Agile, deweloperzy i dlaczego robisz to źle

Zauważyłem ostatnimi czasy pewną dziwną prawidłowość związaną z nadmiarem poprawności politycznej. Staramy się mówić w sposób bezsprzecznie idiotyczny. Poruszamy się dookoła pustych sloganów. W zasadzie jesteśmy na etapie nie progresu, ale czynności zupełnie odwrotnej. Następuje w tym cywilizowanym świecie degradacja podstawowych pojęć i zrozumienia bezwzględnie podstawowych wartości. Czytaj dalej Agile, deweloperzy i dlaczego robisz to źle

Co w te góry brać?

Jak pisałem kilkukrotnie, lubię łazić po górach. Jest to mocno powiązane z moją niechęcią do wielkomiejskiego życia. Po prostu wolę przebywać w środowisku innym niż miejskie. Najzwyczajniej w świecie, dzieciństwo spędzone w jednak małym mieście, z bezproblemowym dostępem do lasów robi swoje. Tak też chodzę.

Tekst ten będzie wypadkową zdobytego przeze mnie doświadczenia oraz zasłyszanych historii z bliskiego otoczenia. To o czym będę pisać to wyprawy o specyficznej formie, która nie jest zapewne przyjazna dla każdego. Zarazem jest to też forma będąca dla mnie jedną z przyjemniejszych, z dala od zgiełku. Jeśli ktoś woli wyjazdy z pełnym zapleczem turystycznym to nie jest tekst dla niego. Lepiej niech znajdzie innego blogera. Treść będę starał się dzielić na w miarę spójne sekcje.

1.      Plecak

To akapit niezwykle oczywisty i opisywany przez wszystkie możliwe autorytety jak i amatorów.

Najważniejsze jednak w tym punkcie to kwestia wagi. Nie ma znaczenia jak zajebiście byś się nie przygotował. Jeśli na plecach będzie za dużo to po prostu wycieczka nie ma sensu. I nie ma tutaj miejsca na głupie tłumaczenia. Bo trzeba kurtkę, śpiworek i takie tam. Jeśli plecak jest za ciężki to zamiast chodzi po górach i podziwiać widoczki to będziesz się męczyć koleżanko i kolego. Ile to dobrze? Nie wiem. Nie powiem. Spróbuj wsadzić sprzęt w plecak i pochodzić po domu przez kilka minut. Jak jest za dużo to sobie odpuść. Zmień trasę, podziel się inaczej z partnerem, sprawdź czy aby na pewno warto mieć 10 konserw. Może wystarczy 5 i kilka paczek jedzenia w proszku? Czy na pewno 5 litrów wody na głowę to dobry pomysł? W niskich górach, strumienie są co kilka kroków, może wystarczą tylko dwa?

Wiem. Jeśli tak jak ja idziesz na kilka dni i jest niewiele opcji ucieczki w stronę cywilizacji to cóż. Jest różnie. Zwykle potrzeba tego czego nie ma akurat w plecaku. Z drugiej strony. Wszystko z głową. Lepiej iść przez dwa dni w tej samej bluzie niż nosić 3 kg za dużo.

Co do plecaka to mocno indywidualna kwestia. Ja chodzę z czymś na kształt Extreme Inca o wielkości 60l. Mojego modelu nie potrafię odszukać więc dla dociekliwych wrzucam zdjęcie. Plecak nie jest oczywiście idealny. Lepszy by był, gdyby miał trochę więcej zaczepów na karabinki, inny komin tak, żeby dało się wrzucić pod klapę np. namiot. Ramiona mogły by być też wygodniejsze do noszenia, szczególnie na wysokości łopatek, gdzie po prostu wpijają się w ciało.

Co jest jednak najważniejsze w noszeniu czegokolwiek na plecach? To, żeby był wygodny. Leżał grzecznie na tyłku, a nie na krzyżu, żeby właśnie nie wpijał się w ciało. Istotne jest też to, żeby miał możliwość przyczepienia czegokolwiek do siebie. Tak, tak. Przecież nikt normalny nie wsadza namiotu do głównej komory, nie nosi się też tak śpiwora, dodatkowe buty lepiej trzymać poza miejscem, gdzie są czyste ubrania. Takie pierdoły, a jednak bardzo ważne. Każde miejsce na karabińczyk jest na wagę złota.

2.      Namiot

Nie będę tutaj mocno kombinować. Namiot ma mieć 3 cechy. Nie mniej i nie więcej. Cała reszta to zbędne bajery. Mi jest potrzebne miejsce do spania na dwie-trzy noce. Nie więcej. Nie będę w nim mieszkać przez tydzień.

Waga jest szalenie istotna. Potwory po 4-5 kg to zabójstwo. Chyba, że idzie się w 3-4 osoby to jeszcze da radę. Ja chodzę z takim ustrojstwem: ARPENAZ 2 FRESH&BLACK. Można dostać w dobrych cenach w Decathlonie. W momencie pisania tego tekstu to około 170 PLNów. Co w nim jest takiego fajnego? W zasadzie jest po prostu mniej więcej tym co mi było potrzebne. Waży ok 2,5 kg. Tyle.

Wodoodporność to kolejna cecha, niezbędna w przypadku namiotu. Ten, który ja mam jest w zasadzie dobrym rozwiązaniem. Jak się dobrze ponaciąga to wytrzymuje gradobicie, burzę i inne złe sytuacje. Tu też filozofia jest taka sobie. Po prostu trzeba poczytać trochę opinii, popytać znajomych i tyle. Ten tekst to średnia reklama ale ważne, żeby sobie ktoś nie pomyślał. Namiocik się sprawdza, po prostu.

Kolejna ważna cecha to prostota. Nie robię sobie teraz jaj. Widziałem namioty, których rozstawianie bez instrukcji jest trudne. Jeśli bierzesz namiot na tydzień na kemping to możesz sobie go budować pół dnia. Spoko. Ale w górach? Napierdala deszczem, znalazłeś kawałek trawy, żeby się robić. Trzeba to zrobić szybko, na tyle, żeby sypialnia nie zajęła się wodą. To takie prozaiczne rzeczy są. Na całe szczęście większość namiotów ma tylko dwa badyle i kilka sznurków. Takie trzeba brać.

Od razu dobra rada. Zawsze, ale to zawsze brakuje szpilek. Nie wiem jak to jest liczone. Zawsze braknie. Tak też jeśli idziesz w góry z namiotem to lepiej miej ze sobą kilka dodatkowych szpilek, tak na wszelki.

3.      Spanie ciąg dalszy

Mamy już namiocik i plecak. Teraz o spaniu. Na szlakach są porozstawiane co jakiś czas pola namiotowe. Można tam się przespać za grosze, nawet prysznic może będzie albo wrzątek. Bogactwo jak na górskie warunki 😉 Co ważne to w górach w zasadzie nie powinno się obozować. Też jestem tego zwolennikiem, szczególnie jak ostatnio schodziłem na Krowiarki. To jednak jest park narodowy, po mimo wszystko jak już wypijesz chamie piwo to może znieś puszkę. Po prostu.

Co do spania na dziko to jest kilka rozwiązań. Najlepsze to spanie blisko wody. Dzięki temu można rano nabrać świeżej, zjeść coś, wypić ciepłe, nawet umyć się. Nie jest to oczywiście obowiązkowy element ale bardzo miły.

Najważniejsze jednak jest to, żeby nie obozować w parkach narodowych, ścisłych rezerwatach itd. Po prostu nie. Jeśli nie złamałeś nogi to nie śpij w parku narodowym. Te miejsca powinny być dzikie, nie ingerujmy, patrzmy z daleka.

A co z innymi lokalizacjami? Zgodnie z prawem to nie za bardzo można, poza miejscami wyznaczonymi lub jeśli mamy zgodę. Oczywiście o zgodę zakładam, że nikt nie prosi, a miejsca wyznaczone nie zawsze są w zasięgu. Co wtedy?

Trzeba poszukać polanki. Takiej po prostu. Kawałka trawy, najlepiej troszkę na uboczu, żebyśmy nie byli zbyt widoczni. Zdecydowanie odradzam palenie ognia. Tu nawet nie chodzi o to, że ktoś zobaczy i mandat będzie. Nie, nie. To nie o to chodzi. Niech się coś podpali. Mało mamy tych lasów jednak, gór jeszcze mniej. Dbajmy o to do jasnej cholery.

No to jesteśmy rozbici, mamy nawet wodę. Potrzebujemy jeszcze jakąś matę i śpiworek. Zdecydowanie polecam mieć śpiwór odpowiedni do pogody. Jak ma być 0 stopni w nocy to miej śpiwór na 0 stopni, ale nie zabieraj go na wycieczki kiedy będzie w nocy 15 stopni. Trochę ta technika poszła do przodu i można dorwać kilka fajnych rzeczy dostosowanych do warunków. Warto skorzystać z tego. Jeśli nie masz, to też się nie zabijaj. Ważne, żeby mieć cokolwiek.

4.      Jeść!

Na razie nie będę pisać o tym co jeść ale jak.

Odkryłem kilka rzeczy, które pomagają mi zachować w miarę zdrowy tryb żywienia poza cywilizacją i jednocześnie nie zajmują nie wiadomo ile miejsca w plecaku. No i to wszystko jest jednak lekkie.

Po pierwsze kuchnia . Ja korzystam z takiego wynalazku. Jednocześnie reklamuję stronę. Jest to ciekawy sklep. Warto zapamiętać ich i co jakiś czas rzucić okiem.

Kuchnia ta to w zasadzie kawałek blaszki połączonej za pomocą nitów. Cała filozofia. W parze z nią dochodzą kostki z paliwem stałym (również można kupić w tym sklepie). Tu się zaczyna magia. Cały zestaw to jakieś dwie talie kart. Tak też malutki. Waga? Kilkaset gram. Same ideały.

Jedna kostka stałego paliwa (14g) to litr wrzątku w około 5 minut. Wystarczy postawić garnuszek, zakryć, zagotować i jest. Same kostki to chemia w czystej postaci, podobno bezpieczna. Substancją czynną jest Hexamethylenetetramina i co by to nie oznaczało, to najważniejsze jest, że działa. Nie iskrzy, nie topi się, nie wybuchnie. Po prostu spali się do końca. Nawet jak by na to ustrojstwo wiało lub padało to będzie ok. takie magiczne kosteczki. Zwykle paczki 6×14 g kosztują około 15 PLNów. Można też kupić taniej. W najbliższym czasie będę testował inne rozwiązania. Paliwo żelowe, kostki innych producentów niż ESBIT. Dam znać.

Co jeszcze?

Manierka wojskowa. Taka, w której można gotować. Podstawa, bo jak już jest ogień to trzeba też mieć w czym grzać. Nie podlega ten temat dyskusji. Trzeba mieć. Najlepiej pchać do środka jakieś pierdoły. Nie walają się po plecaku i pozwalają wykorzystać pustą przestrzeń gara. Co ważne to taka manierka musi mieć możliwość bycia garnkiem. Powinna mieć uchwyt oddalony od samego zbiornika. Inaczej gotowanie będzie nie wygodne, łapy spalone. Naprawdę nie warto.

5.      Inne duperele

To sekcja, gdzie będzie o tym co trzeba mieć i dlaczego nie warto bez tego wychodzić. Dobra w zasadzie nie można!

Mapa. Niech mi nikt tutaj nie gada, że są telefony i one wszystko mają. Nie prawda. Telefon jest fajny w mieście. Można sobie zrobić fotkę i jest spoko. Nie w górach. Wbijcie sobie do głowy, że telefony w górach nie działają. Po prostu. Zasięg się gubi, baterie rozładowują. Nawet mój niemalże niezniszczalny telefon nie zawsze sobie daje radę. Bo co zabieram w góry? Nie iPhona. Zabieram to. To urządzenie ma wytrzymać nawet dwa dni bez ładowania. Mieć mocną obudowę i na tyle mocy pod maską, żeby dać sobie radę z mapą turystyczną. Nic więcej od niego nie chcę. Ale nawet, po mino tego, że mam pancerny telefon i powerbanki to mam mapę. Korzystam tylko z niej. Oczywiście jeśli trzeba to w parze z kompasem. Te rzeczy się nie zepsują, nie padnie im bateria, nie zgubią zasięgu. Mapa oczywiście jeśli jest laminowana to już w ogóle super.

Potem latarki i baterie. Tutaj tak samo jak z telefonem, który ma latarkę. W dupę sobie wsadź ten telefon. Latarka ma być na głowie i w ręce. W plecaku baterie wystarczające do zasilenia małej wioski w Afryce. Nigdy nie wiesz co się za chwilę stanie. Może zrobisz sobie zbyt długi postój i nie wycelujesz do schroniska? Skąd wiesz? Trzeba mieć latarkę i basta. Bez tego nawet nie ruszaj. Nawet jeśli wycieczka ma trwać jeden dzień. Trzeba mieć.

Nóż i sznurek. Niby niepozorny zestaw. Jednak bez kawałka sznurka i noża możesz być w dupie. Niech Ci się zepsuje plecak, zerwie linka z namiotu? Co wtedy? Trzeba coś przeciąć, czym to zrobisz? Zębami? Trzeba mieć ze sobą takie rzeczy. Nie wiem czy ktokolwiek kto mnie czyta musi być do tego przekonywany. Po prostu nie ma przebacz.

Jeszcze takie kilka śmiesznych rzeczy. Pierdołek. Czapka! Głowa w górach jest od tego, żeby nosić czapkę. Nie czarujmy się. Temperatura się zmienia. Grzeje w łeb. Trzeba nosić coś na nim.

Spray na robactwo. Bo pogryziony człowiek to wkurwiony człowiek.

Panthenol i mleczko do opalania. Słońce jeszcze raz. Trzeba uważać.

6.      Apteczka

W sumie powinno to być wcześniej, a w zasadzie na samej górze. Dobrze niech będzie na końcu. Apteczka to jedna z najważniejszych rzeczy jakie masz ze sobą w górach. Nie żartuję. Wszelakiej maści obtarcia, skaleczenia. To wszystko się dzieje. Nie ma co się okłamywać, że mnie to nie spotka. Wystarczy, ze krzywo staniesz. Otrzesz się o nie ten krzak. I co potem? Krwawiąca rana i jakieś dziadostwo złapiesz? Trzeba oczyścić i nałożyć opatrunek. Zimno w nocy, a ty jesteś w dupie? Koc NRC. Obtarte stopy bo jednak buty do dupy? Bandaż. No i talk. Stopy trzeba talkiem traktować. Nie ma zmiłuj.

Myślisz, że idziesz tylko na jeden dzień i będzie spoko. Wariat jesteś. Siedź lepiej w domu. Apteczkę zabierasz to po, żeby nigdy z niej nie skorzystać. Tak samo jak nauka pierwszej pomocy. Uczysz się tylko i wyłącznie po to, żeby przez całe życie nie musieć z tego korzystać. Nigdy.

Co jeszcze w apteczce? No na pewno leki. Jak ktoś coś łyka ciągle to w górach nagle hormony nie będą lepiej działać. Nie będzie miał lepszego krążenia. Nie licz na to. Co jeszcze? Można zabrać coś na gorączkę, może się przydać. Węgiel! Myślisz, że w górach to jest tak pięknie i kibel co kilka metrów? Jak Cię sraczka dopadnie w połowie szlaku toś chłopie jest w piekle. Można przesiedzieć pół dnia w krzakach. Witaminy wylatują niezbyt szlachetną stroną. Nie dobrze.

Co ja jeszcze biorę? Witaminy. Jakiś kompleks. W końcu jem tak średnio w tym czasie i warto coś ze sobą mieć. Ostatecznie jesteśmy poddawani, szczególnie my z miasta, jednak warunkom, których na co dzień nie mamy. Wieje, pada, zimno jest. Panie kolego i Pani koleżanko. To tylko kilka gramów, a jak człowiek łyknie to jest trochę lepiej.

Co w apteczce? Na pewno kilka bandaży, opatrunki jałowe, plaster w rolce (taki bez gazy). Bandaże zarówno zwykłe jak i elastyczne, różnej szerokości. Trzeba po prostu być przygotowanym na zwykłe otarcie, ale też na złamanie nogi. Nie żartuję. Warto też pomyśleć o odkażaniu ran. Ja mam zawsze ze sobą zwykłe szare mydło. Tak Biały Jeleń. Najlepszy na świecie. Nie jest to co prawda woda utleniona czy też jodyna, ale bez przesady, to ma być pierwsza pomoc. Najważniejsze to wyciągnąć z rany brud i dojść tam, gdzie ktoś udzieli nam pomocy.

Się rozpisałem. Dużo tego, a nie napisałem jeszcze o diecie. Zostawię to na potem. Jakieś rady, przemyślenia? Coś skopałem w tym tekście? Napisz w komentarzu.

 

 

 

Bajki robotów

Moi koledzy niemalże zza ścianki działowej, odpalili kilka dni temu AI. Na razie to takie głupiutkie jest. Rozpoznaje mowę. Potrafi reagować na kilka komend. Wykonuje prozaiczne zadania.

Głupia? Byście musieli widzieć proces uczenia. Jak tylko AI wyszła z pudełka to była jak małe dziecko. Potem nauczyła się mówić, następnie rozpoznawać intencje drugiej osoby, potem odpowiadać z coraz większym sensem.

AI mojego chlebodawcy nadal się uczy i będzie to proces niekończący. Nigdy nie dojdziemy do ściany. Możliwości jest na tyle dużo, że po prostu ścieżki neuronowe będą wypalane cały czas. Co ważne, AI nie będzie zapominać tego czego się nauczyła. Będzie dzięki temu sprawniejsza od człowieka. Przejmie kontrolę nad wieloma aspektami działania organizacji. Nawet jeśli teraz to nie jest celem to i tak się to stanie. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że za chwilę AI będzie asystować mi w analizie, pomagać szukać korelacji. Dlaczego by nie?

AI może stać się członkiem zarządu, usiąść w radzie i wspierać podejmowanie decyzji. Może, nawet samodzielnie je podejmować? Przecież AI nie potrzebuje czasu na napisanie e-maila. Ten wyśle się niejako w tle, tak jak byśmy skorzystali z naszej dłoni, żeby podrapać się po głowie. Wyobraźmy sobie mieć dostęp do responsywnej wersji Wikipedii, która będzie okraszona nie tylko rozumem ale też sercem, doświadczeniami, możliwością szybkiego ekstrapolowania. Kurczę. Piękne.

Tylko, że ja nie chcę teraz mówić o AI mojego chlebodawcy. Tej życzę jak najlepiej. Niech się rozwija. Może za rok wpadnę na urodziny, zjem ciastko. Pogadamy sobie. Będzie miło.

O pisaniu odnośnie AI nakłoniło mnie coś zgoła innego. Po pierwsze moje stare opowiadanie, które powstało jeszcze w czasach szkolnych. W zasadzie nie opowiadanie, ale krótka forma wypowiedzi. Taka rozprawka. Miałem napisać co można zrobić, żeby ludzie byli równi. W zasadzie jedynym rozwiązaniem jest sprowadzenie nas do jak najniższej roli, przy jednoczesnym zachowaniu niezbędnych swobód oraz poziomu życia. Czyli możemy podróżować, mamy jakiś system edukacji i leczenia, mamy co jeść. Jednocześnie dostajemy tyle ile nam potrzeba, ale do pewnego poziomu, którego przekroczyć nie możemy, żeby nie odebrać szansy innym. Wiem. Socjalizm.

Drugi temat to film, który zobaczyłem na LinkedIn. Opowieść o tym, że dzisiejsza kultura konsumpcyjna, szczególnie w Europie i USA, doprowadza do katastrof ekologicznych w Azji. Nie mówię tutaj o pierdołach w stylu wytrucia ula przez głupiego rolnika, który robił oprysk w dzień. Była u nas taka historia ostatnio, rolnicy się z gościa śmiali, bo głupio zrobił. Greenpeace rozkręcił aferkę oczywiście. Zapraszam tutaj: https://www.totylkoteoria.pl/2018/06/wymieranie-pszczol.html Łukasz, bardzo dobrze rozbroił temat na czynniki pierwsze.

Ale co z tą Azją, AI i moją młodzieńczą fantazją?

Jest pewna korelacja i to całkiem duża.

AI potrafi podejmować decyzje na podstawie zdobytych informacji. Potrafi też już teraz myśleć, a przynajmniej dawać wrażenie myślenia abstrakcyjnego. Obrazów jeszcze nie maluje. Chociaż. Uczą się. Coś tam już się powoli udaje zrobić. Potrafią działać odtwórczo z pewnymi własnymi odchyleniami. Czekam na to aż powiedzą nam kiedyś, że coś im się nie podoba. To będzie dopiero jazda. AI powie, że coś jest ładne lub brzydkie. Nie dlatego, że człowiek tak to zaprogramował. Sama stwierdziła, że coś jest brzydkie. Mózg mi chyba uszami wyskoczy.

Sztuczna inteligencja jest nam cholernie potrzebna. Nie tylko po to, żeby gaworzyć sobie z klientami w urzędach- choć to się dzieje, Japonia, UK, Hiszpania. AI ma być dla nas za chwilę trochę jak ojciec. Nie przesadzam. Aktualnie my ją uczymy w jaki sposób ma postępować, dajemy dostęp do wiedzy. Ale po coś. Chcemy, żeby AI za nas pracowała, poniekąd chcemy, żeby za nas myślała. Oczywiście na drugiej szali jest chociażby seria Terminator czy wizja stworzona przez (jeszcze wtedy) braci Wachowskich. W opozycji do tych katastrofalnych wizji mamy prawa Asimova, które pozwolę sobie przytoczyć w ślad za Wikipedią.

  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.

  2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.

  3. Robot musi chronić samego siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

 

Jak to się ma do przemysłu tekstylnego i ogólnej degradacji naszego poszanowania dla życia, będącego wprost skorelowanym zjawiskiem z rosnącym konsumpcjonizmem? Cholera, skomplikowane zdanie. Rozwalmy je na kawałki.

Żyjemy w erze przeludnienia. Możliwe, że tak nazwą ją kolejne pokolenia. Ludzi jest dużo. Na świecie jest względnie spokojnie. Zasobów na ziemi wystarczy jeszcze dla kilku pokoleń, chociaż prawdą jest, że żyjemy na kredyt i to mocno. Nie mówię o długu publicznym, ale o zasobowym. Potrzebujemy dużo. Żywności, wody, ubrań, elektroniki. To wszystko jest dla nas podstawą egzystencji. Tak. Piramida potrzeb Maslowa lekko się zmieniła. W podstawie powinno być dodane jeszcze Wi-Fi. Nie zmienia to faktu, że nadal te postawy są niezmienne. Musimy jeść. Musimy się ubrać. Potrzebujemy schronienia.

Przemysł tekstylny, ale i każdy inny. Przecież elektronika robi się też w Azji. Samochody. Zabawki. To wszystko dzieje się anegdotycznymi „małymi chińskimi rączkami”. Jednocześnie te działania zaczynają zabijać ekosystem regionu. Na chwilę spojrzę na konsumpcjonizm. Bardzo krytycznie.

Moim celem i każdego konsumenta jest mieć dużo, dobrego i taniego towaru. Tak jak z budowlanką, można wybrać dwie z tych rzeczy. Zatem, kupujemy spodnie. Idziemy do sklepu, na który nas stać i kupujemy. Zwykle, jeśli na niezbyt dużo nas stać to kupujemy towar o najlepszej jakości z danego przedziału cenowego. Powiedzmy, że chcemy dać stówę na spodnie. Idziemy do sklepu, kupujemy, nosimy i jesteśmy zadowoleni. Po drodze te spodnie przeszły przez kilkadziesiąt rąk. Każdy musiał na nich zarobić. Każdy to znaczy: szwaczka, producent materiałów, dostawca, sklep, magazyn, sprzedawca i cholera wie, ile jeszcze osób. My daliśmy stówę. Ile może wynosić w takim razie wartość produkcji tego produktu? Tak, żeby na każdym kroku ktoś zarobił. Powiedzmy, że kilka PLNów. Koszt materiału, człowieka, maszyn. Tyle. Tak przykład trywialny, ale oddający to co się dzieje. Jaka jest różnica między kupowaniem spodni od chińczyka, a takich od Hilfiger`a? Żadna. Różnicą jest metka i końcowa marża dystrybutora. Niczym nie różni się produkcja pary spodni przeznaczonej na sprzedaż za stówę od tych za 1000 PLNów. Bo i dlaczego miała by się różnić?

Co w tym złego? Otóż mamy z jednej strony trywialne oszczędzanie na ludziach. Skurwysyństwo najwyższych lotów. Nie płaci taki gnojek ubezpieczeń, nie dba o bezpieczeństwo. Złe to jest. Z drugiej strony oszczędności na materiałach, jakości procesu produkcji. Przecież nie bez powodu koszulki z butelek PET są tanie. Trują wszystko dookoła na etapie wytwarzania ale kosztują grosze. Składowanie odpadów? Wrzucić do oceanu, przecież jest tam sporo miesjca i nikt nie widzi. Toksyny? Do rzeki! Pozyskanie surwca? Walić ilość syfu wprowadzanego do atmosfery, ważne, żeby koszt był niższy o te 10 centów na kilogramie.

Więc już wiemy, jak działa świat. Mamy pazerne korporacje i skąpych klientów.

Po co nam w takim razie AI?

Moja wizja, będąca dla otwartych umysłów zapewne czymś pięknym i strasznym jednocześnie, sprowadza ludzkość do bycia poniekąd niewolnikami. Wszak będziemy mieli wtedy też po równo.

Dlaczego to jest nieuniknione?

Człowiek z natury chce mieć. Jesteśmy w jakimś stopniu tak skonstruowani, że lubimy mieć rzeczy. Gromadzimy kasę. Dymamy słabszych. Wiecie, jak to jest. Nie wiecie? Niech manager, który to czyta spojrzy na zadania swojego pracownika, a potem porówna swoją i jego pensję. Niech pracownik popatrzy na to, ile kosztuje na rynku jego produkt vs to, ile on na nim zarabia. Nie jesteśmy chciwi? Oczywiście, że tak. Taka nasza natura. Jesteśmy chciwi i wykorzystujemy innych. Ile osób z korporacji, która dotarła aż tutaj, kiedykolwiek wybiła się na cudzych plecach? Podpierdoliła czyjś pomysł i poszła do dyrektora, że ma taki super plan? Zróbmy sobie rachunek sumienia.

Dobra, znowu odbiegam, od tematu.

Rolą AI w świecie idealnym nie jest wspieranie człowieka. Jej rola to przejęcie procesu decyzyjnego. Sztuczna inteligencja, kierująca się prawami Asimova ma być kimś na kształt opiekującego się nami ojca. Nie żartuję. Do tego to dąży. Jeśli Ci się nie podoba to na Syberii jest jeszcze sporo miejsca. Można tam uciekać.

AI mająca dostęp do wszystkich niezbędnych informacji, będzie w stanie podjąć decyzję nieobarczoną chęcią zysku. Nie dojdzie do wniosku, że warto zatruć region, w którym mieszka kilkaset osób, po to, żeby wyprodukować jeansy. Bo dlaczego miała by to zrobić? Przecież to nie ma najmniejszego sensu. AI podjęła by decyzję bezpieczną dla wszystkich i jednocześnie pozwalającą zapewnić ludziom odpowiedni dostęp do dóbr. Była by w stanie jednocześnie przejąć kontrolę nad każdym aspektem naszego życia. Dbała by o nasze zdrowie. Uczyła. Karmiła. Wykorzystała by roboty, żeby uprawiać rolę, produkować energię, wydobywać surowce, produkować przedmioty codziennego użytku. Bajka.

Wiecie co. Piszę ten tekst popijając poranną kawę przy jednoczesnym głaskaniu siedzącego na kolanach kota. Pan Pudding jest przykładem szczęśliwego kota. Głaskany, karmiony, leczony. Ma legowiska rozsiane po całym domu. Tylko z tego domu wyjść nie może. W pewien sposób jest niewolnikiem. Ma wszystko czego mu potrzeba do szczęścia. Jednocześnie nigdy nie spytałem się go czy nie wolał by żyć sobie gdzieś w piwnicy i polować na szczury. Niby jest wszystko ok. Z drugiej strony może on tylko czeka na moment, żeby niepostrzeżenie zjeść fiolkę z cyjankiem i zakończyć swój niewolniczy żywot? Ani trochę nie żartuję.

Jedną z możliwości opanowania naszego świata jest odcięcie się od wielu zbędnych potrzeb. Doskonale o tym wiemy i naszą wiedzę w tym temacie wykorzystują te złe korporacje. Z drugiej strony czy, aby na pewno chcemy być niewolnikami we własnym domu? Może nie będzie to Terminator, raczej Matrix.

Podsumowując moją przydługą wypowiedź. Stwierdzam, że złoty środek nie istnieje. Możliwych scenariuszy jest wiele i w zasadzie sprowadzają się do tego, że się wybijemy nawzajem, zostaniemy niewolnikami lub zmądrzejemy. Tego ostatniego nam życzę.

Andromeda czyli jak nie wyszło

Jest coś fascynującego w byciu ignorantem w kontekście aktualnych zjawisk kulturalnych. Jakoś nie interesują mnie takie rzeczy jak to co teraz leci w radio, czy nie odbywają się przypadkiem jakieś ważne eventy sportowe, a już zupełnie nie śledzę premier kinowych. To ostatnie się na mnie mści. Kingsman, którego obejrzałem z Patrycją dwa lata po premierze i to przez przypadek. Jeden z najlepszych filmów stworzony na podstawie komiksów uciekł nam bo akurat wychodził w okolicy premiery Greya.

Mści się to jak cholera.

Pozwala mi za to nie myśleć o wielu rzeczach dla mnie zbędnych. Nie stosowałem matematyki piłkarskiej bo olałem mecze mundialu. O rezultacie dowiedziałem się post factum. W sumie jak już nie mieliśmy matematycznych szans. Jakoś wolałem siedzieć w tym czasie z Puddingiem na kolanach i przeglądać bardzie wyspecjalizowane fragmenty internetu.

No i dochodzimy do punktu, gdzie moja wypowiedź zacznie być rozsądna.

Przegapiłem od cholery premier growych, które w zasadzie powinny mnie interesować. Powody były różne. Jak już kiedyś pisałem. Jestem uczulony na premiery, bo różnie z tym bywa. Z drugiej strony dostępność czasu. Cóż praca to jednak te prawie 10 godzin dziennie. Jeszcze kilka lat temu, może bym wracał do domu i nie zastanawiał się co na kolację ale siadał przed konsolą. Fakt, też mi się tak zdarza ale bez przesady. Jednak wolę jeść.

Jednak 3-4 lata na podejście do kolejnej części serii, która wywarła na mnie ogromne wrażenie? Trochę dużo jak by nie było.

No to usiadłem do Mass Effect: Andromeda. Dobra, rok po premierze. Tylko, że. Ale, ale. Po poprzednie części biegałem z wywalonym jęzorem i stałem w kolejce, żeby dorwać premierowe wydanie.

Co to się stało?

Naczytałem się recenzji. Zobaczyłem co kolega Quaz naopowiadał. Może nie kolega, bo się w sumie nie znamy ale mądry gość. Polecam zajrzeć o tutaj.

Gwałt na marce. Tak można powiedzieć. Z resztą aktualna cena mówi wiele. Jak na tytuł AAA i trochę ponad rok od premiery to możliwość dostania legalnej kopii za jakieś 40 PLNów to przecież śmiech na sali. Zobaczcie sobie ile kosztuje GTA V lub Cywilizacja VI. Nowe to produkcje? Nie. Trzymają cenę? Jak cholera.

Co w takim razie nie wypaliło?

Na wstępnie zaznaczam, że mam za sobą kilkanaście godzin, raczej powolnej zabawy. Przejechałem się trochę samochodzikiem. Pobawiłem w strzelanie. Wbiłem jakiś 6 poziom. No i dostałem bądź co bądź dostęp do części mechanik udostępnianych przez produkcję.

Nie pasuje mi wszystko.

Serio. Kolejna gra, w której wszystko mi nie pasuje. Dlaczego? Bo jest cholerną zrzynką. Najzwyklejszą kradzieżą pomysłów.

Walka? Nudna jak cholera. (Osłona + piącha/staza + cały magazynek w przeciwnika) x N. Cała walka to powtarzalne sekwencje. Można było wrzucić trochę skryptów. Może więcej otoczenia do dewastacji niż jakieś czerwone beczki? Cokolwiek. Walka się nudzi, a jeśli w grze opartej na walce ta się nudzi to kuźwa coś jest nie tak. Bo ta gra to TPS. Nie ma się co oszukiwać. Cała fabuła, płytka jak Wisła dwa lata temu to tylko pretekst, żeby sobie postrzelać w sposób drewniany, pozbawiony emocji i po prostu nudny.

Może fabuła? Myk jest ciekawy. Uciekamy z Drogi Mlecznej i lecimy sobie do Andromedy tam szukać szczęścia. No i przy tej całej technologii, w którą opakowano Inicjatywę Andromeda. Przy tym, że zamrożono ludzi na kilkaset lat i w ogóle z rozmachem to zrobiono. To nikt nie wpadł na pomysł, żeby co jakiś czas sprawdzić czy oni to w ogóle mają co po lecieć. Jakie to jest naiwne. 700 lat lecieli. Coś tam se posprawdzali. I ruszyli. No i przecież ten cały nowy świat będzie na nich czekać. Nic tam się nie zadzieje w międzyczasie. No to się zdziwili ludziki. Planety, na które trafili się popsuły. Tak cała fabuła opiera się na tym, że nikt nie przewidział, żeby może zmienić kurs i jeśli ich wymarzony nowy dom okaże się dziadostwem to polecieć w inne miejsce. Cała fabuła oparta na pomyłce.

No i co dostajemy? No oczywiście przez przypadek stajemy się najważniejszą postacią w całej inicjatywie. Od razu decydujemy o wszystkim. Mieszają nas w politykę. Wiecie jak to jest. W milionera z kundla w 15 minut, parafrazując Art-B. Naiwne to jak cholera. Jeszcze jakiś bunt bo się chłopaki i dziewczyny nie dogadali. Dajcie żyć. Takie to naiwne. Już Inkwizycja miała rozsądniejszą fabułę. Jednak tym Inkwizytorem zostawaliśmy po jakimś czasie. Chwilunię to trwało.

Grafika? Nie! Proszę. To jest AAA? Widzieliście Horizon: Zero Dawn? Albo grę za naście złotych z serii Play Link- Hidden agenda. Proszę. Tam jest grafiki. Ja wiem, że nie może być zawsze idealnie. Ale! Chociaż animację twarzy można było zrobić lepiej. Przecież będę tą nieskładną papkę oglądać w każdym przerywniku dialogowym. W każdym do końca gry będę oglądał brak synchronizacji z dialogami, ohydne drewno i po prostu brzydotę. Najzwyczajniej w świecie. Szkoda.

Crafting? Już mnie wkurza. Od samego początku. Chciałbym mieć nową pukawkę. Spoko. Najpierw skanuj jakieś pierdoły, żeby zdobyć punkty potrzebne na wynalezienie schematu. Potem pozbieraj surowce, żeby zrobić broń, a na końcu stwierdź, że jest do dupy. Po co ten crafting? Powiem Wam. Jak się nie ma pomysłu na fabułę i rozgrywkę ale trzeba napisać, że gra jest na 100 godzin to się wrzuca zapychacze. Takie durne zapychanie rozgrywki tylko po to, żeby sprawiała wrażenie dłuższej. Gdzie tak było? Wszędzie. Do cholery w każdej produkcji AAA tak jest. No może oprócz GTA V. Tam dodatkowe akcje są dodatkowe. Możesz ale nie musisz. A taki Thief? Pamiętacie te animacje sięgania łapą do każdej szufladki? 1-2 sekundy x pierdyliard kradzionych monet i innych utensyliów kuchennych. Tak się wydłuża tanim kosztem rozgrywkę.

Marudzę na ten crafting. Mogę. Wkurza mnie. Gdzie był dobry ktoś się może spyta jak już tak marudzisz. Był w Doomie, w Tomb Raider i w Minecraft. W dwóch pierwszych była naturalną konsekwencją rozgrywki. Im dalej w las tym jesteśmy lepsi, a w zasadzie dobrze by było, bo dookoła coraz to więcej tałatajstwa. A Minecrat? Tam crafting to trzon zabawy. Bez tego ta gra nie miała by sensu więc on tam po prostu jest. Musi być. Co nie oznacza, że jest zły. Jest fajny. Zrobiono go z głową. Cała zabawa to tworzenie, po prostu.

Dobra, a może crafting w cRPG jakiś fajny był? Był. W Fallout 4, w Wieśku, nawet w Inkwizycji. Był opcjonalny, bardzo, z resztą w Andromedzie też jest. W Fallout 4 był zabawą w to jak możemy najgłupiej poskładać kilka rzeczy, żeby wyszedł helikopter. Może sobie zbudujemy bocianie gniazdo z karabinkiem do obrony osady? Proszę bardzo. Wiesiek? Tam crafting był elementem dobrych questów. Produkowało się różne wywary po to, żeby ubić potwory -bo Geralt właśnie tak walczy- sprzęt był opcjonalny ale jak chcieliśmy zrobić zadania z rynsztunkiem wiedźmińskim to się je robiło i było fajnie. A co z Inkwizycją? Tam główną cechą craftingu było przetwarzanie ingrediencji pozyskanych ze smoków. Tylko to miało sens. No i ubicie takiego smoka to trudna zabawa była więc nowy pancerz był jak najbardziej spoko.

Dobra. Fabuła do dupy, walka słaba, grafika też, crafting? No cóż. Co zostaje. A wiem. Rozwój postaci!

Dobra tutaj podoba mi się jedna rzecz. Możemy dzięki prostemu zabiegowi fabularnego w zasadzie w dowolny sposób zmieniać profesję. Możemy? Możemy. To jest akurat spoko. Mamy bardzo fajny dostęp do wszystkich możliwych perków, możemy sobie zbudować co tam chcemy i jakoś szczególnie nie interesować się ograniczeniami. Tutaj jednak się przyczepię. Jest tego za dużo. Po prostu. Dostajemy do łapy całe drzewko. Nie, nawet nie drzewko. Cały ten śmietnik dostajemy na raz do ręki i możemy sobie robić co chcemy. Kurde. Tak się już nie robi cRPGów. Od dawna się tego tak nie robi. Weź siedź trzy metry od pierdyliard calowego telewizora i spróbuj przeczytać te maleńkie opisy umiejętności. To się przecież nie da tak. Kto na to wpadł? Nawet rozwój postaci skopali. Niby jest progresja. No jest. Tylko, że za cholerę nie rozumiem tego pomysłu z wrzucaniem gracza od razu na głęboką wodę. Po prostu nie kumam. Jakiś setup? Cokolwiek?

Czas podsumować bo mi tu pokazuje Word, że już mam z 1300 słów.

Czy polecę produkcję komukolwiek? Nie. Serio. Nie. Szkoda kasy. Szkoda czasu. Nerwy są jednak coś warte. Wiecie jak to jest. Fajna promocja, kupię i zagram może kiedyś. Nie! Nie rób tego. Nie ma sensu. Ani to Mass Effect dobry nie jest. Z cRPG ma to wspólnego tyle, że się jakieś punkty daje i można jakiś wyborów w fabule dokonywać. Grafika słaba. Po prostu. Strzelanie? Z dupy. Zdecydowanie z dupy. Nie ma frajdy. Wiecie, gdzie się dobrze strzela? W Titanfall 2. Tam się dobrze strzela.

Po prostu odpuść sobie. Lepiej sobie kup Inkwizycję. Może nie Sci-Fi ale lepiej zrobione.

Serio. Nie grajcie w to.

Dzieciaki do kodu!

Wiecie jak to jest ze szwagrem? Dom można zbudować? Można! Z auta zrobić helikopter? A jak! I do tego machnąć sobie flaszkę albo dwie.

W zasadzie ja mam podobnie. Jedyny kłopot, który posiadam to to, że mój szwagier ma właśnie 12 lat. Czyli zamiast domu to raczej namiot. Za to samochody i helikoptery możemy budować dzięki uprzejmości marki Lego i popijać lemoniadą.

Taki skutek tego, że szwagier prawie mógłby być moim dzieckiem, dobra mógłby. Gdybym się te 13 lat temu uprał to prawie na legalu mógłbym mieć takiego kajtka w domu 😉

Chłopak nie mieszka w dużym mieście, dostępność części form edukacji jest mocno ograniczona. Internet taki sobie. Wszyscy się starają jak mogą. Różnie z tym bywa. Z resztą nie ma się co dziwić. Czy ktoś pojechał kiedyś na wioskę uczyć miejscowych tego jak korzystać z internetu, jak programować czy co to to jest blockchain? Ta… W dupie to mamy, my wielkomiejscy ludzie, mający wszystko pod ręką. Szybki internet, kursy na zawołanie, dobre szkoły. Kurwa, my mamy nawet pod ręką specjalistyczne księgarnie. Głupie Empiki. A taki młody chłopak z mniejszej mieściny to albo kupi mu ktoś przez internet jak się zna, pokaże może? Zwykle to nie. Jak się fartem uda zrobić jakiś kurs w szkole albo mały konkurs to cud. Bo nauczycielowi musi się chcieć siedzieć w pracy, potem w polu robić i na koniec jeszcze poszukać czegoś fajnego dla dzieciaków.

Nie winię rodziców, nauczycieli czy rodzeństwa. Na pewno winię system edukacji, bo ma równać szanse. Nie prawda. Nie równa. Nie tworzy przestrzeni do rozwoju dla dzieciaków z małych miejscowości. Winię też nas wszystkich, którzy olewamy rodzinę ze wsi. Bo dzieciak i tak będzie świnie pasł. Nie prawda. Trzeba pokazać trochę więcej niż Youtube i gry z kosza.

Wracając do meritum.

Szwagier wpada co wakacje na chwile do stolycy sobie pozwiedzać. Zobaczy lotnisko, pospaceruje po Starym Mieście, wpadnie do Łazienek. Jak to kilkulatek. Nic mądrego nie wymyśli. Pójdzie gdzie zabiorą. Może trochę pomarudzi, że mu się nie chce łazić albo loda by zjadł.

No to wieczorkiem siedzieliśmy na kwadracie. Mały grał na konsoli, a ja grzebałem się w kodzie ucząc się Javy. Obiektowy język. Szczerze mówiąc to skomplikowany. Jak każdy język, który jest obiektowy. Trzeba zmienić sposób myślenia na obiektowy i tyle. Jak człowiek na co dzień bawi się strukturalnymi językami to na starość się mści.

No i siedzę i rozwalam temat wyjątków czy innych dziadostw. Myślę, testuję, rzucam mięsem na lewo i prawo. Mały zamiast walczyć o dobro wirtualnego świata w Minecraft, to się gapi przez ramię.

– Co to? – się pyta

– Java, taki język programowania- mu odpowiadam

– A co to robi? -wskazuje paluchem na klasę Dupa i jej konstruktor

– No, tu się robi obiekt. Wiesz takie coś co się potem używa w programie- jak się głupoty wpisuje w kod to trzeba się tłumaczyć potem

– Ale to jest dupa-  się cieszy głupi- weź mi pokaż co się z tym robi. Już mi się granie znudziło.

Początkowo nieufnie zacząłem małemu tłumaczyć jak obiekty działają. Co to są te magiczne Klasy i metody, trochęOTymJakSięCameląPisze. Takie tam pierdoły. Myślałem, że chłopak oleje temat, zaśnie i jutro zapomni.

No to wstał i się pyta czy go poduczę.

Przesiedzieliśmy kilka wieczorów i coś mu tam pokazałem. Trochę sam porobił. W sumie tyle.

Kilka tygodni później chłopak zaczął do mnie wydzwaniać, że się zaciął i pomocy potrzebuje.

Okazało się, że zamiast jak normalny dzieciak w jego wieku za piłką ganiać albo siedzieć w grach to ten sobie wieczorkami siadał przy kompilatorze i testował. Bez przesady, że tak codziennie. Jednak. Któremu 11sto latkowi się chciało by czytać komunikaty kompilatora?

Tak minęły dwa lata. W międzyczasie dostał ode mnie w prezencie taką małą lekturą w prezencie. Java. Rusz głową! Wydawnictwa O’reilly (swoją drogą dobre lektury dla osób technicznych). Myślałem, że stówa w błoto. Bzdura. Siedzi, czyta, próbuje. Wywali się co jakiś czas. Poszuka dalej. Zadzwoni i zapyta.

Wiecie co?

Patrzę na to jak ja zaczynałem. Też nie było sieci. Miałem pod ręką tylko pomoc aplikacji i to offline. Książek nie było. Niby to samo.

Teraz jednak przepaść jest większa. Jednak „miastowi” mają łatwiej.

Koniec marudzenia. Młody niewiele poszedł do przodu przez te dwa lata. Potrafi naskrobać klasę czy dwie. Kilka metod. Popatrzy sobie jak pętle biegają czy IFy działają. Integracji z API nie pierdzielnie. Nie zrobi jakiś wywijasów z wektorami czy innymi dziwactwami. Serwera nie postawi. Ale co z tego? Pokażcie mi statystycznego dorosłego. Jaką ma wiedzę techniczną? Pocztę na WP założy. Fejsa obsłuży. Playlistę na Spotify zrobi.

Szwagier rozumie paradygmat programowania obiektowego. Coś co mi zajęło kilka tygodni. Siedziałem i się zastanawiałem jakim cudem to może działać, bo po prostu tego nie kumałem. Ten sobie siada i rozumie. Nie walnie regułki akademickiej. Nie potrafi tego tak ubrać w słowa. Ale rozumie. Dzieci są niesamowite. Przecież to jest oczywiste, że jak masz obiekt Pies to on może szczekac(), merdacOgonem() i jesc(). No jasne. Co ty Wojtek nie rozumiesz?

Te wszystkie ograniczenia. Brak wiedzy matematycznej. Brak znajomości języka. Słabe łącze. Niezbyt szybki komputer. Te wszystkie pierdoły, które nas, dorosłych, wielkomiejskich ludzików zniechęcają do podjęcia działań. Tak. O nas mówię. Niech pierwszy kamień rzuci ten kto biega wieczorami. Nie, nie, nie. Spokojnie. Nie piję do tego, że biegasz. Nie o to chodzi. Biegaj sobie. Ilu z nas najpierw pobiegło po buty z amortyzacją rodem z filmów Sci-Fi i sprawdzało czy Edomondo na obranej trasie nie narysuje przypadkiem męskiego przyrodzenia, bo głupio będzie na fejsa wrzucić.

Wiecie co. Szwagier będzie dla mnie najlepszym przykładem tego, że można zacząć od niczego, po prostu chcieć i zasuwać, żeby do tego dojść. Nie potrzeba butów Nike, żeby dwa razy wybrać się na trucht, wypluć płuca i rzucić je do szafy. Wystarczy mieć w ręce pasję, podstawowe narzędzia i chęci. Można pobierać kompilator pół godziny, można nie rozumieć jego komunikatów o błędach, można nawet nie wiedzieć jak działają funkcje, żeby z nich korzystać. Coś w tym jest. Couchingowo mówiąc. Ograniczenia są u nas pod kopułą. Nie na stopach.

Po prostu trzeba chcieć.

Microsoft Power BI- pierwsze wrażenie

Miało być czasami technicznie to i będzie.

Pogadamy sobie teraz o Power BI i moich pierwszych przygodach.

Trochę o tym pisałem, bardzo pigułkowato o tym, że Power BI gada z źródłami ODBC, o tutaj.

Ćwiczenie, które teraz realizuję polega na pokazaniu ścieżek poruszania się klienta na drzewku IVR, korzystania z self serwisów i łączenia się z żywym człowiekiem.

Zadanie oczywiście ciekawe i rzecz jasna proste też być nie może.

W wielkim skrócie trzeba zrobić tak:

  • Zinterpretować logi z kilku miejsc
  • Ustalić optymalny klucz do agregowania
  • Machnąć enumerację zdarzeń
  • Dorobić kilka słowników, żeby życie stało się łatwiejsze
  • Pokazać jakieś eleganckie obrazki z tego tak co by nikt głupich pytań nie zadawał

W zasadzie robota jak każda inna. Trzeba trochę zrobić backendu. Zrobić harmonogram zrzutów. Pieprzyć się z delikatnymi zmianami tak, żeby wszystko było super jasne. Nie robić hardkodów tam, gdzie tylko się da.

W praktyce jakieś 2-3 tygodnie jeszcze mnie czeka, to i można ustalić, że pisać o tym będę. Wszak tajemnicą korporacji to nie jest więc pisać mogę tak długo jak nie wrzucam tutaj plików płaskich z danymi 😉 Swoją drogą już widzę jak ktoś czytający rozwala na części składowe Jsony z logów. O tym swoją drogą też napiszę jak już opanuję robienie tego w SASie.

Co do zestawu narzędzi to jak następuje:

  • Power BI jako wyświetlacz
  • SAS Enterprise Guide jako analizator
  • Hive jako magazyn

Nie wdając się w detale dotyczące analityki i subtelnych metod składania danych w kupę.

SAS okazuje się nadal bardzo dobrym narzędziem do robienia analizy i ogólnego składania danych w kupę. Dostajemy do ręki SQLa, który sam w sobie jest mocnym językiem. Mamy jeszcze 4GL. Taki własny język SASa do robienia analizy. Metody udostępniane przez ten język są przejrzyste i dają od groma możliwości. Jakieś grupowania, enumeracje, transponowanie, poprawa jakości. To wszystko robi się wygodnie i szybko. Jest jakiś powód, dla którego jeśli kiedyś będę szukał pracy to pójdę tam, gdzie jest SAS na pokładzie. Mam sentyment i wielką swobodę pracy.

Hive jak Hive. Składowanie. Power BI łączy się z nim po ODBC. Ciągnie aż miło.

Tutaj też pojawia się pierwszy kłopocik.

Power BI jest fajnym narzędziem. Nawet przemyślanym. Trochę brakuje mi (pewnie nie umiem) wejścia w kod i robienia samodzielnie zmian niektórych rzeczy. Jedzie na trendzie bycia klikadłem.

Kłopot, o którym wspominam to silnik analiyczny. Power BI fajnie agreguje rzeczy ale bez przesady. Wciągnięcie 5-6 kk rekordów x naście kolumn to śmierć dla tego narzędzia. Samo wsysanie danych trawa niemiłosiernie długo i doprowadza moją maszynę do stanu śmierci klinicznej. Nie polecam. Oczywiście Microsoft mówi o limicie danych. Cośtam o tym, ze 1 GB. O tutaj.

Jednak ja bańki nie przebiłem. Kolumny tekstowe to kilka znaków. Reszta liczby i to też niewielkie. Szału nie było.

Zastanawiam się teraz nad tym na ile problem leży po stronie konfiguracji mojej maszyny, a na ile po stronie samego narzędzia. W każdym bądź razie nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem.

Konkluzja jest taka, żeby do Power BI importować dane zagregowane.

Oczywiście, trzeba narobić naście wymiarów, żeby miało to sens i tak i tak zawsze będzie za mało. Za to unikniemy dłuższych przerw w pracy, które spowoduje nam sam Power BI na potrzeby przekręcenia tabelki z lewa na prawą.

Dashboard

Tutaj niespodzianka. Microsoft wrzucił sporo komponentów do wizualizacji do sklepu. Uwaga istotna dla osób działających z Power BI po raz pierwszy.

Komponenty ściągamy gratis. Dostajemy się do nich poprzez odklikanie tych kropek z obrazka obok.

Elementów jest trochę i wyglądają na takie robione po części przez społeczność, a potem przepuszczane przez sito weryfikacyjne giganta z Redmond.

Warto się z tym zapoznać bo domyślne wizualizatory nie pozwalają zrobić tego co widzieli nasi managerowie w folderach handlowych. Te wszystkie liczniki i takie tam. No nie zobaczą tego z domyślnych komponentów. Po prostu.

Co do samego dashboardu to mam nieodparte wrażenie, że ekran jest za mały. Wiem, że to wszystko zostało przygotowane tak, żeby działało nieźle na www i komórce. Jednak kurczę… Coś mi nie pasuje. Może to kwestia przyzwyczajenia? Same menusy zajmują dużo miejsca. Wstążka + menu boczne to jednak kawałek przestrzeni, której zwyczajnie szkoda. Z drugiej strony jest to potrzebne do edycji wykresów. Taki kompromis.

Sama wizualizacja przebiega relatywnie dobrze.

Należy wciągnąć dane za pomocą importu.

Potem poprzeciągać odpowiednie pola i dostajemy takie obrazki na jakie zasługujemy.

Możemy sobie zrobić np. ładną chmurę tekstu. Ta akurat oparta jest o dane z Google Analytics dla tego bloga.

Równie dobrze może to być tort, słupki, bąbelki i inne śliczności. Trzeba to przyznać. Power BI jak już dostanie odpowiednio przygotowane dane to potrafi z nimi sporo zrobić.

Nadal jednak nie unikniemy kluczowego elementu związanego z przygotowaniem tabelki. Nie da się tego uniknąć.

Co po tych pierwszych kilku dniach?

Będę się powtarzał.

Power BI to nie jest narzędzie do robienia koszmarnie trudnej analityki. Trochę nadaje się do łączenia tabel (z tego co czytałem) ale zupełnie nie nadaje się do robienia skomplikowanej analizy. Dane lepiej wyczyścić przed importem, nawet kosztem harmonogramowania przeliczeń na noc lub w trakcie dnia.

Z drugiej strony produkuje świetne wizualizacje. W połączeniu z filtrowaniem danych, wieloma komponentami wyświetlającymi i bardzo szeroką integrowalnością, dostajemy do rąk bardzo dobre narzędzie. Wygląda również na to, że samo narzędzie się rozwija. Dochodzą kolejne „zegarki”. Podobno można też samemu coś wykonać (jest opcja importu wizualizatora z pliku), trzeba się przyjrzeć 😉

Czego się wystrzegać? Dużych, nie oczyszczonych zbiorów danych. Powodują one kłopoty dla dewelopera, bo w końcu trzeba trochę poczekać na odświeżanie. Co gorsza generują też problemy dla odbiorców końcowych. Już widzę jak dyrektorstwo czeka 15 minut, żeby zobaczyć jedną liczbę. Bez sensu. Już nawet nie chodzi o to, że dyrektor to człowiek niecierpliwy. Po prostu nie tak ma to działać.

Tekst zrobił się bardzo długi. Jeśli dotarłeś aż tutaj to możesz zostawić komentarz. Jeśli brednie, które opowiadam są dla Ciebie nie najgłupsze to może zapiszesz się do subskrypcji?

Besos

 

Retrogranie vs rzeczywistość

Miałem pisać tutaj o poważniejszych rzeczach. Miała być Big Data, opowieści o wędrówkach po górach i trochę lżejszych rzeczy ale bez przesady.

Jednak, cóż. Siedzę sobie przed otwartym GoGiem. Oglądam moją bibliotekę gier i coś mi nie pasuje.

Sam GoG dla osób, które jeszcze nie miały przyjemności, jest platformą sprzedającą cyfrowe wersje raczej klasycznych gier. Robią to powiedzmy sobie szczerze za bezcen, przynajmniej w promocjach. Tych jest dużo. Można? Można! Oczywiście jest jedna fajna rzecz w tym wszystkich. Te gry w zasadzie kupujemy na własność. Nie ma zabezpieczeń i innych dziadostw. Możemy sobie ściągnąć instalator i się bawić. Rzecz jasna jest to pole dla tych wszystkich z nas, który prawa autorskie mają lekko mówiąc w dupie i chcą dystrybuować pirackie kopie gry kupionej za 5 PLNów. Wstyd. Po co to? A może ktoś chce sobie wydrukować okładki, zrzucić instalatory na płyty CD i postawić na półce? Why not?

Tyle o samej platformie. Od razu też zaznaczę, że nie jest to sponsorowany tekst, co na aktualnym etapie tego bloga, no było by dziwne. Jest to moja subiektywna opinia. W końcu się może znaleźć ktoś kto przeczyta ten tekst za 5 lat i powie, że się sprzedałem 😉

Co z tą biblioteką?

W zasadzie teraz napiszę coś o chorobie dzisiejszych czasów, szczególnie widocznej w cyfrowych bibliotekach ale nie tylko. Mamy jakieś chore tendencje do wydawania podejrzanie niskich pieniędzy na ewidentnie zbędne rzeczy. No niech mi ktoś wyjaśni po co mi seria The Elder Scrolls? Mam w bibliotece. Pewnie nigdy nie zagram. Co na PSN? To samo. Jest promocja to se kupię. No i mam np. Farming Simulator. Grałem trzy razy. Nie dla mnie. Leży. Kasa wydana. Książki? Szkoda gadać. Boję się przeprowadzki. Będę potrzebował dodatkowe auto na pudła z książkami.

Ta. Konsupcjonizm. Ewidentnie. Też jestem ofiarą dzisiejszych czasów. Szkoda. Myślałem, że mnie to ominie. Nie udało się.

Co z tymi starociami?

Sukcesywnie uzupełniam bibliotekę. Mam od groma produkcji. PSN, GoG, półka. Jest tego dużo. Nie ma co ukrywać.

Jeszcze z tym PSNem to ma większy sens. Ale GoG. Kurwa, jakaś porażka 😉

Jako gracz z lat 90-tych (jeszcze trochę, kawałeczek), mam jakiś dziwny sentyment do produkcji z tamtego okresu. Uważam, że wtedy robiło się świetne gry. Ograniczenia były ogromne. Sprzęt słaby, języki mało elastyczne, grafika raczkowała. Umówmy się, że dupy nie urywało. Nawet samo upakowanie muzyki w lepszej jakości było problemem, bo jeden CD to jednak mały nośnik. Już nie mówiąc o produkcjach, które to wychodziły na dyskietkach.

No i co? Doznałem szoku. Kiedyś grałem w różne produkcje. Sporo w RTSy. Dużo w cRPGi. Od groma tego było. Wtedy też mi się jakoś to wszystko bardziej podobało. Było inne. Teraz? Kurczę jest dziwnie. Nie, żebym się nie spodziewał. Przecież minęło 20-30 lat. Niewiele się też z tym wszystkim działo. Może ktoś zrobił remaster podbijając rozdzielczość. To wszystko. W czym więc problem?

Grafika

Ta. Pierwszy punkt to grafika. Nie chodzi o to, że gry są brzydkie. Tego się przecież spodziewałem. Coś co mnie zachwyciło naście lat temu, teraz nie ma startu do aktualnych produkcji AAA.

Problem polega na tym, że kiedyś to wszystko wydawało się większe. Serio. Przy rozdzielczościach 800×600 trzeba było przesuwać ekran. W lewo, w prawo, w górę i w dół. Ciągle myszka zasuwała od krawędzi do krawędzi. A teraz? Kurczaczek. Taka mapa z BG1 mieści się na moim starym 22 calowym ekranie. Monitor ma już z 10 lat, dalej świeci i ma tylko/aż 22 cale. Kiedyś ekrany były mniejsze i z przyczyn oczywistych można było zobaczyć mniej. Przez to wszystko światy, szczególnie w izometrykach są mniej tajemnicze? To chyba złe słowo. One po prostu się skurczyły. Ten efekt jest oczywiście nieprzyjemny. Wspomnienia z produkcji tracą w jakiś sposób na swej unikatowości, byciu czymś ogromnym, zaczynają mieścić się w kieszeni.

Mechanika, sterowanie

To co teraz powiem może być śmieszne, a straszne.

Kiedyś robiło się gry wymagające, teraz robi się gry dla debili. Taka konkluzja.

Wyobraźcie sobie, że tworzenie postaci w takim Arcanum, Lionheart lub Vampire: The Masquerade to dziesiątki opcji, setki krótkich opisów do przeczytania i zrozumienia i oczywiście masa szczegółowej mechaniki do ogarnięcia. Nie mówię tutaj o graniu na poziomie „Wyjebanym w kosmos”, raczej na easy. Jaka jest różnica?

Popatrzcie sobie na takiego Dragon Age: Inkwizycja, Wieśka 3, Mass Effect: Andromeda. Tam jest kilka drzewek, parę perków i w sumie tyle. Nie myśli się o rozwoju postaci. Względnie wrzuca się pobocznym auto awans i ma się wszystko w dupie.

W wymienionych powyżej starociach? Trzeba się napocić, żeby zrozumieć to wszystko. Trzeba sięgnąć do instrukcji. Poczytać, pooglądać.

Przecież instrukcją do BG1 był prawie kompletny podręcznik do DnD. Prawie, bo brakowało bodaj bestiariusza. Ale! Za młodu opanowałem dziada i moje postacie do BG1 i BG2 i pochodnych były po prostu idealne w swym fachu.

Teraz się rozleniwiliśmy. Mechanika robi dużo za nas.

Ja też się rozleniwiłem. Jakoś nie mam serca do rozdawania tych wszystkich punktów i kombinowania co i jak dalej. Wielka szkoda, bo mnie odrzuca masa fajnych produkcji, których kiedyś nie ograłem. Dlaczego? Bo miałem maszynę z 16 Mb RAMu. Mało chciało się odpalać 😉

Muzyka

Ciężko mi się przyczepić i powiedzieć coś złego. W sumie dobrego też nie potrafię. To jedyny aspekt, który się nie zmienił. Nie stracił na jakości. Tak szczerze to o dźwięku ciężko cokolwiek mi napisać i może będę lał za dużo wody w tym miejscu. W zasadzie to czas kończyć ten akapit. Muzyka jest. Tam gdzie była dobra to jest dobra. Tam gdzie była do dupy to nadal jest do dupy.

Werdykt?

Czas podsumować jak każde kanonicznie tworzone opowiadanie.

Stare gry są super!

Powiedział człowiek, który pisząc ten tekst przez ostatnie pół godziny wkurwiał się na każdy element.

Prawda jest taka, że starsze produkcje nie są dla młodego pokolenia. Odrzucą je. Młody człowiek mający teraz naście lat może nie być w stanie sięgnąć po klasyka i przesiedzieć z nim więcej niż kilkanaście minut. Znudzi się. Oleje temat. Szkoda. Chociaż takie czasy.

A co z graczem około 30-stki i ciut więcej?

Różnie. Mnie kilka rzeczy odrzuca, z drugiej strony, motywuje mnie sentyment. Z jakiegoś powodu chcę jeszcze raz zagrać w Tzara czy Fallout`a. Możliwe, że powodem jest brak konkurencji na rynku? No dobra. Coś tam się wydaje raz na jakiś czas. Z jakiegoś powodu jednak nie mam na to ochoty. Weźmy sobie chociażby takiego Torment: Tides of Numenera. Miało byś super. Wyszło. No wyszło jak wyszło. Nie porwała mnie historia.

Jednym zdaniem. Jeśli oczekujesz powrotu do dawnych lat to może lepiej kup sobie retro komputer, stary monitor i myszkę z kulką. Zyskasz wrażenia takie jak lat temu naście. Chyba, że dalej grasz w Championship Manager. Wtedy spoko. Dasz sobie radę. Mechanika Cię nie znudzi. Grafika nie oślepi. Za to może fabuła porwie? 😉

Beskid Żywiecki 22-23.06.2018

I ruszył.

Nie ma to tamto. Pogoda się psuje, kondycja do niczego (pal więcej). Za to są chęci. Plecak pełen konserw i jakaś taka ogólna ekscytacja.

Góry to nie jest nowy temat. Można powiedzieć, że zaraziłem się od ojca, który za młody dużo czasu spędzał na szlaku. Opowiadał, zachwalał, zaraził. Genów nie oszukasz. Oprócz gór załapię się pewnie na łysinę. Bywa.

Od czego zacząć?

Od tego od czego powinno się zaczynać. Pakowanie to najtrudniejszy fragment każdej wycieczki i na pewno poświęcę temu dodatkowy post. Oprócz banałów jak kurteczka czy mapa (a weź spróbuj iść bez mapy), to doszły mniej banalne rzeczy jak namiot, kuchenka, garnuszek. Od cholery rzeczy zbędnych dla osób chodzących po górach w cyklach jeden dzień = jedno wyjście. Ja osobiście nie idę w góry po to, żeby spędzać czas z ludźmi w schronisku więc noszę ze sobą namiot, rozbijam w miejscach dozwolonych lecz mało obleganych i tam nocuję.

Z odkryć tego wyjazdu na pewno trzeba powiedzieć sobie wprost, że są to:

  • Chałwa
  • Zupki chińskie
  • Brak termosu

Serio mówiąc to nie spodziewałem się, że na chałwie i zupkach chińskich można uciągnąć tak długo i w tak dobrej kondycji. Brak termosu się spytacie. Termos waży dużo. Pozwala przenieść w zależności od rozmiaru do litra herbaty. No i jest ciężki. Jaka alternatywa? Bieżące gotowanie i spożywanie. Zagotowanie litra wody to kilka minut. Waga stałego paliwa i rozmiar to jakaś kpina, można nabrać tego z 20 tabletek (na jednej gotuje się litr) i na trzy dni starcza. Waga? Kilka gramów.

Jak wyglądała trasa?

Zacznę od transportu. Moje główne założenie tyczące się wycieczek w góry to słowo TANIO. Nie chodzę po górach po to, żeby wsuwać schabowe w schroniskach, spać w czystej pościeli i ogólnie zaznawać luksusów. Gdybym chciał to bym sobie poszedł do SPA. Dupsko by mi ktoś wymasował, peeling zrobił. Idę w góry wiec ma być jak najbardziej naturalnie, stąd też:

Trasa Warszawa <-> Katowice <-> Warszawa została pokonana za jakieś 35 PLNów. Wsiadłem w autobus. Przespałem się 2-3 godzinki. Chwilę w drodze do Katowic pooglądałem mapę. Całą zabawa.

Najdroższa część wycieczki to poruszanie się lokalnie. Wyprawa Katowice <->  Żywiec <-> Katowice to koszt kolejnych 35 PLNów. Tyle sobie liczą Koleje Śląskie za podróż w dwie strony, która trwa około 2 godzin. Pewnie można spróbować trochę taniej, jednak nie znalazłem. Szkoda.

Potem już lokalnie Żywiec <-> Korbielów <-> Żywiec po jakieś 6 PLNów za jazdę.

Trochę marudzę na koszty? Pewnie tak. Stówka praktycznie pękła. Wiem, że samochodem musiałbym jeszcze doliczyć drugie tyle + parkingi. Jednak. Celem tych wypadów jest to, żeby było bardzo tanio. Po prostu. Mam z pewnych względów dość wysublimowanego spędzania wolnego czasu stąd też takie decyzje.

Ruszyli.

Tym razem wybrałem się z moim drogim kuzynem. Aleksander, co tu dużo gadać, lubi chodzić po górach. Zabrałem go miesiąc wcześniej na Babią Górę i chłopak się zakochał w widokach i tym ogólnym stanie bycia poza cywilizacją.

Druga wycieczka, kolejna pod namiotem i kolejna w Beskid Żywiecki. Nie bez powodu taki kierunek. Tam nie ma praktycznie ludzi. Szczególnie jak się zasuwa nie po GSB tylko trochę z boku. Można pół dnia nie widzieć człowieka na oczy. To jest dla mnie o tyle ważne, że w góry uciekam przed cywilizacją. Brak ludzi jest jednym z elementów tej ucieczki.

Etap 1.

Wylądowaliśmy w przecudnej miejscowości Korbielów. W zasadzie to taka mała mieścina, która podejrzewam, że dostaje życia w sezonie narciarskim. Poza? Jest może ostoją dla ludzi chcących siedzieć między pagórkami no i punktem startowym.

Pierwszy ruch wykonaliśmy w kierunku szczytu Pilsko.

Zielony szlak to taki spacerek po lesie. Sporo drzew, raczej dla turysty masowego. Chociaż ostrzeżenia o niedźwiadkach były. Można w zasadzie zasuwać bez większego przygotowania. Taka wycieczka od Korbielowa do schroniska na hali Miziowej to w zasadzie spacer na pól dnia + jedzenie w schronisku. Od biedy można też wskoczyć na Pilsko co dodaje trochę ponad godzinę do wycieczki.

Na samo Pilsko weszliśmy relatywnie późno. Było już około północy. Można powiedzieć, że do dupy. Zgadza się. Już pomijam aspekt związany z bezpieczeństwem. Bo się nie chodzi w górach po nocy! Po prostu nie. Chyba, że się czuje pewnie, jest się w dobrej formie, ma się sprzęt i gdyby się wszystko zżerało dookoła to można przeżyć jedną noc.

Tak było w naszym wykonaniu. Z latarkami na głowie weszliśmy na piękny szczyt. Było z niego widać idące spać okoliczne miasta. Widok świetny. Szkoda, że aparat w telefonie tego nie wychwycił. Próbowałem, nie jest na tyle sprawny, żeby to zrobić.

 

Na czym się skończyło?

Pilsko to szczyt ciekawy. Jest na tyle blisko schroniska, że można tam wskoczyć z małym plecaczkiem i jak się również okazuje, można tam całkiem wygodnie nocować. Taką opcję ę przyjęliśmy.

Kosodrzewiny są ładnie poukładane w takie przyjemne zatoczki. Oznacza to, że spokojnie można między krzaczki wsadzić namiot i się przespać względnie osłonięty przed wiatrem, śniegiem i deszczem. Dobra. Tylko przed wiatrem. W zasadzie przed wiatrem też nie. To w końcu ponad 1500 metrów.

Co do nocowania w krzakach. To nie jest dla każdego. My mieliśmy niezły namiot. Całkiem dobre śpiwory. Podgrzewanie w postaci paliwa stałego. Możliwość gotowania wody na herbatkę. Ciepłe ciuchy. W zasadzie mogło zacząć napierdzielać śniegiem co prawie miało miejsce i byśmy tego nie zauważyli. Liczba baterii, którą mieliśmy pozwalała zasilić małą wioskę w Afryce. Gdyby nas przez przypadek odcięło od świata to żarcia i wody mieliśmy na co najmniej dzień. Przynajmniej wody. Bo jeść byśmy mogli nawet i tydzień.

Jednym słowem byliśmy gotowi na wiele.

Jeśli jednak którykolwiek z powyższych punktów nie pasuje do Twoich wycieczek w góry, to lepiej idź sobie do schroniska. To jak by nie było warunki lekko ekstremalne i trzeba być gotowym. Po prostu.

Etap drugi.

Grad, śnieg i ogólna niepogoda.

Czarnym szlakiem uciekliśmy do schroniska.

Miał byś wschód słońca, była mgła i powódź.

To jest mało szczęśliwy etap wycieczki.

Pół dnia na hali Miziowej, kolejne pół na Rysiance.

Schroniska fajne ale nie po to się tam wybrałem.

Byliśmy gotowi na deszcze. Przynajmniej ja.

Mój kompan popełnił jeden krytyczny błąd. Nie założył pokrowca na plecak.

Efekt?

Wszystko mokre. Ubrania, śpiwór, buty na zmianę. Niestety uniemożliwiło to wycieczkę dalej.

Ale, ale. Co do samej wyprawy.

Z Pilska około 10 jak się zrobiło okienko pogodowe, to wyskoczyliśmy do hali Miziowej. Niestety na czarnym szlaku złapał nas deszcz. Wszystko przemoczone.

Na hali Miziowej spotkaliśmy kilka bardzo fajnych osób, które w kuchni turystycznej raczyły się herbatkami, starały wysuszyć garderobę i planowały dalszą podróż. Tu ważny cytat z plakatu, którego nie sfotografowałem. Szkoda.

„Zmiana planów nie jest oznaką słabości tylko rozsądku”

Jak bardzo życie weryfikuje ten fakt. Mieliśmy w planie minąć Rysiankę i ruszyć dalej w kierunku Węgierskiej Górki. Mniej więcej w ¾ drogi szukalibyśmy miejsca na nocleg w jednej z mijanych baz namiotowych. Taki był plan. Co się nie udało? Ten cholerny pokrowiec. Gdyby nie mokre wszystko u mojego kompana to byśmy spokojnie dali radę. Łyknęlibyśmy końską dawkę witaminy C i do boju. Jednak wyszło jak wyszło.

Morał

Skończyło się na załatwianiu transportu w bardziej cywilizowane rejony. Na szczęście nadal moi rodzice chcą mnie śmierdzącego i brudnego gościć pod swoim dachem więc skorzystałem z okazji i urządziłem sobie u nich nocowanie. W tym miejscu koniecznie muszę podziękować mojemu bratu, który ruszył w środku nocy z odsieczą i przyjechał po nas do Żabnicy.

Co nie wyszło?

Nierówne przygotowanie i moja ignorancja. Jako bardziej doświadczony górołaz powinienem sprawdzić kilka razy czy mój towarzysz jest gotowy. Zweryfikować wszystkie niezbędne elementy ekwipunku, a nie tylko upewnić się, że ja jestem dobrze ubrany, mam odpowiednią liczbę bandaży czy też schowane na czarną godzinę batony.

Szkoda, bo mogło być fajnie. Zabrakło jednego nocowania i kilku kilometrów dreptania.

Czy żałuję? Trochę mojej ignorancji. Poza tym? Nie, niczego więcej. Wszystkie decyzje były dojrzałe. Nawet to, żeby zamiast od razu na Rysiankę, to iść do hali Miziowej. To wszystko miało sens. Psuło bardzo plany i wiedziałem o tym, że się nie uda. Jednak góry to nie realizowanie Korpo Targetów. To ma być przyjemność, ucieczka ale przede wszystkim bezpieczna zabawa. Nic na siłę. Tym optymistycznym akcentem czas kończyć. Bawcie się bezpiecznie!

 

 

O wiertarce i kosteczce

Mamy tendencję do skrajności. Zdecydowanie.

Ciężko mi odszukać w pamięci firmę, szczególnie z tych dużych, gdzie w odpowiedni sposób rozwiązywany był sposób kosztów.

Z jednej strony mamy rozdawnictwo totalne. Z drugiej oglądanie każdej złotówki. Rozumiem, że ciężko w tym wszystkim dokopać się do złotego środka. Jeśli nie kontrolujemy to popłyniemy z kosztami. Z drugiej strony nadmierna kontrola potrafi przejść miejscami poza granice absurdu. Szczególnie jeśli koszt tego o co toczy się spór jest tańszy niż godziny pracy ludzi zaangażowanych w proces.

Pozwolę sobie przytoczyć dwie zasłyszane historie jako przejawy absurdalne, skrajne i niestety z życia wzięte. Rzecz jasna nie będę rozwodził się nad tym kiedy i gdzie to się wydarzyło. Jeśli czytając poniższy tekst stwierdzasz, że jest o Twojej firmie. Cóż. Nie potwierdzę, że o niej piszę ale z drugiej strony, możesz się zastanowić.

Historia pewnej wiertarki.

Opowieść zasłyszana z pewnego źródła, że tak powiem, naocznego świadka. Rzecz miała miejsce pięknego lata na południu naszego nieszczęśliwego kraju. Pewien deweloper złapał za nogi papieża, Boga i kurę wydalającą złote jajca.

Udało mu się załapać na budowę kilku bloków na osiedlu, no powiedzmy, dla trochę zamożniejszej klienteli. Z różnych powodów mieli państwo szanowni problem z czasem. Robotę musieli skończyć szybko, więc stwierdzili, że z kosztami nie będą się liczyć.

Na budowie jak to na budowie, pracowało kilkudziesięciu panów zasuwających na dwie zmiany z taczkami. Do tego dochodził jakiś kierownik jeden z drugim. Jak to też na budowie, no cóż, czasami coś tam zniknie. A to ktoś potrzebuje kilka cegieł na działkę, trochę farby do pokoju, jakiś klej, wiertło. Nie żebym pochwalał. Taka po prostu rzeczywistość.

Budowa szła w najlepsze. Panowie pracujący dostali przyrzecznie, że niczego im do pracy nie zabraknie. Jak by co się stało to dawaj do mnie, jadę do sklepu, kupię, będzie nówka sztuka.

No to chłopcy początkowo nieśmiało. Zagadali o łopatę, potem o jakieś kielnie. Tak od słowa do słowa stwierdzili, że no kurczę, ja proszę, on lata. Przynosi nowe w folii, o nic nie pyta. Sprawdźmy jak to będzie z czymś mocniejszym.

Poszedł pierwszy śmiałek do majstra i mówi.

– Panie majster, wiertarka się zepsuła.

Na co majster mu odpowiada.

– Dobra, już jadę za godzinę będziesz miał nową.

Robota szła w najlepsze. Budynki się pobudowały. Stan idealny. Igła. Prosto, równo. Chłopakom żal było kończyć.

No i przyszedł taki jeden mądry i zaczął koszty liczyć.

Każdy wiedział, że coś tam musiało zniknąć.

Liczą, liczą. Jakieś tam materiały na działkę wzięli. Trochę narzędzi. Wydaje się być dobrze.

Aż tu nagle jak nie pieprznie grom z nieba jasnego.

Okazało się, że skoro firma hojna to i ludzie kreatywni.

W przeciągu miesiąca zużywało się około 300 wiertarek. Tak, tak. Dobrze czytacie. 300 sztuk w miesiącu. Ludzi do roboty było kilkudziesięciu. Wychodziło po kilka sztuk na głowę. Co się z nimi działo? Tajemnica. Chociaż pewnie nie wielka.

O jednej małej kosteczce

Z placu budowy przenosimy się do korporacji. Wiecie. Lider blebleble, nowoczesność w domu i zagrodzie i takie tam.

Był sobie taki, zwykły deweloper (tym razem nie budowlany). Ten z przedziału 10K. Nie za biedny, nie za bogaty ale wie co robić, jak robić i na czym.

To taki gość przed którym Jsony się kłaniają.

No i facet zasuwał w klimatyzowanym budynku. Wygodne krzesło. Pyszna kawa. Ciasteczko. Wiecie jak to jest.

Co jakiś czas task w Jirze wpadał. Popatrzył, poklikał i jest.

Dlaczego o gościu piszę? Powtarzając, o facecie z kategorii 10K.

Cóż, historia zasłyszana też od świadka naocznego.

Człowiek ów miał się projektem zająć. Jako, że znał się na robocie to nie poprosił o podwyżkę ale o to, żeby dorzucić mu do komputerka kość RAMu. Wiecie, taka mała kostka do liczenia rzeczy. Jako osoba doświadczona, wiedział po prostu, że mu maszyna nie uciągnie. Po prostu się nie da. Co tu się oszukiwać.

Poszedł do szefa.

Szef mu mówi, a weź się zastanów? Na co Ci to? Przecież to koszty są.

No to Pan programista wraca do biureczka i pracuje grzecznie. GUI się wywala. Poczta się nie otwiera ale zasuwa.

Wkurw go łapie. Do wyższego idzie.

– Panie dyrektor, taką jedną kosteczkę za dwie stówki.

– Kasy nie ma. Dasz sobie radę. Wszyscy dają to co ty wydziwiasz.

No i wraca. Zasuwa po godzinach bo musi na maszynę czekać. Dzielny jest, bardzo.

Wiecie co się stało potem drogi czytelniku. Programista 10K stał się programistą 15K w innej firmie. Dostał i7 w maszynie, kosteczek do woli, monitorek śliczny.

Co na to dyrektor i kierownik? Wiecie co? Dali sobie radę. Kupili consulting za 100 razy tyle ile kosteczka kosztowała. Projekt się zrobił. Sukces na slajdzie. Też można.

No i co?

Powyższe sytuacje są przejaskrawione do granic percepcji ludzkiego oka.

Tylko wiecie co. Tak było, nie zmyślam.

Mamy tutaj dwie różne kategorie patrzenia na koszty. Z jednej strony kompletną i bezmyślną rozrzutność. Oczywiście, połączoną z działalnością niemalże przestępczą. Choć jak to mówią „okazja czyni złodzieja”.

Z drugiej strony zupełnie absurdalny sposób radzenia sobie z kosztami czyli unikanie wydawania capexu na poziomie debilnym. Jeśli specjalista zarabiający dwie średnie mówi, że czegoś potrzebuje i kosztuje to 5% jego pensji, a do tego dasz mu to raz, a on będzie szczęśliwy przez najbliższe dwa lata. Nie bądź głupi.

Rozrzutność kontra skąpstwo. Szczerze jestem ciekaw czy macie podobne historie w swojej pamięci. Sekcja komentarzy jak zawsze stoi otworem.