Detektyw pierwsze wrażenia

Kolega Trzewiczek znowu popełnił planszówkę. Tym razem jesteśmy daleko od Neuroshimy i lądujemy we współczesności. I to jakiej. No takiej normalnej. Bez udziwnień. Po prostu dostajemy wszystkie mechanizmy dostępne w dzisiejszym świecie i mamy grać. Gra się zwie „Detektyw” i jest całkiem fajnym spojrzeniem na to jak można odciążyć Mistrza gry, wydrukować kilkadziesiąt kart i kazać graczom siedzieć w Internecie, żeby sobie pograć.

Samo pudełko oprócz standardowej instrukcji i trzech kawałków drewna zawiera głównie karty, których nie można czytać przed rozgrywką, bo to właśnie na tym ta gra polega, żeby dzięki swojej grze, dedukcji itd. dojść do kolejnych poszlak, kolejnych etapów śledztwa i docelowo odpowiedzieć sobie na poszczególne pytania, będące rozwiązaniem sprawy. Mamy do tego garść żetonów, kilka kart postaci oraz kawałek tektury pomagający się ogarnąć, w której akurat lokalizacji jesteśmy. W sumie nie ma tego zbyt wiele, bo też gra się średnio ogranicza do samej zawartości, w zasadzie nie ma szans, żeby grać bez dostępu do sieci.

Dlaczego bez Internetu się nie da? Większość gry jest przeniesiona do bazy dostępnej po zalogowaniu na stronie antaresdatabase.com . To tam tak naprawdę prowadzone jest śledztwo. Tam logujemy informacje dotyczące znalezionych śladów, porównujemy chociażby odciski palców. Co jeszcze? Nie ma szans, żeby bawić się dobrze bez przeszukiwania Wikipedii. W zasadzie tracimy bardzo wiele wiedzy o świecie przedstawionym, który został wygenerowany na podstawie realnych wydarzeń które miały miejsce historycznie. Tak. Kampania z podstawki wymaga od nas przeszukania Wikipedii. Super 😉

Oczywiście poza koniecznością szukania informacji historycznych dostajemy też bardzo dużo danych wprost z bazy Antares. Akta osobowe, wprowadzenia do kolejnych spraw, informacje o materiałach. Tak. Spoko.

Dlaczego to takie fajne? Normalnie dostalibyśmy dużo materiałów w samym pudełku co spowodowałoby, że koszt samego pudełka byłby po prostu wyższy. Już teraz nie jest szczególnie niski bo jednak 150 PLNów za garść kart, hmmm, można było zrobić to ciut taniej. Jednak, nie mogę się przyczepić, do tego, że całość została zrobiona dobrze. Tak, połączenie treści na kartonikach z bazą w sieci jest jednak strzałem w dziesiątkę. Dodatkowo, sama gra pozwoli na rozszerzanie się niejako gratis tylko poprzez internetową bazę danych. W to akurat średnio wierzę. Możliwe, że reżyserowie machną jakiś mały dodatek, który zamknie historię, bo pewnie coś zostało do dopowiedzenia, na razie nie wiem. Nie skończyliśmy kampanii.

To jak wygląda sama gra?

Siadamy sobie w grupie do 5 osób. Najlepiej zorganizować na każdą sprawę 3-4 godzinki. Zapewne, któraś z końcowych może trwać jeszcze dłużej. Przelicznik? Około godziny na jeden dzień rozgrywki powinien być rozsądnym podejściem. No i siadamy i gramy.

Na początku dostajemy tylko podstawowe informacje i cel dla danej sprawy. Ograniczenia to głównie czas. Na dowiedzenie się ile tylko zdołamy mamy ograniczoną liczbę dni w grze. Opowiem trochę bez spojlerów o tym jak wyglądała pierwsza nasza sprawa. Jeśli ktoś kupi to i tak tyle dowie się z opisu sprawy, więc problemu nie będzie 😉 A, spraw jest 5 czyli kilka weekendów w jednym pudełku.

Każda ze spraw ogranicza nas tak jak mówiłem liczbą dni oraz maksymalnym poziomem stresu.

Każdy dzień to 8 godzin, możemy oczywiście robić nadgodziny, za które dostajemy punkt stresu od każdej godzinki.

No i jest 5 lokalizacji, gdzie poruszanie się między nimi to zawsze godzina w plecy.

W sumie tyle z mechaniki. Bo cała reszta to karty i grzebanie w bazie danych.

Nasza pierwsza misja to wytropienie jakim cudem złoty zegarek znalazł się kilka tysięcy kilometrów od miejsca kradzieży i trafił do domu aukcyjnego? Ot taka historyjka.

Początkowo dostajemy tylko poszlaki za którymi możemy podążyć lub nie. Sama mechanika nie wymaga od nas byśmy zrobili wszystko. Ba! Nie uda się nam choćby nie wiem co. Zabraknie nam czasu. Najzwyczajniej w świecie. Może odkryjemy 50-60% danych podczas jednej rozgrywki.  Może nie pójdziemy za tropem na tyle głęboko, że na sam koniec będziemy posiadali błędne fakty. Wszystko jest możliwe.

No i tutaj dochodzimy do magii tej gry. To nie pudełko i katy są osią zabawy. Cała gra polega na robieniu notatek, pisaniu po ścianie, łączeniu pinezek na tablicy korkowej. Serio. Ta gra wymaga od nas dodatkowych materiałów, narzędzi bez których nie ma szans dobrze się bawić. Podczas pierwszej sprawy spisaliśmy kilka kartek notatek, powiesiliśmy masę karteczek na tablicy. Dyskutowaliśmy na temat powiązań postaci. Grzebaliśmy w faktach historycznych po to, żeby powiązać z nimi informacje odnalezione podczas śledztwa.

Cała gra doskonale łączy wymyśloną opowieść z realnymi wydarzeniami. Tak jak już pisałem, rozszerza to rzeczywistość przedstawioną.

Co do samej bazy Antares? Klika się w nią w miarę intuicyjnie. Dokłada linki do kolejnych materiałów. Pozwala czytać rozszerzone akta osobowe. Rozszerzona rzeczywistość.

Tak też słowem podsumowania. Gra jest doskonała na długie wieczorki podczas, których mózg pracuje na pełnych obrotach i poszukuje odpowiedzi na pytania. Mechanika sama w sobie trochę ogranicza rozgrywkę, ale od tego w końcu jest. Można też powiedzieć wprost, że jest dobrze zbalansowana. Naprawdę wiele zależy od tego jak bardzo chce nam się googlować.

Czy są jakieś wady?

Nieco czepiłem się ceny. Sama zawartość pudełka faktycznie nie poraża, z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że grę rozszerza chociażby baza danych w sieci co jak by nie było usprawiedliwia cenę.

Dużą wadą może być jednorazowość. To nie jest gra do której podejdziemy po raz kolejny. Tak realnie. Jeśli nie skopiemy sprawy za pierwszym podejściem to w zasadzie nigdy już do niej nie wrócimy. Powód jest bardzo prozaiczny. Po prostu będziemy zbyt wiele wiedzieć na temat sprawy i już nie będzie dla nas w jakikolwiek sposób wyzwaniem. Najzwyczajniej w świecie.

Jest jeszcze coś co w zasadzie nie jest wadą, ale warto o tym wspomnieć. Tak naprawdę zawartość pudełka i dostępne w sieci informacje to taka dobrze zbudowana sesja RPGowa. Taka, do której mistrz gry się przyłożył. Zrobił mapki, opisy postaci, kilka wątków, dodał do tego możliwość korzystania z zasobów Internetu.

Czy w takim razie jest to poważna wada? Oczywiście nic nie zastąpi dobrze przygotowane sesji RPGowej. Tylko czy należy narzekać na to? Przecież do każdego większego systemu RPG mamy po kilka przygotowanych przez wydawców kampanii czy też pojedynczych przygód. Tak też zarzut dotyczący odciążenia mistrza gry z jednej strony mówi o tym, że można się trochę wysilić, ale z drugiej, gdyby nie te gotowe scenariusze to przecież wielu z nas nigdy by w RPGa nie zagrało nigdy. Weź w wieku 30 lat przygotuj dobrą kampanię… nie wykonalne. Ja sam od roku próbuję się zmusić do tego, żeby chociażby rozrysować schemat moda do BG2, już nie mówię o napisaniu kodu.

Jest jeszcze jedna zaleta tak otwartej struktury „Detektywa”. DLC. Chyba nigdy nie myślałem o tym, żeby, cieszył się na myśl o faktycznie wirtualnych dodatkach do planszówki. To jest bardzo realne. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że społeczność będzie generować dodatki, własne historie, które jako społeczność będziemy testować, następnie kolega Trzewiczek pewnie się dogada i zrobi z tego dodatek w zamian za podział zysków bo tak by mogło być uczciwie. Istnieje też szansa na dobudowanie kolejnych karcianych dodatków bo po mimo wszystko te karty są trochę potrzebne. Łatwiej jest mieć coś w ręce niż na komputerze.

Nie powiedziałem jeszcze o tym jak się sama zabawa kończy. Otóż mamy na końcu do zdania raport. Wchodzimy na stronę, klikamy złóż raport i odpowiadamy na pytania. Jakość tych odpowiedzi wraz z odjęciem punktów stresu, które zarobiliśmy daje nam wynik. Możemy wygrać, możemy przegrać. Jeśli zaangażowaliśmy się w grę to przynajmniej pierwszą sprawę można rozwiązać łatwo.

Czas na finalny werdykt.

Dobra gra. Warto. Zupełnie się nie nadaje na imprezę połączoną z wypiciem każdej ilości alkoholu. Zdecydowanie nie można sobie podczas rozgrywki pozwolić na rozproszenie. Polecam tylko osobom, które mają czas na kilka sesji, które nie będą mocno odległe od siebie z perspektywy czasu. Koniecznie też sam lokal, w którym będziemy grać musi być w jakiś sposób dostosowany do rozgrywki. Już nie mówię o białej tablicy bo to nie  jest wymów. Przyda się jednak sporo miejsca na notatki, kawałek podłogi lub tablicy korkowej na porządkowanie danych. No i koniecznie dostęp do sieci. Bez tego to dupa.

Zdecydowanie czekam na dodatki. Jest to niestety jednorazówka. Kolejnego przejścia już nie będzie więc dodatki zdecydowanie są mile widziane. Mam też nadzieję, że ich cena będzie raczej akceptowalna. Zestaw kart dla każdej sprawy powiedzmy w granicach 30 PLN per sprawa lub około stówki za podobnych kształtów kampanię co ta, którą mamy w podstawce. Warto.

Też liczę na społeczność. Patrząc na opinie na grupach dotyczących planszówek widać zainteresowanie, mam nadzieję, że przełoży się to na ciekawą współpracę. Z tego miejsca mogę powiedzieć, że chętnie zaangażuję się w tego typu prace. W końcu kiedyś byłem mistrzem gry 😉

2 myśli do „Detektyw pierwsze wrażenia”

  1. Cześć,
    Szykuję się w weekend do pierwszej rozgrywki, a do tego czasu pozostaję mi czytać opinie innych i jeszcze bardziej pozytywnie się nastawiać. Twój tekst jest ciekawy, opowiada o wrażeniach i pozwala poczuć co czeka gracza. Muszę sprostować jednak dwie rzeczy:
    1. Twórcą Neuroshimy jest Michał Oracz, a nie Ignacy Trzewiczek.
    2. Koszt gry to ok. 110 złotych patrząc na Ceneo. 150 złotych Detektyw kosztował w drugiej przedsprzedaży w sklepie Portalu, ale mieliśmy tam dodatkową postać i zawsze gry u wydawcy kosztują trochę więcej.

    Trochę drogo wychodzi za dodatkowy scenariusz ze sklepu Portalu, bo 30 złotych za scenariusz mniejszy niż podstawowe (24 vs 35 kart), ale jestem zbyt pozytywnie nastawiony, również dzięki Twojemu tekstowi, żeby się zastanawiać dwa razy. Szkoda też, że dodatki (np. zdjęcia) nie mieszczą się do podstawowej wersji gry.

    Mam nadzieje, że społeczność pokażę swoją moc i stworzy jakiś fanowski scenariusz. Trzymam kciuki i chętnie spróbuję swoich sił po tym jak zapoznam się z mechanizmami gry i skończę serie o Harry Hole 😉

    Dzięki za wpis, miło było poczytać i powodzenia w kolejnych scenariuszach 🙂

    1. Masz rację co to Michała. Chociaż Ignacy też machnął trochę dzieł inspirowanych Neuroshimą. Chociażby średni 51. Stan. No i do samego systemu też się dołozył.
      Gra faktycznie kosztuje nieco ponad 100 PLNów. W Empiku była za 150, stąd musiałem założyć, że nie przepłaciłem. Okazuje się, że jestem w plecy o dobrą paczkę kawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *