Rok 2018

Ciut faktów, żeby się lepiej odnieść do problemu. Zacznijmy od tego, że jestem tolerancyjny jak mogę, ale z temperaturą powyżej 38° C człowiek ma prawo mieć gdzieś konwenanse i powiedzieć jak jest.

Wczoraj obudziłem się na chwilę, żeby sprawdzić czy świat nadal istnieje i odpaliłem sobie newsfeed na Facebooku. Ot. Chwila zaczerpnięcia realizmu. No i strzeliło mnie w pysk. Przespałem coś i się stanęło.

Siedzący z moich podatków na stołkach europosłowie mają ewidentnie w dupie suwerena. Jakoś mnie to nigdy nie dziwiło i dziwić nie będzie nigdy, bo przecież suweren ma zasuwać i generować przychód dla państwa. Ważne są persony, które mają kasę i są w stanie z czymś tam pomóc, może załatwić robotę jak się kadencja skończy, wykorzystać m.in. znajomości. Wiecie, ręka, rękę myje.

No i mamy ACTA2 czyli dyrektywę o prawach autorskich. W sumie jeszcze nic się poważnego nie stało, bo nim ustalą jak to ma wyglądać docelowo, przepis wejdzie w życie, a szczególnie u nas w kraju to chwilę mamy tej wolności. Tylko, że w zasadzie o co z tym wszystkim chodzi i dlaczego jest taka nagonka na ten pomysł. Dlaczego lobby artystyczne płacze i szuka wsparcia w rządzie, a ludzie wychodzą znowu na ulicę i krzyczą „Konst…”, znaczy się „Wolność słowa!”

Cała ta dyrektywa w zasadzie ma dwa potencjalnie szkodliwe artykuły. 11 i 13.

Co do 11 to jest on potencjalnie szkodliwy, chociaż nie przejmowałbym bym sie nim szczególnie. To, że jest on wpisany w derektywę wynika w zasadzie z tego, że komuś się portfel kurczy. Właściwie to o to chodzi. Art. 11 ma ochronić twórców treści przed ich udostępnianiem gratis. W zasadzie można powiedzieć, że jeśli ja teraz piszę ten tekst, to taka Gazeta.pl lub Wprost, Newsweek czy inny portal, może zrobić CRTL+C, CTRL+V i dodać cudzysłów, no i powiedzieć: „Cytując popularnego blogera”. Może z tą popularnością przesadzam, ale rozumiecie sens. Moja praca została by podpierdzielona i udostępniona gdzieś tam.

Co jeszcze? Bo tu chodzi bardziej o linki, a nie o tak perfidną sprawę. W metadanych wklepywane są informacje takie jak tytuł strony i kilka zdań o tym co na stronie jest. Chodzi o Google, w wyszukiwarce pokazywane są te elementy metadanych i w zasadzie jeśli treść artykułu jest banalna, to wystarczy podlinkować na Tweeterze miniaturkę i nikt nie wejdzie przeczytać całości. W praktyce, nikt nie zobaczy reklam. To jest ból dla właścicieli portali informacyjnych. Nie oni zarabiają na reklamach. Po prostu kurczy im się kasa.

Jak temu zaradzić? Na wolnym rynku byśmy powiedzieli, to zrób tak, żeby ludzie chcieli Cię czytać. Po prostu. Ale w Unijnym socjalizmie mamy coś innego. Trzeba to wielkie lobby prasowe przytulić do piersi i powiedzieć, że będzie dobrze. Ostatecznie to oni płacą kilka procent składek w ramach podatków, są poza tym tubą propagandową, walka z nimi mogła by się źle skończyć dla konkretnych urzędników, a przecież tego by nie chcieli panowie i panie z Brukseli.

Ciekawi mnie natomiast to w jaki sposób sprawa się rozwinie. Teoretycznie można powiedzieć takim gigantom jak Google czy Facebook lub Twitter, że mają płacić niemieckiemu wydawnictwu za każdy link z miniaturką, który jest widoczny z pozycji ich portali. Można by, tylko nikt się na to nie zgodzi. Te wszystkie duże portale to źródła wejść na te strony. Niech koledzy zajmujący się analityką ruchu na stronach typu gazeta.pl czy wprost.pl powiedzą ile mają ruchu z social mediów, ile z Google, a ile bezpośrednio z wejść. Podejrzewam, że nie opłaca się im iść na wojnę, mogli by stracić. Przecież wystarczyło by przestać indeksować strony odpowiednich portali prasowych, gdyby taki zażądał płacenia im za wyświetlane linki. Chyba nikt nie jest na tyle głupi?

Co zatem może się stać? Oberwą wszelakiej maści agregatory treści i w sumie dobrze. Jak w przykładzie z CTRL+c i CRTL+v, to jest w sumie kradzież własności intelektualnej. Po prostu. Nie zdziwię się też, jeśli taki np. Facebook będzie wymagał od administratorów grup i stron podpisania stosownej deklaracji/umowy, że biorą odpowiedzialność, za udostępniane treści. Tak po prostu. Jeśli podzielę się czymś prywatnie to w sumie spoko, ale jeśli zrobię to za pośrednictwem funpage to muszę zapłacić właścicielowi treści. Ciekawy wybieg, nie powiem. Nie mogę się doczekać tego co wyniknie z tego durnego przepisu.

Niebezpieczny jest jednak artykuł 13 i o nim trochę opowiem podczas dopijania mieszanki herbat.

Swoją drogą w ramach przerwy:

– dzbanek termiczny o pojemności 0,8l

– dwie duże łyżki miodu

– wyciśnięta cytryna

– dwie torebki czarnej herbaty

– dwie torebki herbaty malinowej

– torebka mięty

– 100 ml spirytusu

Powyższy przepis stawia każdego na nogi, kto tylko może w danym momencie spożywać alkohol, działa na mnie w zasadzie od ręki. Jeśli nie możesz pić to czekasz chwilę dłużej. A zapomniałem dodać, że setka jest wypijana przed snem, na raz i tylko naparem zapijana. Może jest to istotne?

Wracając do art. 13 to poniżej jego treść:

Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług. Środki te, takie jak stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści, muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Dostawcy usług przekazują podmiotom praw adekwatne informacje na temat funkcjonowania i wdrażania środków, a także, w stosownych przypadkach, adekwatne sprawozdania na temat rozpoznawania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz korzystania z nich.

Niby brzmi niewinnie i może też w istocie tak być. Rozwalmy więc sobie go na kawałki i opowiedzmy tak po prostu, jak to zwykły chłop ze śląska rozumie.

Dostawcy usług będą mieli za zdanie trzymać w ryzach użytkowników swoich portali. Oczywiście nadal jeśli coś udostępniamy to możemy iść siedzieć, ale ta dyrektywa dodaje coś od siebie. Teraz jest tak, że np. taki YouTube jest w stanie cofnąć monetyzację z filmów, gdzie wykorzystano chronioną prawem autorskim ścieżkę dźwiękową. Tak się dzieje i chociażby Polska scena YouTubowa marudzi bardzo. Jeszcze bardziej marudzą amerykanie, oni dostali po dupie najmocniej, szczególnie istotna jest tutaj różnica kwotowa, o której bezpośrednio zainteresowani nie mówią, ale można podejrzewać, że w USA zyski stały się o wiele mniejsze.

To się już dzieje. To samo na Facebook. Tam też jest mechanizm zgłaszania treści, weryfikacji i ściągania. W zasadzie można powiedzieć, że już coś działa.

Tylko! Jest różnica między działaniem reaktywnym, a proaktywnym. Różnica jest taka, że teraz trzeba coś wrzucić do sieci, żeby zostało usunięte, a tutaj koledzy z Brukseli chcą polecieć o krok wstecz. Pragną oni zapobiegać udostępnianiu treści. Już nie tyle usuwać, co nie dopuszczać do ich publikacji.

Jaki wyrasta z tego potworek?

Ciężko powiedzieć, bo wszystko zależy od tego czy się ktoś tam nie zapędzi za daleko. Podejrzewam jednak, że będzie na początku w miarę prosto. YouTube będzie robił skana treści przy renderowaniu i out. Robić to będzie automat więc płaczu będzie dużo. Facebook będzie korzystał tylko z zaufanych źródeł przy udostępnianiu treści, przy okazji będzie uczył AI, żeby była mądrzejsza i potrafiła odsiewać jednak to co nie jest łamaniem praw autorskich.

Istotniejsze jest jednak to, że każda treść udostępniona w sieci ma jakieś tam prawa autorskie. Chyba, ze mówimy o open source, gdzie niejako zrzeka się praw autorskich w geście dobrej woli.

Co za tym idzie, koleżeństwo z UE chce w pierwszym kroku stworzyć mechanizmy filtracji treści, usiłują wpłynąć na największe agregatory treści i portale społecznościowe po to, żeby utworzone zostały rozwiązania technologiczne. One niby już są, ale to tak naprawdę gest dobrej woli, odpowiedzialność jest w zasadzie na tym kto udostępnia, nie koniecznie bierze ją właściciel platformy. Teraz ma się to zmienić.

Istnieje też jedno duże niebezpieczeństwo. Jeśli ktoś uzna, a już o tym słyszałem między wierszami, że ma to być mechanizm przyszłości, który będzie cenzurował fake news. Przecież to jest kolega Orwell w czystej postaci. Dokładnie taki świat został opisany w jego książce „Rok 1984” i dokładnie tak to będzie wyglądać. Różnicą jest natomiast to, że ludzi będzie potrzeba nieco mniej do trzymania wiadomości w ryzach. Wystarczy powiedzieć co jest prawdą, a AI już się zajmie resztą. Może i jest to trudne do przełknięcia, ale trzeba spojrzeć trochę krytycznym okiem. Jeśli już powstaną narzędzia i będzie można kontrolować treści, to dlaczego z niego nie skorzystać? Zacytuję tutaj klasyka „Z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”. Powiem szczerze, że takiej przyszłości bym nie chciał. Z drugiej strony? Możliwe, że bym o tym nie wiedział, po prostu.

Czy jest coś czego jeszcze można się bać. Tak. Boję się i to bardzo o to co się stanie z Open Source. Serio. Na razie jest super. Mamy masę softu, od groma treści w sieci i świetną społeczność zebraną wokół nie tylko oprogramowania. Popatrzcie na Wikipedię. Nie bez powodu protestowali kilka tygodni temu i przekierowywali użytkowników na stronę informującą o blokadzie. Wystarczy, że ktoś powie, że ma prawa do części treści lub jakiś mądrala uzna, że artykułu, szczególnie historyczne, są nie zgodne z prawdą.

Rozumiecie o co chodzi? Wiodąca linia zacznie zmieniać historię, a biorąc pod uwagę jak wiele mamy w domach książek naukowych to może się okazać, że kolejne pokolenie, które uczy się z Wikipedii, będzie znało inna wersję historii niż my. Może się okazać, że nas Adolf ratował przed Ruskimi? Dlaczego by nie? Przecież Zimny Ruski Czekista zawsze był naszym wrogiem, a Niemiec przyjacielem. To, że byli okupowani przez Nazistów to już inny kawałek opowieści.

Ile w powyższym jest prawdą, a ile fałszem? W zasadzie kolejne pokolenie może znać zupełnie inną historię świata i popełni dokładnie te same błędy co nasi przodkowie, bo nie będzie się miała na kim wzorować. Straszne.

Wrócę jednak do tematów trochę przyjemniejszych i bardzo „branżowych”. Wyobraźcie sobie, że ze względu na te durne przepisy, żeby się nie narażać na straty, nagle znika stackoverflow.com. Nie ma. Zniknął. Zablokowali wejścia z UE. Niech teraz każdy kto miał kiedykolwiek do czynienia z kodem, wróci do swoich notatek z sprzed lat, wyciągnie książki i rusza pisać kod. Nie ma gotowych odpowiedzi, trzeba wertować dokumentację, przypomnieć sobie o pierdołach, które były oczywiste i kopiowane wprost z Stack`a. Pomyślcie ile bylibyście w stanie zrobić nie mając takiego wsparcia jak teraz macie? Czas robić back`up i kupować VPNa.

A wiecie od czego się to wszystko zaczęło? Już nie idąc dalej w dziwne teorie spiskowe, o tym co się może wydarzyć. Okazuje się, że lobby artystyczne zaczyna mieć problem z zarabianiem kasy. Ot co. Okazuje się, że wygryza ich Internet i młodzi twórcy. Weźcie się spytajcie takiego Taco co on o tym myśli? Pewnie ma to, gdzieś, bo on zarabia na YouTube, koncertach i streamingu. W pewnym sensie sam się stworzył. Co na to jakikolwiek zarabiający YouTuber? On z tego żyje, wie, że nie wystarczy zrobić jednego dobrego filmu, żeby zarabiać, trzeba publikować codziennie, co dwa dni, trzymać poziom, robić dobry content.

Co na to artyści? Im się już chyba nie chce lub nie mają pomysłu. Może jedno i drugie. Uważają, że ich muzyka się słucha na portalach i oni nie mają z tego kasy. Po części prawda. Tylko zamiast biegać do urzędnika, to może skorzystajcie z nowych form przekazu. To już nawet Metalica nie jest obrażona na Spotify. Byli i to cholernie. Podejrzewam, że z prostej przyczyny, myśleli, że kasa, którą dostali to za udostępnienie praw autorskich, a nie za miesiąc odtwarzania, jak dostawi w kolejnym miesiącu znowu przelew to przestali się gniewać.

Zrozummy się dobrze. Ja nie mówię, żeby kraść muzykę. Sam płacę za Spotify, Netflix, nawet ten tekst piszę w Wordzie z pakietu Office365 i wrzucę go na serwer, za który też zapłacić ostatecznie muszę.  Mogę płacić za treści. Chętnie to robię jeśli otrzymuję odpowiednią jakość. Nie pamiętam kiedy ostatnio ukradłem muzykę, film czy grę. Po prostu można żyć legalnie i to nie kosztuje wiele. Tylko do jasne cholery, jeśli płyty tradycyjne się nie sprzedają to trzeba sprzedawać ich wersje cyfrowe. To już wydawcy książek są rozsądniejsi i sprzedają ebooki obok wydań papierowych. Zrozumcie muzycy. Młodzi ludzi nie mają gdzie wsadzić tych Waszych płyt, po prostu.

Okazało się jednak, że lobby artystyczne jest na tyle mocne, żeby bronić starego ładu. Nie usiłują się zmieniać i dostosować. Chcą, żeby było tak jak było. Jedna płyta na 3 lata, trasa po całym kraju i co miesiąc ładny przelew za sprzedaż kompaktów. To już nie wróci. Cóż Darwin sobie, a UE to nie pasuje.

Jakieś słowo podsumowania?

Jeśli będzie tak, że chodzi tutaj o prawa autorskie i nikt nie będzie nadużywał uprawnień to w sumie spoko. Nie mam nic przeciwko. Jeśli jeszcze twórcy zarobią to i nawet dobrze. Problem jednak pojawi się, gdy ktoś zacznie w tym grzebać i dostosowywać rzeczywistość nam panującą. Wtedy co? Słyszałem, że na Syberii jest sporo miejsca i można tam jechać w ciemno chatę w lesie budować. Wtedy będę miał w dupie co to się dzieje w środowisku artystycznym i medialnym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *