Kto tu jest postacią?

Gry paragrafowe trafiły pod strzechy jakiś czas temu. Kilkadziesiąt lat temu były ciekawszą z form rozrywki. Pozwalały zagłębić się w fantastyczne światy, rozwijać historię wedle własnego uznania. Taka miła odmiana od statycznej literatury. Rzecz jasna, jak większość tego typu tworów, gry paragrafowe mają swoją genezę w grach fabularnych. W tym momencie warto zatrzymać się na chwilę. Niewyobrażalnie wiele oczywistych w aktualnych czasach rozrywek wzięło się z grania w piwnicy, w wyobraźni i rzucaniu kostek. Dzisiejsze gry planszowe czy bitewne są przecież tylko skróconą wersją jednej z wielu sesji RGP. Modele progresu w każdej niemal grze, opierają się na mechanizmach rozwoju postaci. Nawet Escape Roomy są w jakiś sposób potomkami przygód w jaskiniach wyobraźni.

Swoją drogą jest to całkiem ciekawe, że tego typu rozrywka wraca. Zapewne jest to związane z nostalgią. Tak jak w modzie, tej ubraniowej. Nagle okazuje się, że dwie, trzy dekady temu ludzie ubierali się inaczej i to było fajne. Muzyka też zatacza koło. W kinie czekam na powrót na szczyt list przebojów takiego gatunku jak western. Dawno nie widziałem dobrego. No, dobrze. Tarrantino nakręcił ostatnio i był dobry. W sumie to dwa.

Dość rozwodzenia się nad tym co było, a nie jest.

Netflix się rozwija. Eksperymentuje. Ma budżet więc może.

Zaczęło się od własnych marek. Cześć jest bardzo ciekawa jak chociażby Narcos, Travelers, Dobre Miejsce, Lepiej zadzwoń do Saula, Star Trek: Discovery. Można by wymieniać do rana. Zasuwają jak mrówki i w zasadzie co miesiąc jest coś nowego. Tworzą oryginalne historie, reaktywują znane marki. Można śmiało powiedzieć, że jest to telewizja na miarę potrzeb człowieka aktualnych czasów. Posiada większość potrzebnych elementów. Mobilność, dostępność, wybór, dostosowanie oferty na gustów, ograniczenia dla dzieci.

Oczywiście nie wszystko się udało. Osobiście nie jestem fanem nowego Star Treka, zarówno kinowego jak i serialu ze stajni N. Kilka rzeczy mi nie gra. Chociażby umiejscowienie w czasie i zaprezentowana technologia kontra wydarzenia przyszłe, które znamy. Napęd grzybowy? Proszę was. Gdyby to faktycznie działało, to 7 sezonów serii Voyager nie miało by sensu. Klingonii jako bezmyślne plemiona koczownicze? No niezbyt. Przedstawiony okres to w zasadzie szczyt chwały Imperium. Walczyli między sobą o władzę, ale to był okres kiedy Federacja miała z nimi problem. No nie gra mi. Za to jest ładnie, kolorowo. Można sobie pooglądać efekty specjalne i się ucieszyć, że jest ślicznie.

Odejdę jednak od osobistych uczuć wobec niektórych pozycji tego wydawnictwa/studia/platformy.

Ostatnie zdanie na temat rozwoju. Potem krótka przerwa mówiąca, że to nie jest niesamowite, a potem do meritum.

Część osób mogła tego nie zauważyć, ale Netflix zaczął kilka tygodni temu romans z interaktywnymi produkcjami. Przeportowali na swoją platformę grę Minecraft Story mode. Większość osób zapewne słyszała o cieszącą się nadal sporą popularnością grze. Zasady rozgrywki są proste. Dostajemy piaskownicę i mamy sobie radzić. Teoretycznie jest to piaskownica w dosłownym tego słowa znaczeniu. Możemy niszczyć i tworzyć. Jedynym ograniczeniem (w trybie kreatywnym) jest fantazja. Oczywiście jest mały kawałek fabuły, a w zasadzie jakiś tam cel dla gry nienastawionej na budowanie. Tylko bądźmy realistami. Nie po to bawi się Minecraftem, żeby ubijać Kresosmoka. W to się gra po to, żeby budować zamki, lochy, pułapki, mechanizmy, domki i ogródki. Ale. Ktoś uznał, że można to obudować fabułą. Tak też powstał tryb fabularny, który w gruncie rzeczy jest czymś na kształt przygodówki point and click. Jest jakaś tam historia, w zasadzie są to przesuwające się po ekranie plansze czy inne animacje. Jest trochę decyzji. W sumie fajne. Tylko, że do niedawna trzeba było do tego komputer lub konsolę. Teraz jest Neflix. Możemy uruchomić tą przyjemną grę na dowolnym urządzeniu mobilnym z jabłkiem na tyle obudowy lub na mądrych telewizorach.

Czy jest to rewolucja? Raczej nie. Streaming jest jednym z mokrych snów korporacji. O ile łatwiej jest postawić framework i utrzymywać serwery niż produkować miliony pudełek i o nie dbać. Serwery i system i tak muszą być. Przy aktualnych przepustowościach można już powoli puszczać obraz w HD w czasie rzeczywistym, bez szczególnych opóźnień. Przy 5G w połączeniu ze światłowodami będzie można pokusić się o 4K. Tak też Minecraft na Neflixie to powolny krok do przodu, próba złapania kawałka tortu. Jeśli uda im się z prostymi (bo nie wymagającymi szybkiej reakcji) przygodówkami, to kolejnym krokiem mogą być ambitniejsze produkcje. Wiele wskazuje na to, że za chwilę w sferze gamingowej, może to być kolejny chętny na ten rosnący rynek. Konsument powinien się cieszyć. Im więcej chętnych tym lepsze i/lub tańsze muszą być usługi, ostatecznie o klienta trzeba walczyć w jakiś sposób 😉

Tyle jeśli chodzi o rys i przewidywania.

Nim powiem o tym co myślę o nowym Black Mirror, to najpierw wskoczmy na chwilę w świat cyfrowej rozrywki. Jeszcze na momencik.

Sam pomysł nieliniowych gier przygodowych jest nie nowy. Do tej pory tego typu produkcji wyszły dziesiątki jak nie setki. Część miała kilka zakończeń. Były też takie, które miały ich kilkadziesiąt, szczególnie japońskie produkcje.

Nie będę się rozwodził nad typowo RPGowo-fantastycznymi produkcjami.

Wolę spojrzeć na Heavy Rain, Until Dawn, Detroit.

Cechą wspólną tych produkcji jest oprócz oczywiście nieliniowości, również fakt konsekwencji. Decyzje nie są podejmowane bez znaczenia. Część z nich wychodzi na jaw od razu, część po kilku godzinach.

Świetnie pokazuje to Until Dawn. Bardzo bezpośrednio wskazuje co było przyczyną aktualnego zajścia. Potrafi też ostrzec, że za chwilę zrobisz coś co wpłynie na przyszłość. Takie podejście ma rzecz jasna kilka wad. Najistotniejszą jest to, że gra mówi wprost. Zastrzeliłeś ptaszka, rzuciłeś kamieniem w jelonka, to teraz patrz na zemstę łosi. W wielkim uproszczeniu.

Niemniej, mamy zabawę na kilka sesji. Możemy wybierać inaczej i liczyć na to, że historia potoczy się w sposób inny. Faktycznie tak jest. Raz mamy happy end i zachodzące słońce, innym razem rzeź i wszyscy bohaterowie giną w sposób gwałtowny.

Ciekawe jest prowadzenie narracji. Pomimo tego, że bohaterowie potrafią nie doczekać zakończenia, to nadal rozgrywka się toczy. Nikt nie jest tym jednym, jedynym, który przeżyć musi. To dopiero wolność.

Kolejny świetny przykład. Ukryty plan. Gra, w której sterujemy losami postaci i podejmujemy demokratycznie decyzje za pomocą naszych telefonów. Udany romans Sony z rozszerzeniem możliwości swojej konsoli i zarazem bardzo dobra gra.

Tak też trochę napisałem o grach. Takich paragrafowych. Jeśli ktoś chce bliżej przyjrzeć się tym tytułom to szczerze zachęcam. Szczególnie do Ukrytego Planu. Kosztuje niewiele, a można pobawić się na imprezie ze znajomymi.

Wróćmy do Netflixa i tego co wypuścili na światło dzienne.

Black Mirror: Bandersnatch. Tak się to nazywa.

Dla nieznających serii Black Mirror, w dwóch słowach.

Poszczególne odcinki opisują niepowiązane ze sobą historie. Można spokojnie dopaść dowolny odcinek i nie martwić się tym, że coś tam umknie.

Każda z historii opisuje wizję świata, najczęściej będącego kalką naszej rzeczywistości, ale rozszerzoną o jeden istotny element, który zupełnie zmienia sposób funkcjonowania ludzi. Raz jest to wirtualna rzeczywistość, innym razem zbytnie zaufanie do statystyk pochodzących z mediów społecznościowych. Każda z tych wizji oprócz tego, że jest na swój sposób inspirująca i realna, to równocześnie bardzo niebezpieczna. Wyobraźmy sobie rzeczywistości, w której owady zostały zastąpione mechanicznymi odpowiednikami, a te z kolei mogą posłużyć do zabijania konkretnych osób. Brzmi niesamowicie. Jasne, że tak. Realnie? Za kilka lat jak najbardziej.

Tylko, że to co odstawili twórcy Black Mirror tym razem wyznaczy nową jakość na najbliższe lata. To taki Wiedźmin 3 dla gamingu lub Stairway to heaven dla muzyki rockowej. Seriale po tym co dzisiaj zobaczyłem, nagle stały się płytkie i nudne.

Nie chcę robić spojlerów. Dla takich ludzi jest osobne miejsce w piekle.

Zacznę od tego, że sterujemy postacią. Podejmujemy za nią decyzje. Brzmi to trywialnie. Jasne. Trzeba to poczuć. Każda decyzja ma swoje konsekwencje, które nie są oczywiste od razu. Nawet trywialna decyzja z początku seansu, taka co do której nikt by nie twierdził, że ma jakiekolwiek znaczenie. Ma. W pewnym wariancie, przy podjęciu pewnych decyzji na dalszym etapie jest to bardzo ważne. Tak, tak. Nie ma spojlerów. Wszystko jest ważne i waga wyborów nie jest zawsze przewidywalna.

Kolejna rzecz, którą szybko zauważysz drogi czytelniku to możliwość zmiany ścieżki, którą obraliśmy. Mniej więcej w pierwszych kilkunastu minutach może się okazać, że otrzymasz taką opcję. W tym ukryty jest kolejny smaczek. Dla wprawnego oka do wyłapania. Jest to kolejny powód, żeby podjąć się sprawdzenia innych wariantów.

Najważniejsza jest jednak kontrola. Teoretycznie to my ją sprawujemy. Praktycznie. Cóż. Kilka rozwidleń fabularnych nie wskazuje na to jednoznacznie. Film potrafi być miejscami autonomiczny. Pamiętać nasze wybory i decydować za nas. Często będziemy otrzymywać możliwość rozwiązania historii inaczej. Czy bohater będzie zawsze marionetką? Tak i nie.

Koncepcja wokół, której budowana jest opowieść gra na naszych uczuciach. Pozwala nam wcielić się dosłownie w rolę władcy marionetek. Jednocześnie jest to iluzja. Szczególnie w konkretnych momentach. Te fragmenty opowieści być może nie zostaną przez Ciebie nigdy zobaczone. Okazuje się bowiem, że drobne smaczki są rozrzucone po całej opowieści. Nie zostaną one podane na tacy. Będzie to obraz, imię, dźwięk. Coś co już było i pojawia się ponownie. Utwierdza podświadomie w przekonaniu, że wykreowany świat jest rzeczywistym i jednocześnie sztucznym. Kilka scen obejrzymy wielokrotnie. Czy są takie same? Jeśli będziemy szukać lepszych rozwiązań to wielokrotnie zobaczymy skróty. Informacje podane w nich są wybrane tak, żeby pokierować opowieść na konkretne tory, przypomnieć informacje istotne, sugerujące daną decyzję.

Czy jest to zatem pozycja obowiązkowa i dla wszystkich? Zdecydowanie nie. Jest to trudny kawałek sztuki. Miesza w głowie. Wieź zbudowana z pierwszoplanową postacią, pomimo tego, że seans trwa stosunkowo krótko, jest na tyle mocna, że w pewnym momencie zaczynami odczuwać jego emocje. Trzeba mieć trochę dystansu.

Co równie ważne, przewijanie opowieści nie jest tylko czynnością manualną. Ma głębszy sens. To, że my jako widzowie coś wiemy, ma wpływ na historię. Szybko to zobaczycie.

Technicznie rzecz biorąc, jest to bardzo dobry kawałek kodu ze świetnie przygotowanym algorytmem. Od strony fabularnej dostajemy ciekawą historię z wieloma możliwościami. Efekt końcowy jest różny. Nie zawsze cel, który sobie stawiamy jest osiągalny, często jego koszt może być dla nas zbyt duży.

Czy mogę coś dodać na koniec? Black Mirror przełamało dawno temu konwencję. Pokazało światy alternatywne, które są bliskie naszemu poziomowi technicznemu i to co możemy osiągnąć nas przeraża. Teraz twórcy tej serii dali nam coś podobnego. Pozwolili widzowi zanurzyć się w swoją produkcję i dali pełną iluzję kontroli. Zabawili się z czwartą ścianą i naszymi emocjami. Ostatecznie pod strzechy wylądowała kolejna gra paragrafowa, w której rola gracza i postaci nie jest do końca określona.

Z drugiej strony, to co dla kina czy też telewizji jest czymś nowym lub dopiero raczkującym, w innych dziedzinach rozrywki istnieje już od dawna. Wspomniane w pierwszych akapitach gry paragrafowe lub wirtualne opowieści pokroju już nie młodego Heavy Rain są obecne od wielu lat. Pozwalają one na dłuższą zabawę, możliwość podchodzenia do rozgrywki wielokrotnie, gdzie cała historia może być inna na przestrzeni kilku sesji. Jest to niebagatelna przewaga nad serialem. Odcinek, który obejrzałem, był produkowany około dwa lata. Podobny czas do produkcji nieliniowej przygodówki, jednak styczność z produktem raczej na chwilę niż na kilka wieczorów.

Już kończąc. Od strony historii i zaangażowania odbiorcy należy się duża pochwała. Imersja na wysokim poziomie. Technicznie też trzeba powiedzieć wprost, że ktoś się mocno napracował nad tym algorytmem. Jest to dobry, pierwszy krok do przeniesienia tego typu opowieści z konsol lub książek do masowego odbiorcy. Możliwe, że czas utworu jest taki, a nie inny ze względu na chęć dotarcia do mas, akurat na jeden wolny wieczór, dla mnie lekka wada, ale większości pewnie pasuje. Żeby było jasne. Krótkie w porównaniu do gier na 10-15 godzin. Tutaj mamy conajmniej godzinę, a najpewniej dwie. Dosłownie wieczór.

W ostatnim zdaniu dodam, że czekam na statystyki tego jak Bandersnatch był „oglądany”. Dane mogą być bardzo interesujące.

4 myśli do „Kto tu jest postacią?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *