Nowy rok, nowy ja

Mam niesamowity komfort tego, że mogę się czasami zastanowić w spokoju nad tym całym szaleństwem, które mnie otacza. Jako, że ze względów zawodowych, mam jakieś takie zboczenie na punkcie różnej maści statystyki to też oczywiście nie pomaga mi w wygaszaniu zbędnych bodźców z mojej głowy.

Zastanawiałem się otóż przez cały dzień nad tym o co chodzi tak naprawdę w stwierdzeniu „nowy rok, nowy ja”. Trochę pogrzebałem w głowie, potem spojrzałem na Ninja marketing i chyba zrozumiałem jakież to jest piękne w swej prostocie i niesamowicie skurwysyńskie zarazem.

Może zacznijmy od podstaw.

W jakiś sposób albo dlatego, że ktoś nam to wmówił albo dlatego, że się boimy, ciężko powiedzieć, wydaje się nam, wielkomiejskim ludziom, że czynności prozaiczne są bardzo trudne. Mam niesamowite szczęście żyć z kobietą, która wychowała się poza tym zgiełkiem i dla niej rzeczy są tak jakby oczywiste. Trzeba zrzucić kilka kg, bo brzuch odstaje (tak, to o mnie), kotlety uklepać trzeba, kot narobił do kuwety i śmierdzi- teraz twoja kolej. Proste to. Takie prozaiczne. Dzieci, no to będą. Co to za filozofia? Nauczyć się czegoś trzeba, no to trzeba usiąść i ćwiczyć aż się nauczy, co w tym dziwnego?

Fajnie. Jest w tym tylko pewien haczyk.

„Tylko w styczniu miesięczny karnet na naszą siłownię o 50% taniej! Zmień swoje życie”

„W naszych butach zabiegniesz dalej”

„Chcesz wiedzieć jak podcierać dzieciakowi tyłek? Oglądaj moje vlogi”

„Nie trać czasu na studia, będziesz programistą w 18/12/8/5 miesięcy”

To takie normalne slogany, które widzimy na co dzień. W zasadzie wszystkie są bzdurą. Taką oczywistą. To, że karnet kosztuje taniej jest tylko działaniem na naszą głowę, bo w sumie, postanowienia noworoczne. W tych butach to może faktycznie lepiej ale jak się zasuwa po kilka kilometrów dziennie, a nie raz w tygodniu, truchtem, dookoła bloku. O dupie się nie wypowiem. Co do programistów? 99% tego nie załapie lub się znudzi. Te czasy? 12 miesięcy? No, w sumie spoko. Zakładając, że siedzisz codziennie i klepiesz jakiś kod. Taki poziom Regular się z tego klaruje. Zakładając, że siedzisz i piszesz. Nie, że kończysz kurs. Jest różnica. Zasadnicza. Studia faktycznie to taki sobie pomysł, w trakcie studiów i tak się zmienią frameworki, na których się kodzi więc człowiek się uczyć musi nadal.

Dobra, o co mi chodzi?

Zmierzam do tego, że marketing strzela w nasze wyobrażenia i każe nam myśleć o sobie miej więcej z poziomu debila nie zdolnego do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Tak to wygląda. Bez karnetu na siłownię nie dasz rady się zmienić. No, moja matka zrzuciła prawie 20 kg w domu, dało radę. Zauważ drogi czytelniku, że moja matka nie miała wtedy 20-30 lat. Tak też, styczeń, może luty. Siłownie pełne. Jak człowiek zasuwa z roboty do domu to widzi te twarze czerwone ze zmęczenia na bieżniach, które są specjalnie postawione przy oknie. Bije po oczach. Zawsze na bieżni ktoś jest, więc sprawia to wrażenie takie, no super, też bym tak chciał. Zawsze też znajdzie się jedna, dwie osoby, które wyglądają dobrze. Magia. Taki tyłek mieć.

Kłopot polega na tym, że w marcu na tej samej siłowni spotyka się tych samych ludzi, którzy chodzili na nią w listopadzie. Sezonowy turnus uciekł i zostali starzy bywalcy. Po prostu. Nie można ustawą zlikwidować biedy, tak samo jak nie można karnetem zmusić się do czegokolwiek.

Dokładnie to samo z butami, koszulkami i innym dziadostwem do biegania. Taka anegdota i prawda jednocześnie. Znam osobiście kilka osób, które biegają. Jeden gość lata po górach. Wariat jakich mało. Sto kilometrów w pełnym słońcu? Spoko! Machnę sobie. Facet wie jakie buty kupić, zna się na tym. Ten kawałek gumy to w dużej mierze narzędzie jego pracy przez kilka godzin, jeśli będzie miał na nogach byle co to skończy ze stopami do wymiany, już nie wspominając o krwawej ścieżce na szlaku. Z drugiej strony znam kilka osób, które też się znają i mają taki sprzęt. Wiecie, koszulki z kosmicznego materiału, buty za średnią krajową. Raz, dwa razy w tygodniu, truchcikiem po parku sobie pobiegną, wrzucą screen z edemondo i super jest. Bieganie jest modne, na tej drugiej grupie kasę się robi świetną. Oby was więcej, przemysł tekstylny musi zarabiać.

Jak to skwitować? Taki smutny akapit będący moim wyrzygiem. Mam takiego sąsiada z miasta rodzinnego. Stówkę chłopak warzył mając 20 lat. Albo lekarz mu zagroził sankcjami albo zrozumiał, że coś nie gra, nie ważne. Ubrał trampki na nogi i dres na tyłek. Zasuwa od prawie 10 lat, codziennie, niezależnie od pogody i fazy księżyca. Biega zwykle około godzinki, jak go jeszcze kiedyś obserwowałem. Gdzieś ma te śmieszne ciuszki i buciki pasujące do opaski. Krzywda mu się w kolana nie dzieje, waga spadła, dziewczyny lecą na niego. Czego więcej chcieć?

Rzuciłem cztery cytaty z reklam różnej maści i przyszedł czas na podcieranie tyłka.

To już jest paranoja. W tym świecie oczekujemy instrukcji obsługi do wszystkiego, najlepiej też konsultanta, który natychmiast odbierze telefon i kogoś gratis wyśle, żeby naprawił lub doradził. Wiecie co? Serio? Są takie miejsca w życiu człowieka, gdzie porada jest potrzebna. Na gazie się nie znam i raczej był przy instalacji nie grzebał. Za to znam się na prądzie co nie co i wiem, gdzie palucha nie wsadzać. Co z tymi dziećmi?

Zasłyszałem kiedyś od jednej z koleżanek będącej w ciąży, że ona to się boi. Poszła do szkoły rodzenia, ale inne koleżanki to jej mówią, że może nie być tak jak na kursie. Potem na kurs ruszyła dla młodej matki i nawet certyfikat ma z wymieniania pampersa. Tylko, że ktoś tam blog prowadzi i opowiadał o tym, że jednak to jest inaczej niż na tym kursie i trzeba z góry w dół, a nie na boki.

Kurwa.

Może i dzieci nie mam. No nie mam. Tylko czy to jest powód do paniki? Gdyby się pojawiło. To co w tym takiego niesamowicie niezwykłego? To nowe dziecko różnić się może ode mnie jak byłem w podobnym wieku kilkoma detalami. Oczy może inne będzie mieć, nos prosty, pewnie nie będzie miało dwóch podbródków. Co z tego? Patrycję mam. Głos rozsądku w domu i zagrodzie. Się jej pytam jak to by było, gdyby się pojawiło. Co mi mówi? Normalnie będzie. Tylko, że jak jej siostra była mała to częściej terowe pieluchy używali, a jak jej brat się urodził to już raczej pampersy. Taka różnica. Po za tym? może trochę gorzej będziemy spać przez chwilę.

To jest panika przed nieznanym. Tylko, że takim nieznanym pozornie. Przecież to wszystko już było. Ludzie złoci. Dzięki tym setkom blogów, vlogów i poradników, podsyca się jakaś dziwna otoczka tajemnicy, podnosi się poprzeczka do poziomu Himalajów.

Tylko, że to tak nie jest.

Ktoś w jakiś perfidny sposób skomercjalizował jedną z najbardziej intymnych rzeczy w życiu pary. Wychowywanie dzieci to z jednej strony obowiązek, a z drugiej czynność normalna. Po prostu. Nie ma w tym większej filozofii. Będę brzmiał teraz jak jeden z YouTuberów, niejaki Czarodziej. Bo on dostawał wpierdol. No ja też. Moi rówieśnicy również dostawali w dupę jak zrobili coś złego. Najczęściej jednak dostawaliśmy wpierdol nie dlatego, że „zupa była za słona”. Dostawaliśmy po dupie bo zrobiliśmy coś co mogło nam potencjalnie zagrozić. Nic się nie stało, niesmak pozostał, nauka na przyszłość również. Z drugiej strony jest ten cały strumień mówiący o bezstresowym wychowywaniu. Podobno to takie super jest i warto tak robić. Nie wiem co jest prawdą. Będę działał w przyszłości na czuja. Mniej więcej na oko.

Te wszystkie książki, metody i świetne porady ludzi, którzy stworzyli z własnego życia komercję są jednocześnie poważne i śmieszne. Mogę się założyć, że podawane, świetne przykłady na wychowanie i pielęgnację potomstwa można wsadzić między bajki dla większości populacji małoletnich. To nie jest pralka, do której jest instrukcja obsługi i numer telefonu, gdyby się bardzo wylało. Po za tym, trzeba zrobić to co robiły nasze matki. Pytały się swoich matek. Jedyna metoda, która działa.

Dobra. Czas zejść na ziemię. Przyszedł czas na ostatni cytat.

Programista w rok. Oooo. Niekiedy to nawet i szybciej.

Powiem to tak. VBA można się w rok nauczyć i zasuwać nim robiąc ładne arkusze dla managerów. Spoko. Zachwyt i szacunek. Kłopot polega na tym, że kursy, które widzę, mówią o tym, że można nauczyć się JavaScript, Javy, Angulara. Straszliwie rozbudowanych języków, z masą bibliotek. Tak. Można się ich nauczyć od tak, od ręki. Bo te kilka miesięcy szkółki niedzielnej to mało. Bardzo mało. Może na Juniora, który będzie dostawał trochę ponad średnią krajową. No, to może i się tak da. Nie da się natomiast wskoczyć z takim doświadczeniem i taką wiedzą na stanowiska za dychę. Tak od ręki. Gdyby tak się dało, to mielibyśmy samych programistów 10k i nikogo poza tym.

Ja sam mogę powiedzieć, że coś tam napisać potrafię. Nawet wsadzę w to trochę frontu jeśli trzeba. Nie rozumiem protokołów sieciowych bo i nigdy nie potrzebowałem. Znam za to świetnie SQLa i SASa. Nie, spokojnie, nie przedaję się teraz 😉 Javy zacząłem się uczyć rok temu, nieco ponad. Mało w niej pisze. Bardzo mało. Potrafię zrobić jakieś coś prostego, może jak bym się uparł to i bardziej skomplikowanego. Co z tego. Nie napiszę dużego softu dla firmy. Pewnie nawet apki na telefon bym nie opanował. Nie potrafię. Bo się nie uczyłem dość pilnie.

Jak to marudzenie na moją niewiedzę przekłada się na to, że programista 10k w kilka miesięcy?

Nie da się. Nie wierzcie w te slogany. Ja wiem, że to kusi. Tylko, że szkolenie za kilka tysięcy nie nauczy Cię programować. Pozwoli zrobić coś ładnego w trakcie szkolenia. Może i nawet będzie to świetne wizualnie, bo w końcu oczami się karmimy. Nie wierzę w to, że ktokolwiek po takim kursie wyszedł i znalazł od razu robotę. Po prostu takie rzeczy w przyrodzie nie występują. Nigdy nie będziesz dostatecznie nauczonym. Już zupełnie nie ma na to szans po kilku godzinach kursu. To zwykły skok na kasę.

Jakaś puenta?

Proszę bardzo.

Ten post miał być pełen fekali i wymiocin. Taki miał być, bo i taki mnie złapał nastrój. Dzisiaj stojąc w kolejce po przemarżowaną kawę mnie tak wzięło.

Absurdem dzisiejszych czasów jest, to że wmawia nam się jak to prozaiczne rzeczy są trudne. Jednocześnie o zgrozo, mówi się, że trudne rzeczy są proste. Dostajemy obuchem w łeb. Chcesz iść biegać? Idź na kurs. Chcesz posiąść wiedzę tajemną? Też idź na kurs. Cała ta marketingowa papka doprowadza ludzi, nie mających czasu na zastanowienie się czy dobrze robią, do punktu, w którym zaczynają wierzyć różnej maści znachorom od problemów nie istniejących lub wpadają na genialny pomysł, że jednak powinni helikopterem latać do pracy. O rozwagę apeluję. Nawet nie o to, żeby na ten kurs nie iść czy blogerki od przewijaków nie pooglądać. Idźcie, oglądajcie. Tylko nie oczekujcie, że to na Was też tak zadziała. To nie prawda może być. Tak całkiem zwyczajnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *