Google Analytics dla zaawansowanych

Nie planowałem tego, przynajmniej nie w takim tempie. Taki dzień. Cóż 😉

Udało mi się pokonać kolejny kurs Googla i będę szczery. Kurs jest świetny, tego właśnie było mi trzeba.

Wersja zaawansowana szkolenia z Google Analitycs to nic innego jak ogrom teorii połączony z praktyką.

Dostajemy w swoje łapki konto testowe z przygotowanymi już danymi, gdzie możemy się bawić do woli. Agregować, szukać, sprawdzać, dotykać, psuć i naprawiać.

Serio. Super robota Google.

Kurs dostępny jest tutaj.

Co to szkolenie daje?

Pigułkę wiedzy na temat tego co można z Analitycs zrobić. Oczywiście nic nie zastąpi praktyki (jest ona częścią kursu). Ważne jest jednak to, że dostajemy wszystko w formie skompresowanych informacji. Co, jak, gdzie, dlaczego? Na wiele z tych prozaicznych pytań uzyskamy odpowiedzi przechodząc przez kolejne lekcje.

Kurs ma 4 działy, o których w dużym skrócie poniżej.

Zbieranie i przetwarzanie danych

Pierwszy moduł to ogólne spojrzenie na panel administracyjny oraz informacje co tak naprawdę zbieramy dzięki śledzeniu ruchu. Dobry start chociaż po kilku dniach samodzielnej zabawy, większość rzeczy była dla mnie na tyle oczywista, że nie skorzystałem zbyt wiele.

Ustawienie zbierania danych i konfiguracji

W drugim dziale dostajemy do rąk niestandardowe metody oglądania ruchu. Jest to bardzo ważny komponent. Pozwala nam dostosować raportowanie dokładnie do tego co chcemy zobaczyć. Tutaj w zasadzie po raz pierwszy widzimy to jak potężne narzędzie dostajemy do rąk.

Chcemy zobaczyć jak nam się klika przycisk po wysyłce e-maila? To jest to miejsce, gdzie wszystko sobie poukładamy i będziemy mogli przeliczać dolary.

Zaawansowane narzędzia i metody analityczne

To był dział dla mnie. No dobra, po przejściu poprzednich modułów i obejrzeniu na własną rękę co można uzyskać, miałem jakieś wyobrażenie.

Nie jestem rozczarowany. Metody agregowania danych są takie jakich potrzeba. Nie ma znaczenia czy mówimy o rynku e-commerce czy o oglądaniu jak się czytają notki na blogu. Trzeci moduł mówi o tym jak można agregować, co warto oglądać.

Zaawansowane narzędzia marketingowe

To dział raczej dla marketerów niż dla mnie. Przynajmniej teraz nie jest to dla mnie na tyle istotne, chociaż? Poznajemy metody korzystania z reklam mający za zadanie, nie ma się co wygłupiać- zarabianie kasy. Remarketing? Ważne pojęcie w internecie. Sprawdźcie sami.

Podsumowując

Tego mi było trzeba. W sposób łatwy i przejrzysty Google pokazał mi jak korzystać z narzędzia, pokazał, że na co warto zwrócić uwagę. Szczerze mówiąc liczyłem na kurs bardzo suchy, pełny teorii i zachwycania się nad sobą. Po raz drugi Google pokazał, że potrafi robić szkolenia.

Wiedza, którą wyniosłem głównie sprowadza się do pokazania jak wiele informacji jest zbieranych od użytkowników internetu. Dla analityków takich jak ja, daje to ogromne możliwości reagowania, dostosowywania treści, wskazywania rozwiązań.

Jednym zdaniem. Świetny kurs dla osób technicznych ale na upartego nie tylko.

A co Wy na ten temat sądzicie? Warto iść dalej w analitykę internetową?

Marketing Internetowy w ramach programu Internetowe Rewolucje

Jak zapewne się zorientowałeś drogi czytelniku po zdjęciu widocznym wyżej, no cośtam dostałem od Googla. Prawie gratis. Tyle wiedzy, że łohohoho.

Na poważnie. Początkowo stwierdziłem, że poklikam i zobaczę co to gigant wypuścił na światło dzienne. Zakładałem jakże mylnie, że niewiele nowości poznam. Ok. Z tą mylnością to różnie było. Może to te lata w Marketingu i drugie tyle w analityce powodują, że posiadłem dodatkowy zmysł. Ciężko mi ocenić.

Certyfikat jak certyfikat. W zasadzie można go uzyskać metodą prób i błędów czyli w sposób chamski i bezczelny. Ostatecznie po pobieżnym spojrzeniu na pytania można dostosować odpowiedzi, potem najwyżej poprawić te błędne. Cóż. Czyli to nie jest ekskluzywny PDF.

Dla chętnych kurs jest tutaj, a o tym kto powinien być chętnym trochę niżej.

Czego się w takim razie spodziewałem?

Liczyłem mocno na to, że Google będzie promował usługi swoje i się nie myliłem. Opowiadają jak to fajnie jest korzystać z Analitics, jak istotne jest dobre życie z ich tajemniczą szukajką oraz mówią wprost, że nie ma co liczyć na to, że będą grzecznie stać w miejscu. Marketing w sieci to niekończąca się pętla szperania w danych i poprawiania. Takie życie.

Narzędzi i reklam Googla się spodziewałem. Natomiast, wielokrotnie, powtarzali, że nie koniecznie powinno się pchać w płatne rozwiązania. Ciekawe, bo w końcu na tym cały serwis zarabia. Okazuje się, że proponują najpierw się nauczyć, spróbować metod pozycjonowania, a dopiero potem jak już będziemy dojrzali to udać się w kierunku reklam płatnych.

To wszystko brzmi strasznie rozsądnie. Nie będę się sprzeczał, że tak w rzeczywiści jest. Jak mantrę powtarzali: najpierw pomysł i plan, potem analiza i na końcu otwieranie portfela. Mądre to stwierdzenie, a kurczę jakoś tak się o tym zapomina. Z resztą nie jestem wyjątkiem. Poprawię się.

Czego nie oczekiwałem?

Technikaliów. Liczyłem się z tym, że zahaczą o chociażby Analitics. W zasadzie nie mieli wyjścia. Jednak będę szczery sam ze sobą. To był kurs bardzo ogólny, przeznaczony dla marketerów o raczej miękkich umiejętnościach, nie miał mnie nauczyć obserwowania wszystkich wymiarów. Raczej miał mi powiedzieć co platforma posiada i jak można to wykorzystać docelowo. Ani słowa o tym jak zrobić technicznie.

Co mnie zaskoczyło?

Jaki głupi jestem. W zasadzie to ja te wszystkie zasady znam. Ba! Widzę je każdego dnia. Na każdym kroku mamy CTA, tagowanie. Cholera, niech no ja zerknę na mojego Instagrama. Wszystko takie oczywiste i nie korzystam, nie robię.

Trzeba zacząć, bo to tak być nie może. Przecież kurczę. Skoro potrafię to robić i robię podobne rzeczy chociażby służbowo to przecież będę też w stanie to zrobić prywatnie. Jak to było? Budując markę osobistą. Ta. Będzie budowane.

Po co?

W sumie dla zabawy. Miałem wolne 3-4 godziny to zrobiłem. Na wiele nie liczyłem to i wiele nie dostałem.

Chociaż ciężko odmówić tego, że ten kurs uporządkował mi wiedzę. Bardzo uporządkował. W zasadzie poczułem się jak po sesji inspiracyjnej, podczas której gość za grubą kasę opowiada truizmy, potem wychodzisz i jesteś nowym sobą. Mniej więcej tak to wygląda teraz, kiedy piszę ten tekst.

Dla kogo w takim razie to jest?

Polecam przejść przez tą ofertę Googla osobom zuchwałym, uważającym, że się na wszystkim znają i jednocześnie pracują w szeroko pojętej branży internetowej. Układa w głowie. Warto.

Zdecydowanie powinny zapoznać się z materiałem osoby, które zaczynają działać w sieci i/lub chcą rozwinąć zasięgi. Serio. To nie jest wiedza tajemna, nie jest bardzo techniczna ale niesamowicie przydatna. To wszystko są takie banalne szczegóły. Dobre klucze, chwytające za serce tytuły. Brać i korzystać. Większość społeczeństwa nie ma o tym pojęcia lub płaci firmom za tego typy rzeczy. Trzeba byś mądrzejszym 😉

A Ty, drogi czytelniku, co o tym sądzisz? Komentarze są Wasze.

Zasilanie Power BI danymi z Hadoop czyli pokazujemy śmietnik

Teraz będzie poważnie. Nadal na mój własny sposób ale jednak poważnie.

Od razu mówię, że jest to poradnik w pigułce. Będzie kilka zrzutów ale bez szczegółów.

Hadoop i Power Bi.

Takie ćwiczenie wpadło mi do zrobienia. Otóż temat w zasadzie jest prosty i tutaj chciałbym co nieco o nim powiedzieć.

W przypadku konfiguracji, na której mi przyjdzie pracować mam do wykonania kilka czynności.

Ale najpierw o tym co może Power BI, bo to determinuje całą resztę.

Power BI pozwala na połączenie się z masą różnych dziwnych źródeł danych. Oprócz takich trywialnych jak bazy danych Oracla czy innego MySQLa, może też pogadać z Teradatą, ogarnie się z plikami na serwerach i innym dziadostwem pokroju Sharepoint. Tak, w końcu to ekosystem Microsoftu więc gadanie z Sharepointem jest naturalne. Co ciekawe i z całą pewnością istotne to można wizualizować sobie w miarę przyjemnie listy niestandardowe z Sharepoint, właśnie w Power BI. Cóz, na upartego Sharepoint + Power BI = Jira + Confuence.

Co jednak z tym moim Hadoopem?

Z przyczyn obiektywnych Big Data jest bardzo dobrym pomysłem na składanie w kupę danych. Pozwala zrzucać tony informacji, zakładać partycjonowanie i ogólnie być fajne. Dobra, chodzi o to, że mogę składować ile chcę i nikt nie będzie mi płakał, że jest za dużo. Bo tam ma być dużo. Po prostu.

Jakie kroki trzeba wykonać, żeby się dogadać z tym ustrojstwem?

Najpierw trzeba w moim przypadku wejść sobie tutaj:

https://hortonworks.com/downloads/#data-platform

i pociągnąć, o to, to:

Co potem?

Wskakujemy w źródła ODBC i sobie konfigurujemy odpowiednio, zgodnie z tym jak się z Big Data łączymy.

Dalej? A to już z górki. Podpinamy do naszego ślicznego, nowiuśkiego Power BI odpowiednie źródełko. Robimy to, o tak jak niżej. I tak. Nazwałem źródło „kjh”. Zła nazwa?

Jak już się łączyć będziemy to dostaniemy klika pytań z serii durnych o uwierzytelnianie i tego typu rzeczy. Wiem, że bezpieczeństwo to ważna rzecz ale pytania tego typu są durne.

Tyle.

Źródełko podpięte, można śmigać i ku chwale korporacji korzystać z dobrodziejstwa całkiem fajnego narzędzia do wizualizacji i śmietnika w postaci Big Data.

Jak się robi RPA?

Posiadam dosyć interesującą cechę związaną z aspektami korporacyjnymi.

Cechę. Hehe… no nie jedną. Raczej taki zestaw.

Po pierwsze jestem cholernie leniwy. Tak. Jeśli mam dwa razy zrobić dokładnie to samo, a nie jest to parzenie kawy to mnie trafia w środku. Stąd szybko opanowałem Crona. Good bless Linux.

Duo. Jestem ignorantem. Nie lubię bawić się małymi i nie istotnymi rzeczami. Wolę tematy, które są duże. Nie chodzi tutaj o to, że lubię spijać śmietankę z dużych projektów. Raczej, nie lubię poświęcania czasu na małe rzeczy. Podobno jest taka zasada, że 10% tematów przynosi 90% zysków. Chyba tak jest, może proporcja inna. Nie ważne.

Trzecie. Przecież ja jestem programistą, dobra bardziej analitykiem niż programistą. Nie ważne. Po mimo wszystko wolę jak się do mnie mówi Jsonem niż durnym korpomailem.

Na koniec dochodzi do tego, że ja jednak kumam ten biznes. Wiem, że trzeba zarabiać, a to się robi na różne sposoby. Niekiedy trzeba uciąć gałąź, która przynosi największe straty. Można też wzmocnić stronę, która będzie przynosić najwięcej złotówek. Różnie można.

Co dalej. A RPA z tytułu.

Znowu się rozgadałem…

Dobra. Dam Wam przepis na wdrożenie robotów RPA w Waszej firmie. Przepis jest gratis.

Zaczynacie od znalezienia w firmie lub poza nią 2-3 deweloperów. Wybieracie ludzi komunikatywnych. Gburów odrzucacie. Dlaczego? Bo ten człowiek nie ma siedzieć w flanelowej koszuli i zasuwać na klawiaturze tylko pozwać Wasze procesy, gadać z operacjami i mając doświadczenie jako programista dodać kilka groszy do projektu. Ma pomóc liderowi projektu to wszystko rozwinąć.

Potem wybieracie kilka takich chamów jak ja. Dajecie im raport z czynności manualnych. Kilka dni na poagregowanie i ruszenie dupska do operacji. Tak to ma wyglądać. Wsadzacie w auta ludzi, którzy usprawniają sobie każdy kawałek pracy, olewają drobnicę, znają się na biznesie i potrafią gadać z deweloperem jak z kolegą ze szkolnej ławki. Oni mają za zadanie pojechać, napić się wódki z ludźmi, pogadać z nimi, zaskarbić sobie sympatię i poznać ręczne procesy.

Taki człowiek jak sobie 2-3 dni poogląda co to się tak naprawdę robi w ekipie operacyjnej to będzie miał dość. Dajcie mu przetrzeźwieć, potem pozbierajcie w kupę nagrania, zdjęcia i wnioski.

Pozbierane w kupę spostrzeżenia tego biednego włóczykija wysyłacie do dewelopera. Chłopaki i dziewczyny siadają razem i robią robota. Ciągle korygują się z operacjami. Taki Agile. Dosłownie.

Wiecie co z tego dostaniecie?

Jakieś 70-80% procesu szybsze o 70-80%.

Mało?

Dajcie chwilę na rozpracowanie deweloperom tematu.

Operacje znajdą za chwilę błędy i podrzucą co by tu jeszcze można było zrobić.

Biedny PO z nudów zajmie się kolejnymi wymaganiami, żeby uwolnić następną grupę ludzi od roboty głupiego.

Wiem. To wszystko brzmi bardzo trywialnie. Jak dobra zabawa.

Pod spodem oczywiście jest kasa. RPA ma proste zadanie. Ma minimalizować koszty. Każdy rekord przerobiony przez RPA będzie zrobiony lepiej. Będzie tańszy. Lepszy jakościowo. Zawsze na czas. Nie będzie zależny od humorków, pogody, katarku.

Co będziesz musiał jednak mieć?

Oczywiście narzędzie. Jakiś soft. Nie wiem, nie znam się jeszcze na tyle, żeby powiedzieć, że A jest lepsze od B. Nic nie polecę.

Równie ważne jest to, żeby mieć odpowiednich ludzi. Przykro mi. Jeśli myślałeś, że kupisz kilku ludzi i będą sobie siedzieć i dziergać to się mylisz. Musisz każdemu z tych deweloperów i PO płacić. Coraz to lepiej. Może i z każdym zakończonym sukcesem jakaś małą podwyżka? Stówka więcej? Może premia? Po kwartale dasz im 5% zaoszczędzonej kasy do podziału? Nie istotne jest jak. Najważniejsze, żeby doceniać tych ludzi finansowo. Inaczej wrócisz do szukania na rynku lub robótek ręcznych. Co wolisz?

Z RPA mam coraz to lepsze doświadczenia. Uczę się tej technologii, zrobiłem dopiero 5 robotów. Przynajmniej w roli tego PO co to wymyśli i mówi jak ma być, a niekiedy wjedzie do dewelopera i powie mu, że ma inny pomysł i zrób to tak.

Po kilku miesiącach widzę wiele plusów. Ogrom. Głownie od strony jakościowej i kosztowej. Wszak jakość to i koszty. Jak by nie było.

Czy warto?

Nie zawsze. Jak masz małą firmę to Cię koszty zabiją.

Sensowne jest robienie jednego robota dla zadań co najmniej 1 osoby w skali miesiąca. Musisz pooglądać i policzyć. Robot będzie robił za darmo przez cały rok. Raz musisz zapłacić PO i deweloperowi potem już czysty zysk. Dla mniejszych zadań? Na upartego można.

Jakieś rady na początek?

Pamiętaj, że robot może trafić na coś z czym nie da sobie rady. Miej plan na obsługę błędów.

Maszyna wirtualna może się wywalić. Komunikacja zepsuć. Pamiętaj o monitoringu i planie awaryjnym. Bez tego nawet nie zaczynaj robotyzacji. Nie dojrzałeś do tego jeśli myślisz, że wszystko będzie super.

Małe rzeczy! Z tym oglądaniem procesów, wybieraniem największego i zwalnianiem piętra ludzi to żartowałem oczywiście. Zacznij od czegoś małego. Daj organizacji miesiąc, może dwa na naukę. Niech zrozumieją jak to działa. Co się może zepsuć. Nie licz na to, że będzie to koparka. Kupię, wsadzę człowieka i będzie kopać. Dojrzej.

W sumie tyle. O RPA na pewno będę jeszcze pisał. Temat jest dla mnie czymś ciekawym. Nie jest to AI, raczej całkiem nieźle zrobione algorytmy decyzyjne, które biegają po ekranie i udają, że się znają.

Bawcie się dobrze.

O co chodzi z tymi taczkami?

Mogę śmiało powiedzieć, że w prowadzeniu biznesu nie mam doświadczenia. Nigdy nie nazywałem się firmą, nie miałem spółki. Jakoś tak wyszło. Za to zrobiłem kilkadziesiąt projektów. Większość z nich była projektami umocowanymi w IT. Z tym to ja mam doświadczenia. Często w roli żagla, steru i okrętu. Teraz nieco mniej. Product Ownerem jestem. Wiem, słabo, nudno i w ogóle jakoś tak nie fajnie. Szkoda.

Do rzeczy.

Biznes jak i każdy duży projekt to coś co się zaczyna i w sumie to nie kończy. Ciągle coś dorabiamy, zmieniamy, koncepcje nam się zmieniają, bo przecież ciągle się uczymy. Zmienia się też rynek. Doskonali technologia. Rzeczy, które kiedyś były trudne do wykonania, teraz są jakoś tak łatwiejsze, bardziej dostępne.

Dobrym przykładem jest RPA. Przed tą technologią można było robić dokładnie to samo ale trochę trudniej. Mniej graficznie. Java.Robot. Można było.

To o czym będę teraz pisał tyczy się projektów. Odniosę się jednak do doświadczenia z rynku. Czegoś mocno oddalonego od branży, w której pracuję. Pogadam trochę o tym jak dzisiaj działają sieci kurierskie.

Mamy na rynku kilku mocnych graczy. Oczywiście Pocztę Polską. Jest też InPost i powiedzmy DHL. Kilka firm, które niby robi to samo, każda z nich trochę inaczej ale, ale. Co mnie to obchodzi? Ja jestem klient Janusz. Kupię coś na allegro i ma do mnie dotrzeć. Ma się to stać tak, żebym nie zauważył procesu. Płacę, podaję adres i czekam na SMS. Względnie sprawdzę sobie status na stronie. To wszystko.

Dlaczego wymieniłem te kilka firm przy temacie projektów długoterminowych?

Metodologia Agile mówi wprost, że nie robimy rewolucji. Działamy ewolucyjnie. Oznacza to, że robimy wolniej za to dokładniej. Skupiamy się na detalach, dopieszczamy, olewamy małe rzeczy, z których nie ma uzysku. Na koniec dnia produkt ma być na tyle dobry, żeby nie było potrzeby pokazywać jak z niego korzystać. Ma się sam bronić.

Co na to Poczta?

Wiecie co? No przecież skąd macie wiedzieć?

Poczta Polska chyba zrozumiała manifest Agile.

Jestem ich klientem od lat. Trochę z przymusu, choć ostatnio z przyjemności.

Okazuje się, ze Polska Poczta nieustannie się doskonali. Ma oczywiście niewątpliwą przewagę związaną z dostępnością placówek ale poszła o krok dalej. Dostaliśmy całkiem ciekawą hybrydę tradycji z nowoczesnością. Są kurierzy, są placówki, nadal te durne kwity awizo w skrzynce i jednocześnie SMSki. Oczywiście standardem jest to, że mamy też tracking.

Potem jest DHL i InPost. Co z tymi firmami? Weszły z fajną obsługą naście lat temu. Pokazali, że poczta może przyjść do blaszanej puszki lub Pan może do domu dostarczyć za jakieś 20 PLNów.

Poczta przez ostatnie kilkanaście lat bardzo się rozwinęła. Dostosowała się do rynku. Wdraża nowe, działające rozwiązania.

DHL i InPost? Tam się nic nie zmienia. Co gorsza, dlatego, że się nie zmienia to tak naprawdę cała obsługa marnieje. Wiem. Chatboty są. Co z tego? Ja nie chcę gadać z Chatbotem. Nie interesuje mnie jego zaawansowana integracja z systemem trackingowym czy też udawana elokwencja. No, dobra. Technicznie mnie interesuje. Ale teraz jestem klientem.

Widzisz, drogi czytelniku. Mam marne doświadczenia. DHL mnie okłamał. InPost mnie okłamał. Poczta nigdy.

Serio.

Jak to się ma do projektów?

Poczta, mam wrażanie, że tworzy rozwiązanie. Jedno, małe. Przyzwyczaja się do niego. Uczy siebie i klientów. Daje sobie przestrzeń na jakieś błędy. Poprawia je. Komercjalizuje i zabiera się za kolejne.

Co z konkurencją? Staracie się mam wrażenie zrobić takie same błędy jakie ja popełniłem w ostatnim projekcie. Chciałem mieć wszystko, szybko i dobrze. Tak to się nie da. No nie. Problem polega na tym, że dzisiaj tak się nie da. Zachowujecie się jak robotnicy, którym płaci się za godzinę. Zasuwacie z taczkami ale nic nie dowozicie. Właśnie tak mnie okłamaliście. Powiedzieliście, że będzie, nie byliście.

Proponuję Wam zrobić to co jak zrobię za chwilę. Zatrzymam się. Spojrzę na to co już zrobiłem, na to co jeszcze mam do zrobienia. Potem plany na przyszłość wrzucę na półkę. Zacznę naprawiać błędy. Pozwolę sobie na 2-3 miesiące nie myślenia o nowym tylko o tym co zrobić, żeby stare działało i nie przynosiło strat. Potem przyjdzie moment na nowe i lepsze.

Poczta to potrafi. Nigdy mnie nie okłamali.

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić mocno zestresowanego Pana kierownika sortowni DHL z Warszawy. Jeszcze raz dziękuję, że przyjechałeś do mnie tylko po to, żeby naprawić błąd procesów w swojej firmie.

Również korzystając z okazji. Procesowcy DHLa, wstydźcie się.

Po co nam ta cała analityka?

Zacznijmy od rysu historycznego.

Miałem jakieś 14-15 lat. Wiecie co się wtedy działo na świecie?

No dobra, skąd możecie wiedzieć skoro nie wiecie ile mam lat.

Powiem, będzie łatwiej.

Pokemony się pojawiły w TV. Ja do tego miałem komputerek. Pieszczotliwie dziada nazywałem Trabantem. Stare to było, słabiutkie. Działał na nim ledwo Baldur`s Gate i Office.

Co powstało z połączenia Pokemonów i działającego pakietu Office?

Najlepsze jest to, że całkiem nieźle zaprojektowana baza danych będąca Pokedex`em. Masa tabelek, relacji, formularzy. Wiecie po co to zrobiłem? Bo przepisywałem z emulowanego Pokemon Red na kartkę kluczowe informacje, potem przenosiłem do bazy danych, żeby na koniec dnia móc się wygodniej bawić z bratem jak to udawaliśmy trenerów i walczyliśmy ze sobą.

Minęło te 15 lat i trzeba by stać się dorosłym człowiekiem. Dobra, bez przesady. Dalej w Pokemony gram i trochę czekam na to jak wyjdą na Nintendo Switch, żeby ze spokojem w duszy powiedzieć, że na święta (których nie obchodzę) kupię sobie konsolkę z Pokemonami.

To już wiemy co mi zostało. Zabawki. Została mi również analityka. To w zasadzie jest moja praca. Siedzenie w tabelkach i szukanie dziwactw. Niekiedy robienie nudnych raportów, tego to nie lubię.

Dziedzina jest na tyle ciekawa i zmieniająca się, że trzeba się uczyć. Ciągle, nieustannie.

Zapukał do moich drzwi etap analityki ruchu WWW. O czym można pomyśleć? No tak o Google Analitics. W zasadzie narzędzie zmonopolizowało to co rozumiemy pod pojęciem badania ruchu na stronach. Trzeba korzystać.

Jak już wspominałem w wpisie odnośnie narzędzia do wizualizacji. Trzeba się uczyć od lepszych.

Potraktowałem wyzwanie poważnie. Jednocześnie z dużą dozą dystansu. Sorry, nie będziecie mi mówić, że jeśli coś jest zrobione dobrze to mam nie pooglądać bo nie wypada. Tak się niczego nie odkrywa.

Znalazłem praktyczne wykorzystanie analityki Google w perspektywie biznesowej, gdzie wykorzystanie zdobywanej wiedzy codziennie poprawia działanie narzędzia, pozwala na uczyć algorytmy pozycjonujące, poprawia jakość korzystania.

Wyobraźmy sobie usługę, która jest kierowana do konkretnego grona odbiorów. Klient ma dostęp do dziesiątek wariantów. Zależy mu jednak na czasie. Nie chce być też rozpraszany przez nie adekwatne propozycje. Istotne są dla niego konkretne, bardzo szczegółowe trendy. Zależnie od wielu czynników opcja produktu będzie inna dla Kowalskiego z Warszawy i Nowaka z Pcimia Górnego.

Zastanówcie się co to może być?

Pewnie strzelacie jakimiś samochodami, pralkami, mieszkaniami, biżuterią czy też doborem filmu w serwisie VOD.

Błąd.

Poprawną odpowiedzią jest branża porno.

Jest to jedna z najlepiej rozwijających się gałęzi gospodarki. Jest łasa na nowe rozwiązania technologiczne. Stawiam stówę, że branża porno będzie miała decydujące znaczenie w rozwoju AR i VR. Nie super technologie dla biznesu, nie rozrywka dla całej rodziny. Urządzenia VR i AR zrobią się tanie jak barszcz jak tylko branża porno się nimi zainteresuje, a fani ręcznych robótek zaczną szturmować sklepy z elektroniką.

Oczywiście nie mówię o branży jako całości. Raczej jednemu wycinkowi. Konkretnie mam na myśli ten blog. Spokojnie. Po wejściu zobaczycie tylko wykresy, uciech innej natury trzeba szukać na stronie głównej.

Dobra, już zaczynam się tłumaczyć.

To co Pornhub pokazuje na swoim blogu to zaledwie wycinek ich pracy. Takie coś na pokaz. Popatrzcie co mamy, tak się bawimy jak mamy chwilę czasu.

W zasadzie to co pokazują dostawcy filmów dla dorosłych w swoich analizach to w większości dane dostępne dla przeciętnego człowieka, który przeszedł przez tutoriale Googla. Trochę ruchu, jakieś ciasteczka, w zasadzie pierdoły.

To zróbmy analizę przypadku. Weźmy na tapetę francuzów i to jak oni korzystają z serwisu dla dorosłych.

Raport znajduje się tutaj.

Na dzień dobry dostajemy informację, że względem całego świata, we Francji korzysta się chętniej z komputerów vs urządzenia mobilne. Schodząc nieco głębiej, okazuje się, że tą różnicę robią głównie osoby po 45-tym roku życia, pewnie jakieś przyzwyczajenie. Mamy też ciekawy odchył w grupie 25-34, która o wiele częściej korzysta z komórek.

Co nam dają takie informacje. Hmmm. Francuz + komputer =  leki na potencję? Wiem, bezczelny jestem.  To może bardziej pro kliencko. Treści będą podstawiać się lepiej. Po prostu. Na razie odpuszczam marketing.

Co dalej. Na komputerach mamy sporo więcej wykorzystania Safari. Pomijam celowo resztę. Safari oznacza MACa, a to w domyśle raczej kogoś kto może odrobinę więcej wydać od przeciętnego człowieka. Dodajmy do tego to co wcześnie.

Komputerek + Safari + Francuz = droższe leki na potencję lub droższy Wideo Chat.

Dane o przeglądarkach na urządzeniach mobilnych są średnio interesujące. Może oprócz tego, że we Francji nieźle się sprzedaje Samsung i ludzie korzystają z domyślnej przeglądarki.

Potem okazuje się, że może się ciutkę mylę. Jednak to Jabłko nie jest aż tak popularne. Na Windowsach sobie instalują.

Zapisać i zapamiętać. Komputer + Windows + Safari + Francja = średnio zamożny pozer. Może lewe roleksy?

Co ciekawe, dalej mamy systemy na komórkach. O wiele więcej jest wykorzystania softu Blackberry i Windowsa. Dalej mało ale jednak więcej niż na świecie. Mówi to w zasadzie niewiele. Microsoftowi udało się zaprzepaścić szansę, a Blackberry jak działał, tak działa.

Przez grzeczność pominę sekcję związaną z konsolami. Nie chcę być niemiły do Microsoftu. Dobra, zaraz do niej wrócę.

Potem mamy TOPki wyszukiwani vs system na urządzeniu mobilnym.

Poskładajmy to jednak w kupę. Francuz jest raczej przywiązany i nie lubi zmian. Korzysta z PS Vita(patrz konsole przenośce), bo działa i będzie korzystał do oglądania filmów w zaciszu toalety. Używa też komputera(patrz wiek vs sprzęt), bo zawsze tak to robił i w sumie po co zmieniać? No właśnie, bo to co dobre to Francuskie (patrz TOP kategoria), chciałby oczywiście, żeby trafiło mu się coś ekstra i mógł zaznać luksusu (druga kategoria oraz ściema Windows + Safari), a i jak już facet się dorobi telefonu Jabłka to oddaje kobiecie (patrz TOP różnica procentowa Apple).

Przeleciałem przez dane na szybko. Nie rozczulałem się nad mini za bardzo. Może wyciągnąłem wnioski będące daleko idącym idiotyzmem i powinienem to odszczekać? Jak mi kiedyś Pornhub da dostęp to powiem co i jak 😉

Chciałbym, żebyś drogi czytelniku zapamiętał z tej lektury jedną ważną rzecz. Dane analityczne mogą być ładnym wykresem. Spoko. Nawet jak przeczytałeś Anal to może coś tam się uśmieszek pokazał.

Najważniejsze jest to, że te dane to po prostu złotówki. Zbierasz, oglądasz i decydujesz. Taki mikroprofil to kończy robotę po średnio 10 minutach, to wrzucamy mu takie propozycje, żeby zobaczył minimum 1 reklamę. Reklama będzie taka, bo dla tego typu konwertuje się najlepiej cośtam.

Tak, tak. Branża porno jest trochę wstydliwa. Tylko, że ona zarabia kasę. Robi to coraz lepiej. A ty co? Dalej Excel?

 

Granie jest tanie !?

E3, E3 i w sumie po E3.

Nie chcę rozwodzić się nad tym co pokazano. Na co czekałem i czy cokolwiek doprowadziło mnie do zbierania szczęki z ziemi. Od wielu lat cyfrową rozrywką interesuję się bardziej teoretycznie niż praktycznie. Przywołam tu listę premier z ostatnich lat, gdzie biegłem co sił w nogach do sklepu (czyli kupowałem w dystrybucji cyfrowej):

  • Wiedźmin 3
  • Dragon Age: Inkwizycja
  • God of War
  • The Sims 4
  • Assassins creed: Black flag
  • Dark souls 3

Imponujące. Nie jest tego dużo. Dragon Age nauczył mnie, że kupowanie na premierę to nie najlepszy pomysł. Potem był jeszcze Assassins creed: Unity kupiony kilka miesięcy po premierze, to mnie nauczyło, że nawet po łatkach też może być różnie.

Wracając jednak do E3 i tytułu tej notki.

Pozwolę sobie wstawić ten rozczulający, znaleziony w sieci obrazek.

Taka oto reakcja. Ktoś się dowiedział, że DLC do Destiny 2 będzie kosztować chore pieniądze. W zasadzie koszt tych dodatkowych misji, map i mechanik to równowartość nowej produkcji. Dodatkowo, nowa zawartość dostępna po wydaniu nie małych pieniędzy, będzie dzielić społeczność.

Emocje i łzy.

Z drugiej strony barykady informacja od EA. Battlefield nie będzie miał przepustki sezonowej, nie będzie płatnych dodatków. Na pewno nie będzie to pozycja pay2win. Ta…

Teraz do rzeczy. Jestem graczem już teraz okazjonalnym, z drugiej strony jestem graczem „starej daty”. Jeszcze załapałem się na przechodzenie w kółko demówek z czasopism i wymienianie się pełniakami na dyskietkach. Pamiętam jak przenosiliśmy między sobą Pokemon Red + emulator. Potem komuś udało się spakować tak Pokemon Gold i emulator, żeby dało się to transferować na dyskietkach. Bo o noszeniu między sobą dysków twardy wykręcanych z PCtów nie wspomnę.

Te czasy charakteryzowały się tym, że produkcja raz wydana, praktycznie nie była aktualizowana. Dostęp do internetu kulał więc dla nas jedyną opcją było pozyskanie łatek np. z czasopism. Dodatki też były rzadkością. Jeśli już taki wychodził to był porządną produkcją. Przecież dodatek do Starcraft, Red Alert 2 czy Baldur`s Gate potrafiły dać człowiekowi dziesiątki godzin zabawy.

Był to też moment, kiedy po mimo wszystko gry produkowało się tanio. Serio. Nawet biorąc pod uwagę to, że sprzęt był dużo gorszy, oprogramowanie toporne, a języki programowania o wiele bardziej skomplikowane. Trzeba było stworzyć lub re-użyć silnik, zbudować o wiele mniej szczegółowe modele, zaprojektować mechanikę i ją zaimplementować. Nie było sesji CGI, nikt nie bawił się w nagrywanie niesamowicie realistycznego dźwięku, fizyka była jaka była. Głównie cecha ówczesnej technologii.

Co się zmieniło? Bardzo dużo. Wyobrażacie sobie dostać pełniaka, które ma wadliwą fizykę, modele poruszają się w sposób nie zgodny z rzeczywistością, tekstury straszą pikselami. Gralibyśmy? No, już to widzę.

Dodajmy do tego tryb sieciowy. Kiedyś to się grało 😉 Kto pamięta LAN party niech podniesie rękę. Tak się żyło. Ktoś miał HUB, ktoś kawałek miejsca w pokoju. No i było Diablo czy inny Red Alert. A teraz? Serwery muszą być stabilne, przemielić chore ilości danych, wykrywać cheaty, w czasie rzeczywistym notyfikować setki klientów o tym co się teraz dzieje. Nie zapominajmy jeszcze o tym, że najpierw muszą zbudować drużynę, tak co by było w miarę równo itd.

Czy ja teraz usprawiedliwiam wydawców? Trochę tak. Wiem. CD Projekt mógł zrobić Wieśka za mniej więcej 200 PLN w dniu premiery (już z DLC), jednak Redzi to małe studio, trochę inne zasady.

Dlaczego wydawcy są pazerni?

Nieco na to pytanie odpowiedziałem powyżej. Koszty są większe. Te koszty to głównie czas ludzi, którzy tworzą dla nas rozrywkę. Deweloper to droga bestia, grafik jeszcze droższa, speców od CGI lub dźwięku nie znam ale raczej za drobne nie pracują. Suma tych wszystkich małych kamyczków doprowadza do tego, że produkcja na start musi kosztować albo dużo albo zarabiać podczas trwania swojego życia.

Dalej bronię. I będę. Te 300 PLN za DLC do Destiny 2 to lekka przesada ale już 5×60 PLN było by do łyknięcia?

Trochę czasu w marketingu spędziłem. Mała cena za coś co w sumie jest potrzebne ale nie aż tak bardzo ale fajnie by było to mieć. Na tym buduje się modele F2P. Trochę to boli ale wydawca jest zadowolony, deweloper też.

Co z AAA za premierowe 250 PLN + mikropłatności + DLC?

Ja wiem, że z perspektywy człowieka, który ma wydać kasę to boli. Mnie też to boli i jakoś szczególnie nie jestem szczęśliwy z takiego stanu rzeczy. Też z tego powodu rzadko sięgam po gry nastawione tylko na multi. Wyjątkiem ostatnio jest Paladins ale to tytuł F2P (i tak kupiłem kilka skrzynek), będący dobrą odskocznią od męczonego Mass Effect: Andromeda.

Rozumiem te trudne decyzje biznesowe. Byłem często ich świadkiem, niekiedy nawet autorem. Projekt kosztuje nas X. Opłaca się jeśli marża to powiedzmy 30%. Czyli musimy zarobić 130% z X. Potencjalnych odbiorców mamy na tyle, żeby się udało. Kasa poszła w marketing. Spędziliśmy setki godzin na konferencjach i w social mediach. Uda się.

Potem szlag trafia cały misterny plan. Suma małych rzeczy. Środowiska programistyczne się aktualizowały i straciliśmy dwa dni na ogarnięcie się programistów. Ktoś popierdzielił commity i nadpisał ważną gałąź jakimś dziadostwem. Padły kamerki do robienia CGI. Grafik zalał kawą komputer i siadł mu dysk w połowie roboty, nie robił back-up.

To wszystko co powyżej się dzieje. Jest to normalne zjawisko. Do czego docieramy? Do tego, że X wspomniane wcześniej to tak naprawdę 150% z X. Ni cholery nie zarobimy normalnie.

Wtedy Marketing mówi, dodajmy za 3 m-ce DLC.

Dostawmy skórki.

Dajmy DLC z Battle Royale.

Na koniec dnia, my gracze wiemy, że istotna jest rozrywka, dobra cena i parę innych rzeczy. Nie można zapominać, niestety, że to jest biznes i to ogromny. Istotna jest rubryczka w pliku xls. Tak po prostu musi być.

Znowu się rozpisałem. Zapomniałem o tezie. Granie jest tanie !?

Po mimo wszystko tak. Jest to jedna z najtańszych form rozgrywki. Tańsza jest tylko muzyka. Nie żartuję. Zobaczcie sobie ile kosztuje książka w dniu premiery. Wybierzcie się do kina. Wyskoczcie na koncert. Tu stówa, tam stówa. Dzięki temu gaming jest relatywnie tani. Może nie każda opcja. Fabuła na 10 godzin dająca zabawę na jedno podejście (tak The Order 1886) to przesada. Za to Wiesław, GTA, wszystko co pozwala bawić się w multi przez setki godzin. Policzcie sobie. Okazuje się, że nawet to wspominane DLC do Destiny 2 przy 4-5 godzinach tygodniowo nie wygląda tak źle.

My gracze musimy w końcu sobie to powiedzieć. Prosto w twarz. Nasza pasja jest droga i drogą będzie, dlatego, że technologia jest droga, osoby pracujące nad tym są drogie. Tak też i my musimy wyciągać z portfela pieniądze i dokładać się do interesu. Przykro mi. Takie jest życie.

Narysuj taki ładny wykres

Zacznę od narzekania. Jest parę powodów, dzięki którym teraz  żyje się gorzej. Mamy postępujące zanieczyszczenie środowiska, względną wolność, która wyzwala w nas instynkty autodestrukcyjne (tak, o Was mówię, Wy krzyczący o truciu szczepionkami). Mamy też masową inwigilację. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. To co oferuje Big Data to masowa inwigilacja. Po prostu.

Dla osób nie zaznajomionych z tematem, wyjaśnię w kilku słowach.

Każdy ruch w sieci wykonywany za pośrednictwem dowolnego urządzenia jest, gdzieś przetrzymywany. To są te słynne Ciasteczka. To co bezwiednie odklikujemy na każdej stronie. To m.in. dzięki nim za korzystanie z sieci nie przychodzą nam co miesiąc rachunki. To one umożliwiają twórcom witryn zarabianie na swojej twórczości. Może nie bezpośrednio ale jest to kawałek układanki.

Big Data natomiast pozwala na składowanie tych wszystkich logów, każdego kliknięcia, zatrzymania wzroku na zdjęciu słodkiego kotka.

Google Analitics to wierzchołek góry lodowej.

Nie jestem poważnym człowiekiem. Znaczy się, biznesowo tak. Zróbmy projekt, zróbmy analitykę, postawmy RPA. Tak, tu jestem poważny. Za to w życiu? Sorry. Nie można na 100% każdego dnia udawać, że głupie dowcipy mnie nie śmieszą. Bez luźnego podejścia i kolokwialnego języka już dawno bym zwariował. Gdybyśmy kiedyś współpracowali drogi czytelniku, to na pewno zrobimy zajebisty projekt ale użyję dziesiątki razy homeryckich porównań do „wywalania się na ryj”. Przyzwyczaj się.

Wracając do meritum.

Pornhub!

Kojarzycie? Jaja sobie robicie? Nie udawajcie. Każdy z nas ma grzeszki.

Mnie pornhub oprócz czysto hedonistycznych potrzeb interesuje też od strony technicznej. Nie żartuję. Branża porno jest motorem napędowym technologii. Wiecie dlaczego? Bo tam jest kasa. Tam się zarabia pieniądze. Tak, wiem. Część czytających teraz puka się w głowę. My mamy poważny biznes, a tam są tylko gołe dupy. Może i tak. Ale. Pornhub wprowadza nowości szybciej od YouTube, a platformy służą w gruncie rzeczy do tego samego, oglądania filmów. Post factum YouTube podpatruje ficzery 😉

Pornhub ma też genialną sferę analityki. Nie żartuję.

Fałszywe wiadomości o rakietach lecących na Hawaje: https://www.pornhub.com/insights/hawaii-alert

Rozdanie Oskarów: https://www.pornhub.com/insights/2018-academy-awards

Padły serwery Fortnite: https://www.pornhub.com/insights/fortnite-server-outage

To tylko kawałek. Nie chciałem zachwalać strony oferującej zróżnicowaną pornografię ale robicie świetną robotę. Dobra. Nie interesuje mnie w tym momencie zdanie zadufanych w sobie managerów i specjalistów od robienia slajdów. To co robi Porrhub to wzór. Trzeba się od nich uczyć, bo uczy się od lepszych od siebie. Zawsze.

Wracając do meritum. Za chwilę zaczynam się bawić analityką i wizualizacją dużych zbiorów danych. Wiem, wiem, podchodzę do tematu trywialnie. Będzie to spora część mojej pracy. Powinienem być poważny, jednak samą powagą nikt nie zaszedł daleko. Praca powinna być interesująca, inspirująca. Pracę powinno się kochać lub ją zmienić.

Dzisiaj robię pierwsze podejście do narzędzi. Pooglądam co to rynek udostępnia. Co można zrobić. Jakie są ograniczniki.

To jest ważny etap i planuję podzielić się spostrzeżeniami. Na całe szczęście większość firm udostępnia trial. Są też narzędzia darmowe, z tymi akurat problemu nie ma. Wystarczy podać e-mail i działa.

Pierwszy na warsztat idzie Power BI ze stajni Microsoft. Ściągamy wersję pulpitową za darmo i możemy próbować się uczyć. Pierwsze spostrzeżenia już mam. W sieci jest dużo kursów i materiałów edukacyjnych. Microsoft dba o swoje owieczki i pokazuje krok po kroku co i jak. Fajnie. Jeśli narzędzie kosztuje w wersji korporacyjnej kilka dolarów to miłym gestem jest bezpłatne wsparcie i szkolenia.

Oczywiście mam też wątpliwości związane z moimi doświadczeniami z Sharepoint. Nie każdy element jest dobrze wspierany. Trzeba się naszukać. Momentami czułem się jak bym uczył się narzędzia OpenSource bo lądowałem z pytaniami na stack overflow. Zobaczymy. Opowiem.

Potem kolej na Pentaho i Microstrategy. Jeszcze nie wiem czy to będzie taka kolejność. Może do głowy przyjdzie mi coś innego?

Czas kończyć. Zacząłem od tego, że tak źle mi ale jest Pornhub, który doprowadził mnie do Microsoftu. Całkiem ciekawie jak na pierwszy post.