korzystać z internetu, jak programować czy co to to jest blockchain? Ta… W dupie to mamy, my wielkomiejscy ludzie, mający wszystko pod ręką. Szybki internet, kursy na zawołanie, dobre szkoły. Kurwa, my mamy nawet pod ręką specjalistyczne księgarnie. Głupie Empiki. A taki młody chłopak z mniejszej mieściny to albo kupi mu ktoś przez internet jak się zna, pokaże może? Zwykle to nie. Jak się fartem uda zrobić jakiś kurs w szkole albo mały konkurs to cud. Bo nauczycielowi musi się chcieć siedzieć w pracy, potem w polu robić i na koniec jeszcze poszukać czegoś fajnego dla dzieciaków.

Nie winię rodziców, nauczycieli czy rodzeństwa. Na pewno winię system edukacji, bo ma równać szanse. Nie prawda. Nie równa. Nie tworzy przestrzeni do rozwoju dla dzieciaków z małych miejscowości. Winię też nas wszystkich, którzy olewamy rodzinę ze wsi. Bo dzieciak i tak będzie świnie pasł. Nie prawda. Trzeba pokazać trochę więcej niż Youtube i gry z kosza.

Wracając do meritum.

Szwagier wpada co wakacje na chwile do stolycy sobie pozwiedzać. Zobaczy lotnisko, pospaceruje po Starym Mieście, wpadnie do Łazienek. Jak to kilkulatek. Nic mądrego nie wymyśli. Pójdzie gdzie zabiorą. Może trochę pomarudzi, że mu się nie chce łazić albo loda by zjadł.

No to wieczorkiem siedzieliśmy na kwadracie. Mały grał na konsoli, a ja grzebałem się w kodzie ucząc się Javy. Obiektowy język. Szczerze mówiąc to skomplikowany. Jak każdy język, który jest obiektowy. Trzeba zmienić sposób myślenia na obiektowy i tyle. Jak człowiek na co dzień bawi się strukturalnymi językami to na starość się mści.

No i siedzę i rozwalam temat wyjątków czy innych dziadostw. Myślę, testuję, rzucam mięsem na lewo i prawo. Mały zamiast walczyć o dobro wirtualnego świata w Minecraft, to się gapi przez ramię.

– Co to? – się pyta

– Java, taki język programowania- mu odpowiadam

– A co to robi? -wskazuje paluchem na klasę Dupa i jej konstruktor

– No, tu się robi obiekt. Wiesz takie coś co się potem używa w programie- jak się głupoty wpisuje w kod to trzeba się tłumaczyć potem

– Ale to jest dupa-  się cieszy głupi- weź mi pokaż co się z tym robi. Już mi się granie znudziło.

Początkowo nieufnie zacząłem małemu tłumaczyć jak obiekty działają. Co to są te magiczne Klasy i metody, trochęOTymJakSięCameląPisze. Takie tam pierdoły. Myślałem, że chłopak oleje temat, zaśnie i jutro zapomni.

No to wstał i się pyta czy go poduczę.

Przesiedzieliśmy kilka wieczorów i coś mu tam pokazałem. Trochę sam porobił. W sumie tyle.

Kilka tygodni później chłopak zaczął do mnie wydzwaniać, że się zaciął i pomocy potrzebuje.

Okazało się, że zamiast jak normalny dzieciak w jego wieku za piłką ganiać albo siedzieć w grach to ten sobie wieczorkami siadał przy kompilatorze i testował. Bez przesady, że tak codziennie. Jednak. Któremu 11sto latkowi się chciało by czytać komunikaty kompilatora?

Tak minęły dwa lata. W międzyczasie dostał ode mnie w prezencie taką małą lekturą w prezencie. Java. Rusz głową! Wydawnictwa O’reilly (swoją drogą dobre lektury dla osób technicznych). Myślałem, że stówa w błoto. Bzdura. Siedzi, czyta, próbuje. Wywali się co jakiś czas. Poszuka dalej. Zadzwoni i zapyta.

Wiecie co?

Patrzę na to jak ja zaczynałem. Też nie było sieci. Miałem pod ręką tylko pomoc aplikacji i to offline. Książek nie było. Niby to samo.

Teraz jednak przepaść jest większa. Jednak „miastowi” mają łatwiej.

Koniec marudzenia. Młody niewiele poszedł do przodu przez te dwa lata. Potrafi naskrobać klasę czy dwie. Kilka metod. Popatrzy sobie jak pętle biegają czy IFy działają. Integracji z API nie pierdzielnie. Nie zrobi jakiś wywijasów z wektorami czy innymi dziwactwami. Serwera nie postawi. Ale co z tego? Pokażcie mi statystycznego dorosłego. Jaką ma wiedzę techniczną? Pocztę na WP założy. Fejsa obsłuży. Playlistę na Spotify zrobi.

Szwagier rozumie paradygmat programowania obiektowego. Coś co mi zajęło kilka tygodni. Siedziałem i się zastanawiałem jakim cudem to może działać, bo po prostu tego nie kumałem. Ten sobie siada i rozumie. Nie walnie regułki akademickiej. Nie potrafi tego tak ubrać w słowa. Ale rozumie. Dzieci są niesamowite. Przecież to jest oczywiste, że jak masz obiekt Pies to on może szczekac(), merdacOgonem() i jesc(). No jasne. Co ty Wojtek nie rozumiesz?

Te wszystkie ograniczenia. Brak wiedzy matematycznej. Brak znajomości języka. Słabe łącze. Niezbyt szybki komputer. Te wszystkie pierdoły, które nas, dorosłych, wielkomiejskich ludzików zniechęcają do podjęcia działań. Tak. O nas mówię. Niech pierwszy kamień rzuci ten kto biega wieczorami. Nie, nie, nie. Spokojnie. Nie piję do tego, że biegasz. Nie o to chodzi. Biegaj sobie. Ilu z nas najpierw pobiegło po buty z amortyzacją rodem z filmów Sci-Fi i sprawdzało czy Edomondo na obranej trasie nie narysuje przypadkiem męskiego przyrodzenia, bo głupio będzie na fejsa wrzucić.

Wiecie co. Szwagier będzie dla mnie najlepszym przykładem tego, że można zacząć od niczego, po prostu chcieć i zasuwać, żeby do tego dojść. Nie potrzeba butów Nike, żeby dwa razy wybrać się na trucht, wypluć płuca i rzucić je do szafy. Wystarczy mieć w ręce pasję, podstawowe narzędzia i chęci. Można pobierać kompilator pół godziny, można nie rozumieć jego komunikatów o błędach, można nawet nie wiedzieć jak działają funkcje, żeby z nich korzystać. Coś w tym jest. Couchingowo mówiąc. Ograniczenia są u nas pod kopułą. Nie na stopach.

Po prostu trzeba chcieć.